
Archiwa Kemory 3: Niezła asystentka
Autorzy
Lektury
235K
Rozdziały
32
ROZDZIAŁ 1
SOHNI
„Naprawdę, uwierz mi, Sera.” Podaję jej serwetkę, którą natychmiast używa, żeby wydmuchać nos. W torebce mam jeszcze dodatkowe chusteczki, na wszelki wypadek. „To nie twoja wina. To jego.”
I chcę go zabić.
„Przestań to mówić.” Ramiona jej drżą i kolejne łzy spływają po policzkach. „Przestań próbować poprawiać mi humor.”
Daremnie ociera oczy, na chwilę opuszczając brodę na pierś, żeby się opanować. Kiedy znów podnosi wzrok, na jej ustach błąka się smutny uśmiech.
„Myślałam, że to, co mieliśmy, było wyjątkowe. Myślałam, że mogę go zmienić, przerwać jego serię jednorazowych randek i…” głos jej się łamie i bezradnie kręci głową.
„Sikandar nie nadaje się na chłopaka, Sera.” Mój głos jest łagodny. „Powinnam wiedzieć. Pracuję dla niego.”
Powinnam też wiedzieć, żeby się nie zaprzyjaźniać z dziewczynami, które wysyła mnie, żebym w jego imieniu z nimi zrywała, bo jest moim szefem i jakoś mnie przekonał, że to też jest częścią mojej pracy jako jego osobista asystentka.
„Bardzo mi przykro i nienawidzę tego, że cię skrzywdził.” Słowa po prostu się ze mnie sypią, bo patrząc w zaszklone oczy Sery, czuję silne ukłucie w sercu i fala gorąca przepływa mi od czubka głowy aż po palce u stóp. „Czemu się w nim w ogóle zakochałaś? Znałaś jego reputację.”
Sera śmieje się krótko przez łzy. „To urok złego chłopca. Wmówienie sobie, że to właśnie ty go zmienisz. Ale nigdy tak nie jest.” Oczy znów jej się napełniają łzami, kiedy jej wzrok pada na prostokątne pudełko, które wcześniej przesunęłam w jej stronę. „Nie chciałam jego pieniędzy. Chciałam tylko jego.”
„Wiem, Sera, jesteś jedną z tych dobrych.” Poczekaj, aż dopadnę go za gardło, kiedy następnym razem poprosi mnie o poprawienie mu tego głupiego krawata! „Ale wybrałam tę bransoletkę specjalnie dla ciebie. Wiem, że granat to twój kamień urodzinowy i lubisz go nosić.”
Zazwyczaj podboje Sikandara nie są tak sentymentalne. Po prostu biorą prezent pożegnalny, wyrzucają z siebie kilka wybranych słów, które z wielką czcią i satysfakcją przekazuję dalej, i odchodzą wściekłe.
Ale Sera jest inna. Zawsze taka była i naprawdę żałuję, że taka miła dziewczyna dała się wplątać mojemu szefowi-babiarowi. Albo że on nie dostrzegł, jakim skarbem był obdarowany, nie docenił swojego szczęścia i nie zmienił swoich kobieciarskich nawyków.
Niestety bransoletka z granatami i złotem to jedyny sposób, w jaki mogę jej pokazać, jak bardzo mnie boli cała ta sytuacja.
„Nie mogę tego przyjąć, Sohni.” Jej oczy są miękkie i zaczerwienione i łamie mi się serce, kiedy bierze głęboki wdech i prostuje ramiona. „Wiedziałam, na co się piszę. Powiedział mi, że nie wchodzi w związki i że to tylko seks. To moja wina, że zaangażowałam uczucia.” Delikatnie odpycha pudełko z biżuterią w moją stronę i uśmiecha się. „Dziękuję, że jesteś taka miła. Zawsze cię lubiłam.”
Obie wstajemy i nie odsuwam się, kiedy mnie przytula, ale potem poświęcam kilka chwil na przetarcie twarzy dłońmi i przemyślenie swojego życia, podczas gdy kelner przynosi rachunek za wodę.
