
Tajemny świat magii Księga 2: Ideał
Autorzy
Lektury
99,1K
Rozdziały
59
Prolog
Księga 2: Wybraniec
ELYON
Wojna między dobrymi a złymi istotami trwała, odkąd ktokolwiek sięgał pamięcią.
Ale był czas, kiedy nawet nie wiedzieliśmy, jak silny jest nasz wróg.
Dwadzieścia pięć lat temu szalała ostatnia wojna o niewyobrażalnym okrucieństwie.
Dwadzieścia pięć lat…
Dla nieśmiertelnych z naszego królestwa to nic więcej jak oddech, ulotna chwila w nieskończonym czasie. Mrugnięcie okiem między stuleciami.
Ale dla mnie? To wszystko. Moje całe życie.
Każdy oddech, każde wspomnienie, każdy ból i radość — wszystkie istnieją tylko w tym malutkim wycinku wieczności.
Podczas gdy starsi z naszego rodu myślą kategoriami wieków, ja żyję teraźniejszością. Nie mam za sobą nawet trzech dekad, a jednak każdy dzień wydaje się mieć znaczenie. Może dlatego, że wiem, że nie mam nieskończenie wiele czasu.
Może dlatego, że czuję, jak mijają minuty, podczas gdy inni nawet ich nie zauważają.
Moja matka, królowa Iris, walczyła wtedy o naszą przyszłość, nosząc mnie pod sercem.
Antaris — nasz dom, nasze sanktuarium, ostatnie schronienie dla wszystkich dobrych istot urodzonych z darem magii. Przez stulecia potrafiliśmy przetrwać burze, odeprzeć każdą inwazję i pokonać każdego wroga.
Ale ta wojna wżarła się w dusze naszych ludzi jak klątwa, której nikt nie potrafił zdjąć.
Mój ojciec, król Avery, ze łzami w oczach przyjął koronę zaledwie kilka księżyców wcześniej, po tym, jak dziadek Elior poległ w bitwie.
Straciliśmy niezliczonych wojowników w tamtej ostatecznej bitwie, a Antaris zostało poważnie osłabione.
Odbudowa była wtedy trudna, a nawet dwie dekady po powrocie pokoju, ból wciąż ciążył na nas ogromnie.
Śmierć nie oszczędziła również amicus — zwierząt duszy, które każdy z nas powinien posiadać. Z roku na rok stawały się coraz rzadsze, aż w końcu prawie całkowicie zniknęły.
Dla tych z nas, którzy urodzili się po wojnie, pozostały jedynie odległą legendą — czymś, czego nigdy nie mieliśmy poznać. Mogliśmy tylko z podziwem wpatrywać się w zwierzęta duszy naszych rodziców i wyobrażać sobie, jak to jest mieć tak głęboką, przeznaczoną więź.
Matka nigdy nie mówiła o swoim utraconym amicus. Ból musiał być dla niej zbyt wielki, nawet po upływie tego całego czasu.
Wiedziałem, że bardzo kochała Alatusa.
Ale przynajmniej wciąż mieliśmy nasze bratnie dusze — te przeznaczone osoby, które miały pojawiać się w naszych snach.
Jednak nawet to wydawało mi się nieosiągalne. Ponieważ ja... ja nigdy wcześniej nie śniłem. Ani razu w całym moim życiu.
A bez snów nie ma wizji. Bez wizji nie ma przewodnika. A bez przewodnika... nie ma nadziei na to, że kiedykolwiek zostaniemy odnalezieni.
Mijały lata, aż rany się zagoiły, ale wspomnienia pozostały. Od dzieciństwa uczono każdego z nas o naszym wrogu.
Abbadon, ostatni ocalały z Władców Ciemności, zdawał się zapaść pod ziemię. Był mordercą tak wielu niewinnych istot z Antaris.
Powodem, dla którego tak wiele tracimy w naszym życiu.
Od czasu jego porażki i ucieczki z Antaris nikt nie widział nawet jego śladu ani nie usłyszał jego szeptu.
Ale Matka była pewna, że on powróci.
Gdy Antaris wydawało się uspokajać, a inni opuszczali gardę i świętowali pokój, ona nakłaniała mnie, abym nigdy nie tracił czujności.
„Jego nienawiść nie umarła” — ostrzegała. „Będzie czekał, aż poczujemy się bezpieczni. Aż pomyślimy, że jesteśmy chronieni. A wtedy uderzy”.
