
Powrót do domu, do miejsca, w którym nigdy nie byłam
Autorzy
P. Gibbs
Lektury
1,5M
Rozdziały
35
Maggie wciąż nie może otrząsnąć się po niespodziewanej śmierci matki, gdy telefon dzwoni i wywraca jej świat do góry nogami, wysyłając ją do małego miasteczka o wielkim sercu – i do przystojnego adwokata o imieniu Zach. Czy rozwikła tajemnicę swojej przeszłości? Czy da się porwać urokowi czarującego południowego dżentelmena? A może opuści Sumner Creek na zawsze i wróci do życia, które zawsze znała?
Rozdział 1
Nienawidzę pogrzebów. Zwłaszcza latem. Zwłaszcza na Południu.
Patrząc, jak ludzie zbliżają się do grobu, gdzie miałyśmy pożegnać się po raz ostatni, zastanawiałam się, która osoba pierwsza padnie z upału.
Wiem, że to ponura myśl. Ale tak trzymam swoje uczucia na dystans i pod kontrolą.
A ponieważ to moja matka leżała w tej trumnie, miałam mnóstwo uczuć do opanowania.
Zmarła bez ostrzeżenia. Kierowca, który nie patrzył na drogę – powiedziała policjantka, która przyszła do moich drzwi, żeby przekazać mi wiadomość.
Jakiś handlowiec pisał esemesy podczas jazdy, wjechał na przeciwny pas i zderzył się czołowo z samochodem mojej mamy, jadąc z prędkością sześćdziesięciu mil na godzinę w popołudniowym ruchu w Nashville, gdzie obie mieszkałyśmy.
Więc tam byłam, na pogrzebie, na który nigdy nie chciałam przyjść, obserwując ludzi, których znałam tylko przez moją mamę, robiąc sobie w myślach zakłady, która osoba pierwsza zemdleje.
Moja gra w przewidywania nie była niczym nowym.
Dwa lata temu byłam na pogrzebie starszego mężczyzny, który mieszkał w moim budynku. Grabarze wyglądali równie staro jak człowiek, którego opłakiwali i wyglądali, jakby sami mieli wkrótce stanąć przed Panem Bogiem.
Dzień był bardzo gorący, a gdy mężczyźni zatrzymali się przy grobie, żeby umieścić trumnę na metalowym stojaku, jeden z nich zemdlał. Niestety był trochę za blisko dziury i kiedy stracił przytomność, runął na krawędź grobu.
Zmiana ciężaru sprawiła, że pozostali grabarze stracili równowagę i jeden z nich puścił uchwyt, przez co trumna zjechała w dół i na bok, wbijając się krzywo w ścianę dziury, przechylona pod kątem.
To był pierwszy pogrzeb, na którym byłam, który wymagał karetki, wozu strażackiego i dwóch dźwigów.
Jak dotąd nic tak ekscytującego się dzisiaj nie wydarzyło, chociaż byłam zaskoczona tym, jak wiele osób przyszło. Powinnam się tego spodziewać.
To w końcu Południe, gdzie pogrzeb jest równie towarzyskim wydarzeniem co wesele. Znałam niektórych z obecnych – mężczyzn i kobiety, które moja matka znała od lat.
Pracowała jako pielęgniarka w jednej z przychodni w Nashville i służyła ludziom z energią i troską.
Była w tej samej przychodni przez ponad połowę swojej kariery, więc stała się znajomą, uspokajającą twarzą dla wielu pacjentów, którzy przez nią przechodzili.
Kiedy ostatnie osoby podeszły pod zadaszenie, grabarze przenieśli trumnę z karawanu, a ja podążyłam za nimi bez zastanowienia i usiadłam na honorowym krześle jako członek rodziny.
Moja najlepsza przyjaciółka Kim usiadła obok mnie, bo nie miałam rodzeństwa. Kilka starszych osób zajęło miejsca na pozostałych krzesłach.
Wpatrywałam się w pustkę, gdy pastor czytał Psalm dwudziesty trzeci, który był jednym z niewielu wersetów biblijnych, jakie pamiętałam z dzieciństwa.
Kilka kolejnych słów od kaznodziei, coś o popiele i prochu, potem końcowa modlitwa i ceremonia była oficjalnie zakończona. Pastor, którego moja mama znała z pracy w szpitalu, uścisnął mi dłoń i powiedział, jak bardzo będzie tęsknił za moją mamą.
Kiedy odszedł, zostałam zaatakowana uściskami pań noszących zbyt dużo perfum i uściskami dłoni mężczyzn mówiących: „Współczuję pani straty” – bo nie wiedzieli, co innego powiedzieć.
W grupkach po dwóch lub trzech osoby wracały do swoich samochodów.
Stałam przy grobie, nie wiedząc, co robić dalej, aż dyrektor domu pogrzebowego zapytał, czy jestem gotowa wrócić.
Skinęłam głową bez zastanowienia, a on położył rękę pod moim łokciem, żeby mnie podtrzymać, gdy z Kim szłyśmy z powrotem w dół wzgórza do samochodu. Kiedy dotarliśmy do drogi, otworzył dla nas tylne drzwi.
Gdy odwróciłam się, żeby wsiąść, spojrzałam z powrotem w stronę grobu i zobaczyłam mężczyznę wychodzącego zza małej grupy pobliskich drzew.
Nie znałam go, ale wyglądał jak wielu innych, których widziałam na pogrzebie – ubrany w ciemny garnitur z ciemnym krawatem i ciemnymi butami do kompletu. Szedł powoli w stronę grobu, niosąc w prawej dłoni pojedynczą żółtą stokrotkę.
Kiedy dotarł do trumny, pochylił się i pocałował ją, kładąc na niej stokrotkę. Potem wyprostował się, odwrócił i wrócił w stronę drzew, znikając między nimi.














