No tak, w tym drogim lokalu nawet za wodę się płaci. Zasada Sikandara brzmi: zawsze zrywaj w ładnej restauracji, żeby złagodzić cios.
Dupek.
Zbieram niechciane aksamitne pudełeczko, zostawiam sowity napiwek i wychodzę z lodowatej restauracji z komórką przyklejoną do ucha. Holly powinna być już w biurze ze wszystkim przygotowanym na spotkanie Sikandara, ale chcę się upewnić — z przyzwyczajenia.
Minął nieco ponad rok, odkąd mój poprzedni szef, Taj Dempsey z TD Constructions, przekazał mnie swojemu synowi, żebym pomogła spadkobiercy najstarszego i największego imperium budowlanego w Kemorze wdrożyć się w nową rolę dyrektora operacyjnego firmy i przygotować się do przejęcia sterów od ojca, kiedy ten postanowi przejść na emeryturę.
Do dziś przeklinam dzień, w którym się na to zgodziłam.
Bycie asystentką pana Dempseya to było co innego. To była moja pierwsza praca zaraz po studiach i kochałam każdą jej sekundę. Ten człowiek wiedział, jak szanować kobiety, być profesjonalnym i empatycznym, delegując obowiązki, ucząc mnie fachu i ufając, że ogarnę cały jego dzień.
A do tego nie musiałam się zajmować żadnymi złamanymi sercami.
Taj Dempsey jest znany ze swojej wierności i od trzydziestu pięciu lat jest szczęśliwie żonaty z tą samą kobietą — matką Sikandara. Gdzie ta para popełniła błąd w wychowaniu jedynego dziecka, jest dla mnie zagadką. Ale jak mój brat Asher zawsze mówi — gość urodził się dupkiem; nikt nie jest temu winien.
„Lass!” Gruby, udawany irlandzki akcent Holly rozprasza mi myśli. „Gdzie jesteś? Gdzie szef?”
„Byłam z jedną z dziewczyn Sikandara… zaraz, jak to gdzie szef?” Coś ciężkiego opada mi do żołądka. „Nie ma go? Spotkanie zaczyna się za…” próbuję sprawdzić godzinę na telefonie, ale głos Holly potwierdza moje obawy.
„Za niecałą godzinę!” Brzmi tak samo poirytowanie jak ja się czuję. „Przyszedł rano, potem zszedł po kawę i od tamtej pory nie wrócił. Nawet nie odbiera telefonu.”
Cholera.
„Jak dawno to było?”
„Dwie godziny temu.”
Podwójna cholera.
„Okej, Ali jest na miejscu?” Potwierdza, że tak, co trochę mi ulżyło, wiedząc, że przynajmniej dyrektor finansowy i kierowniczka projektu są punktualni, nawet jeśli dyrektor operacyjny zniknął. „Dobrze, to wy się bierzcie za robotę, a ja go znajdę i przywlokę.”
„Zdąż, Sohni,” ostrzega Holly. „Kontrakt z Kokyo to nasz największy do tej pory.”
„Wiem.” Już wyjeżdżam z parkingu. „Dzwonię do niego.”
Gdy tylko Holly się rozłącza, wybieram numer Sikandara i po raz kolejny przypominam sobie, że powinnam sparować telefon z moją Mazdą. Dzwoni, ale nikt nie odbiera. Odpuszczam to i zamiast tego sprawdzam jego lokalizację. Dobrze, że załatwiłam to w drugim tygodniu pracy, kiedy zgubiłam go z powodu pięknej rozproszycielki, która skłoniła go do opuszczenia firmowej kolacji i zostawiła mnie jak niekompetentną sekretarkę, która nie jest w stanie dostarczyć szefa na żądanie.
Czerwona kropka na mapie oznaczająca jego lokalizację wywołuje kolejną falę niepokoju wzdłuż kręgosłupa.