Czasami zastanawiałem się, czy wyczuwa coś, czego my nie potrafiliśmy. A może była to po prostu niezawodna przenikliwość królowej, która widziała zniszczony pokój?
Matka mówiła mi, że wyczuwała we mnie swoją czerwoną aurę, kiedy byłem niemowlęciem. W pierwszych miesiącach mojego życia zmieniłem się w niewytłumaczalny sposób — moje niegdyś czarne włosy wyblakły z dnia na dzień, stając się śnieżnobiałe.
Ale zmieniły się nie tylko moje włosy. Moje niegdyś zielone oczy stały się onyksowe.
Moi rodzice byli zmartwieni, ale nikt nie potrafił tego wyjaśnić. To było tak, jakby coś we mnie pochłonęło kolory.
Wiem, że Matka długo obwiniała o to siebie. Powiedziała mi kiedyś, że nie wiedziała, że jest w ciąży, kiedy użyła potężnej mocy przeciwko armii Abbadona.
Ale jestem pewien, że nie miało to nic wspólnego z moim stanem.
Kilka lat po moich narodzinach przyszła na świat moja siostra, nietknięta klątwą, która wydawała się ciążyć nade mną.
Różnica między mną a Eliarą była bardzo widoczna już w naszym dzieciństwie.
Podczas gdy ona bez wysiłku opanowała elfie dary, ja byłem częściowo zagubiony i próbowałem odnaleźć siebie. Nie rozumiałem jej magicznego talentu, nad którym panowała jak nad drugim oddechem, ponieważ moje własne moce pozostawały dla mnie obce.
Moja matka, której czerwona aura była tak potężna, że sprawiała, iż powietrze drżało, próbowała mi pomóc — ale im więcej mi wyjaśniała, tym dalszy wydawał się mój sukces.
Była Cudownym Dzieckiem, wybraną istotą, która przyniosła zbawienie Antaris. Jej moc była darem, ale na mnie działała niszcząco.
Godziny treningów, cierpliwe słowa mojego ojca, surowe lekcje nadwornych magów — nic nie pomagało. Czułem w sobie magię, ale była jak zamknięta brama, której nie potrafiłem otworzyć.
A z każdym rokiem, gdy Eliara stawała się coraz bardziej promienna, rosło we mnie uczucie... że jestem synem, który tu nie pasuje.
Księciem, który stał w cieniu swoich przodków, nigdy nie osiągając ich świetności.
Jak miałem przyjąć obowiązki króla, skoro nie potrafiłem zapanować nawet nad własnym ciałem?
Czasami czułem się tak, jakbym tak naprawdę nie należał do Antaris — nawet wtedy, gdy wszyscy traktowali mnie z pełną miłości cierpliwością.
Moi rodzice, ich rodzeństwo i przyjaciele... Wszyscy stanowili zgraną wspólnotę. Nic dziwnego, że my, ich synowie i córki, byliśmy równie nierozłączni.
Głęboka więź między naszymi rodzicami — ta wyjątkowa mieszanka przyjaźni, lojalności i niezachwianego zaufania — kształtowała nas, dzieci, od najmłodszych lat.
To, co zaczęło się jako sojusz między nimi, stało się dla nas naturalną bliskością, która rosła w siłę z każdym wspólnym śmiechem, każdą uronioną łzą i każdą przeżytą przygodą.
Nawet jako dzieci byliśmy nierozłączni, tworząc jedność, która rosła w latach szkolnych i która teraz, gdy jesteśmy młodymi dorosłymi, wciąż trwa.
Dzieliliśmy nie tylko sekrety i marzenia, ale także cichą obietnicę: zawsze będziemy przy sobie, tak samo jak nasi rodzice.
Ta pewność była naszą kotwicą — wtedy, jak i teraz.
Noah i Jade byli jednymi z najczęstszych gości w pałacu.
Jade nieustannie próbowała czytać moje myśli i zaglądać do mojego umysłu — ale za każdym razem kończyło się to tak samo. Po kilku sekundach krzywiła się z bólu, kładąc dłonie na skroniach.
„To jest... jak ściana cierni” — jęknęła z bólu pewnego razu.
Z biegiem czasu poddała się.
Jej córka, Alira, była wykapana matką — te same ognistorude włosy, te same szmaragdowozielone oczy.
I ten sam magiczny dar.
Czarownica, która przyniosła matce dumę. Nic dziwnego, że znalazła swoje przeznaczenie w Manou, synu uzdrowiciela Keijou.
Byli też Evangeline i Devas — nie tylko najstarsze istoty w Antaris, ale także najbardziej zaufani doradcy mojego ojca. Mimo swoich obowiązków, demon Devas upierał się, by zostać z rodziną w swoim mirrowym lesie, z dala od zgiełku dworskiego życia.
Łączyła go wyjątkowa więź z Matką i pieszczotliwie nazywał ją siostrą. Jego syn, Cassil, był moim najlepszym przyjacielem z dzieciństwa.
Nawet w szkole stawał u mego boku, gdy inni mi dokuczali, i do dziś niestrudzenie szuka ze mną rozwiązania mojego problemu. Chociaż jego matka była pół-aniołem, odziedziczył on po ojcu nie tylko wygląd, ale również demoniczne moce.
Bratnią duszą Cassila stała się niebieskowłosa Miriel, córka mojego wuja Aidana i cioci Innii. Ciocia Innia, niegdyś morska księżniczka, przekazała swój dar i urodę córce.
Ich starszy syn, Kai, z kolei, ukazał elfie moce po wuju Aidanie — potężne, eleganckie, wszystko to, czym ja nie byłem. Kai bardzo wcześnie zdecydował się zostać żołnierzem.
U boku swojego ojca dbał o bezpieczeństwo Antaris. Większość czasu spędzali na wyspie Bellatorum, gdzie nie tylko mieszkali, ale również nieustannie trenowali.
A ponad wszystkimi tymi żołnierzami dowodziła Evangeline.
Ale moją ulubioną istotą na Antaris była i zawsze będzie Ava, jedyna siostra mojego ojca. Ze swoim mężem, Baelem, tworzyła najcieplejszą parę, jaką można sobie wyobrazić.
Jej beztroska natura, śmiech wypełniający całe pomieszczenie i niewyczerpana radość życia czyniły ją kimś wyjątkowym. Ale to, co naprawdę ich wyróżniało, to bezgraniczna miłość do dzieci.
Chociaż odmówiono im błogosławieństwa posiadania własnych dzieci, znaleźli szczęście w prowadzeniu młodego pokolenia Antaris. Ciocia Ava nie tylko uczyła — wzbudzała pasję, rozpalała ciekawość i sprawiała, że każde dziecko czuło się wyjątkowe.
I wszyscy oni byli wyjątkowi... oprócz mnie.
Byłem duchem pałacu. Księciem z martwymi oczami i utraconą aurą.
Żyjącą zagadką, której nie potrafili rozwiązać nawet mędrcy z naszego królestwa. Być może... gdzieś na zewnątrz czekały na mnie odpowiedzi.
Gdzieś za barierą ochronną Antaris musieli być inni tacy jak ja — istoty, które nie pasowały do tego świata. To była jednak niebezpieczna myśl.
Opuszczanie Antaris było surowo zabronione. Zasada, której nie nałożono bez powodu.
Nawet w przypadku członków rodziny królewskiej, takich jak ja, aby opuścić to miejsce, potrzebne było nie tylko pozwolenie, ale i cały oddział strażników, magicznych obrońców oraz błogosławieństwo Rady Starszych. Wszystko, aby nas chronić, powiadali.
Wszystko po to, by cienie dawnych wojen nie zdołały nas dogonić. Pozostało mi więc tylko jedno.
Musiałem znaleźć inną drogę. Drogę, która nie prowadziła przez ochronne bariery Antaris.
Taką, która mimo wszelkich zakazów poprowadziłaby mnie do szukanych przeze mnie odpowiedzi. Cassil wiedział o moim planie — oczywiście, że wiedział.
Był jedyną osobą, której mogłem się zwierzyć. Dlatego w tajemnicy przeszukiwał ukryte archiwa Antaris, ostrożnie wypytując najstarsze istoty i przeczesując każdą legendę w poszukiwaniu śladu lub tropu, który mógłby mi pomóc.
„Zawsze jest jakieś wyjście” — szepnął do mnie, gdy znowu przeszukiwaliśmy zakurzone zwoje w zakazanych komnatach biblioteki. „Znajdziemy je. Jestem pewien, że tak”.
Ale czasami, kiedy na mnie patrzył, dostrzegałem zwątpienie w jego oczach. Co, jeśli nie było żadnych odpowiedzi?
Co, jeśli naprawdę byłem sam z tą tajemnicą, która czyniła mnie obcym we własnym świecie?
Musiałem znaleźć odpowiedzi... za wszelką cenę.










