Jest w domu?
Nie ma jeszcze południa i nawet jak na niego jest za wcześnie, żeby unikać pracy tak bardzo, jak tej zarazy, za którą ją uważa. Może zachorował albo coś. Dodaję gazu, pokonując dystans piętnastu minut w pięć, i z piskiem opon zahamowuję przed lśniącym wieżowcem, w którym mieści się jego penthouse w tej luksusowej dzielnicy.
„Dzień dobry, pani Mehr.” Ricky uchyla czapkę, promienieje do mnie jak zawsze i wyciąga dłoń po kluczyki. „Jak elegancko mam zaparkować? Blokujemy dziś ruch?”
„Zaraz wracam, Ricky!” Krzyczę przez ramię, wpadając do środka, przeskakując nad ludźmi, machając pospiesznie do Mariny przy recepcji i wślizgując się do windy, zanim drzwi się zamkną.
„Zgrabnie.” Alexander, blondwłosy i przystojny sąsiad Sikandara, inwestor venture capital, uśmiecha się do mnie. „Trochę wcześnie na zbieranie go, nie?”
„A ty czemu jesteś w domu o tej porze?” pytam, poprawiając kok i spódnicę i sprawdzając w lustrzanej ścianie blask mojego kolczyka w nosie, gdy docierają do mnie jego słowa. „Skąd wiesz, że jest w domu?”
Zdarzają się momenty, kiedy przyjeżdżam po coś do Sikandara, gdy ten jest w biurze. Alexander o tym wie, bo właśnie przy jednej takiej okazji trzy miesiące temu poświęcił dziesięć minut mojego cennego czasu, żeby zaprosić mnie na randkę.
„No więc, po pierwsze…” Alexander podnosi palec wskazujący, „…pracuję z domu w tym tygodniu i Naomi wpada na lunch.”
Unosi torby z zakupami, przez co czuję się głupio, że wcześniej ich nie zauważyłam. Mój żołądek burczy na myśl o gotowaniu Alexandra, które w całym budynku uważane jest za rewelacyjne.
Ten domowy obiad mógł być dla mnie.
Chce mi się płakać z powodu straconej szansy, bo Naomi pojawiła się po tym, jak tamtego wieczoru delikatnie go odmówiłam.
„A po drugie…” unosi drugi palec, „…widziałem go, kiedy wychodziłem do sklepu.”
Ściska mnie w środku. „Jak wyglądał?” Boże, nie daj, żeby był chory. Dziś jest niesamowicie ważny dzień! „Wyglądał okej? Chorobliwie zielony czy zdrowo opalony?”
Drzwi windy rozsuwają się, zanim Alexander zdąży odpowiedzieć, a ponieważ to nasze piętro, wypadam, rzucając szybkie pożegnanie, nie czekając na jego odpowiedź. Mam klucz do penthouse'u Sikandara i nie mam żadnych oporów przed jego użyciem, zwłaszcza teraz, gdy może leżeć chory i nie chcieć wlec się z sypialni do drzwi.
„Sikandar?” Staram się nie krzyczeć, żeby go nie wystraszyć, kiedy przechodzę przez hol i elegancki czarno-biały salon z nowoczesną kuchnią, jadalnią i strefą wypoczynkową, i wchodzę po schodach do jego sypialni. „Wszystko w porządku?”
Dopiero po tym, jak otwieram jego drzwi i słyszę kobiecy pisk, który uderza w moje bębenki z całą siłą katastrofy kolejowej, mój mózg każe mi najpierw wytrzeszczyć oczy, potem odwrócić się z dłońmi na oczach i przygotować się do zbesztania bardzo nagiego Sikandara, który za moimi plecami próbuje naciągnąć spodnie.
Jak tylko znajdę odpowiednie słowa, oczywiście.
„Co, kurwa, tu robisz?” Brzmi na wkurzonego, a szelest materiału i zamka sugeruje, że na szczęście jest już w miarę ubrany. „Odwróć się, kurwa, i patrz na mnie, Sohni!” Odwracam się i tak, jego twarz jest we wszystkich odcieniach gniewu Dempseyów, ale bez cienia wstydu. „I co? Wytłumacz się!”
„Wytłumaczyć?” O tak, słowa zaczęły napływać. „Masz być na spotkaniu z Kamilem Kokyo w biurze, a nie tutaj, robiąc tamto!”
„O czym ty mówisz?” Wygląda, jakby chciał mnie fizycznie wyrzucić ze swojego życia, jego piwne oczy lśnią złotem jak u wściekłego lwa. „Spotkanie jest o trzeciej!”
Daję mu to spojrzenie, które mu daję, kiedy coś spieprzył — a zdarza mu się to co najmniej dziesięć razy dziennie. A potem wciskam mu telefon pod nos. „Musieliśmy przełożyć, bo Kamil nie może o trzeciej. Wysłałam ci przypomnienie wczoraj i przedwczoraj.”
Jego szczęka łagodnieje, kiedy bierze mój telefon i czyta wiadomość. „O cholera, zapomniałem.”
„Nie mów. Wysłałam ci też zaproszenie mailowe na wszelki wypadek i zostawiłam karteczkę na lodówce i w samochodzie.”
„O, to był twój charakter pisma? Taki ładny.” Dziewczyna w pokoju wybiera właśnie ten moment, żeby się przedstawić i opowiedzieć o swoim romantycznym spotkaniu z moim szefem. „Cześć, jestem Chloe. Poznaliśmy się rano w kawiarni i kupił mi ostatniego pączka. Czekaj, jesteś jego dziewczyną?”
Fuj.
„Boże, nie, wolałabym umrzeć,” odpowiadam i postanawiam zakończyć to wszystko raz na zawsze, żebym nie musiała ocierać jej łez za dwa tygodnie — albo dni. Ściskam jej dłoń. „Jestem jego asystentką, ale przed chwilą byłam z jego ostatnią ex. Musiałam jej wygłosić mowę pożegnalną, wiesz, jak to jest. Wytrzymała z nim jakiś miesiąc, bo grała niedostępną.” Taksującym wzrokiem ogarniam szczupłą i wyćwiczoną sylwetkę Chloe w bieliźnianym topie. „Może dotrwasz do trzeciego dnia.”
„Sohni.”
Ignoruję ostrzeżenie Sikandara, a jego randka też je ignoruje, bo teraz marszczy brwi z rękami na biodrach. „Jak to mowę pożegnalną?”
„To część mojej pracy.” Rozpinam torebkę, wyciągam pudełko z biżuterią, którego Sera nie chciała, i daję je Chloe. „Kiedy mu się znudzisz, wyśle mnie z czymś takim. Więc ja proponuję, żebyś wzięła to teraz i oszczędziła sobie czasu, który stracisz z nim. Znajdź kogoś, kto cię doceni, Chloe.” Szczerość w moim głosie wydobywa łagodny blask w jej oczach. „Zasługujesz na więcej.”
„Och.” Chwyta się za serce, po czym chwyta pudełko i otwiera je. „To prawdziwe?”
Jej westchnienie jest urocze, ale widok Sikandara ściskającego się za nasadę nosa to nagroda sama w sobie.
„Tak. Prawdziwe złoto, prawdziwe granaty.” Uśmiecham się. „Miłego, Chloe. Miło było cię poznać.” Najlepiej się więcej nie spotykajmy. Ale tego nie mówię i entuzjastycznie macham, gdy zbiera swoje rzeczy i wyfruwuje z sypialni, zostawiając mojego szefa, który może dalej mnie świdrować wzrokiem. „Proszę, uczesz się. Wyglądasz jak bezdomny.”
Nie żeby jego włosy kiedykolwiek wyglądały źle.
Ja jestem bardzo dumna ze swoich włosów. Uważam, że są wspaniałe i nadają się do reklamy szamponu dla pięknych brunetek, ale włosy Sikandara? To gęsta, lśniąca, ciemna grzywa z wdowim szczytem, który uwielbiam i chciałabym mieć, opadająca w błyszczących falach tuż powyżej szerokich ramion. Teraz są rozkosznie rozczochrane i sprawiają, że marzę, żeby zrobić z nich perukę i nosić ją w moje złe dni włosowe.
Dzień, w którym zacznie łysieć, będzie dniem powszechnej żałoby.
„Robisz za przyzwoitkę,” wciąż się marszczy.
„Przepraszam bardzo, ale przyłapanie mojego szefa ze spuszczonymi spodniami to nie jest sposób, w jaki chcę zaczynać dzień.”
„Ona chciała mi się odwdzięczyć za kawę.”
„Więc przywiozłeś ją do swojego penthouse'u? Masz dwadzieścia minut na spotkanie, które jest czterdzieści minut stąd.”
„Pojedziemy moim autem. Przestań krzyczeć.” Przechodzi obok mnie i chwyta portfel z szafki nocnej. „Swojego gruchota zostaw w moim garażu.”
„Ugh, co to jest?” Podchodzę bliżej, kiedy odwraca się do mnie, i oglądam jego szyję. „Masz plamę od szminki na kołnierzu. Zdejmuj koszulę.” Już buszuję po jego szafie, przerzucając wieszaki. „Widzę same białe.”
„Nie, wczoraj miałem białą.” Wchodzi za mną i próbuje przeglądać wieszaki. „Daj tę limonkową.”
Wyciągam ją i odwracam się, żeby mu podać, kiedy nos trafia mi w jego klatkę piersiową. Twarde jak skała mięśnie i tak dalej, i tak, widziałam już wcześniej, jaki jest wyrzeźbiony, ale za każdym razem potrzebuję chwili, żeby złapać odpływające myśli i wepchnąć je z powrotem do głowy — albo zepchnąć żółć z powrotem do żołądka. To właściwie to samo uczucie.
„Gapisz się.” Jego uśmieszek też nie pomaga. „Zapraszam — nie mam nic przeciwko.”
„Obrzydliwe.” Wciskam mu koszulę w ręce i odchodzę z szafy. „Kazałeś mi złamać serce miłej dziewczynie, a sam tu sobie hulanki urządzałeś z inną. Nie masz pojęcia, co robisz tym kobietom?”
Wkłada jeden rękaw, potem drugi. „Znają zasady, Sohni. Nie składam obietnic, których nie zamierzam dotrzymać.”
„Ale mają nadzieję, że cię zmienią.” Mój mózg działa na autopilocie, więc palce same zaczynają zapinać mu guziki. „Naprawdę lubiłam Serę. Naprawdę miałam nadzieję, że będzie tą jedyną.”
Przez niego przechodzi chichot, który czuję, jak jeszcze bardziej psuje mi humor. „Skoro tak to przeżywasz, może sama się z nią umów.”
„Wiesz co, Sikandar…” moje palce zaciskają się na przodzie jego koszuli, „…karma to suka i pewnego dnia ugryzie cię w tyłek — a kiedy to się stanie, będę tam siedzieć z wiaderkiem maślanego popcornu i ciepłym, przytulnym kocem.”
Pochyla się, a jego woda kolońska atakuje mój nos. „Gnieciesz mi kołnierz, laleczko.”
Naprawdę muszę znaleźć nową pracę.
„Ja prowadzę.” Łapię kluczyki od jego samochodu z szafki nocnej i otwieram torebkę po raz ostatni, żeby wyciągnąć tablet i podać mu. „Powinieneś przejrzeć ofertę i odświeżyć sobie pamięć, zanim zobaczysz Kamila. Ten człowiek jest niesamowicie drobiazgowy, jeśli chodzi o fakty i liczby, a zdobycie tego konta to twój najważniejszy sprawdzian, Sikandar. Nie możesz tego zepsuć. W ten sposób pokażesz panu Dempseyowi, że potrafisz wykonywać swoją pracę i ogarniać wszystko. Jest szansa…„
Mój wydzierający się telefon przerywa mi, a nazwisko Aliego na wyświetlaczu sprawia, że moje brwi podskakują, alarmując szefa.
„Co jest?” pyta, ale ja po cichu gestem każę mu wynosić się za drzwi i czytać dokumenty, kiedy odbieram.
„Jak to są wcześniej?” Łapię torebkę i pędzę za Sikandarem przez korytarz do windy.
„Żona Kamila przejęła spotkanie,” Ali brzmi, jakby zaraz miał się rozpłakać. „Musiał lecieć do Szwecji czy gdzieś tam, kurwa. Sohni. On nawet się nie pojawił na tym spotkaniu; to nie jest dobry znak.”
„Wiem.” Masuję skroń i wzrokiem każę Sikandarowi dalej czytać, kiedy próbuję ogarnąć ten bałagan. „Czy ona się na tym zna? Czy ma upoważnienie, żeby zamknąć umowę?”
„Na pewno ma dość władzy, żeby nie dać mu jej podpisać, jeśli nas nie polubi.”
„To niedobrze.”
„Co niedobrze?” pyta Sikandar, ale ja wsadzam go na fotel pasażera jego sportowego-jakiegoś-drogiego-z-trójzębem — tak, to Maserati — kabrioletu. „Sohni? Co się, kurwa, dzieje?”
„Możesz ją zająć i zadowolić, dopóki nie dotrzemy, Ali?”
„Holly chyba znalazła jakiś wspólny temat do plotkowania i pani klientka się świetnie bawi.”
„Dobrze, dalej tak działajcie. Będziemy za…” sprawdzam zegar na desce rozdzielczej, „…pięć minut.” Albo coś koło tego. Niech będzie dziesięć.
Sikandar mruży oczy. Najwyraźniej usłyszał fragmenty rozmowy. „Biuro jest ponad pół godziny stąd. Przełóż spotkanie, skoro Kamil nie raczył się zjawić.”
„Ty też nie raczyłeś.” Rozłączam się i odpalam silnik. „Miałeś czytać.”
„Już to znam. Przerabiałem to z Hol…„
Ale resztę zdania porywa wiatr, kiedy samochód pruję ulicami Kemory w szalonym wyścigu do centrum. Zanim docieramy pod wieżowiec z imponującym szyldem TDC TOWER nad wejściem, kostki Sikandara są białe od ściskania uchwytu.
„Leć,” mówię. „Zaparkuję i dołączę.”
Rzuca okiem na zegar w desce rozdzielczej, potem podnosi wzrok na mnie. „O matko, kobieto. Gdzie ty się tak nauczyłaś jeździć?”
„Mój chłopak ze studiów był kierowcą wyścigowym. On mnie nauczył.”
Jego brwi wędrują w górę. „Czemu się rozstaliście? Za dużo mandatów?”
„Nie chciałam z nim iść do łóżka.” Śmieję się, kiedy otwiera usta ze zdumienia. „No idź, spóźniasz się!”
Sikandar wyskakuje, a ja wytaczam się z okrężnego podjazdu na wyznaczone miejsca parkingowe. Szybki spacer z parkingu do głównego budynku i kolejne milion minut od wejścia do wind, a potem do biura na dwudziestym piętrze.
Kiedy w końcu wchodzę przez podwójne drzwi sali konferencyjnej, ogarnia mnie lodowata cisza. Holly stoi przy pustym ekranie projektora, blada jak ściana, a Ali ma twarz schowaną w dłoniach, czarne okulary leżą na stole i jest osunięty na krześle obok Sikandara.
Sikandar przeczesuje włosy dłonią i otwiera i zamyka usta jak ryba.
„Co się dzieje?” Rozglądam się po pustym pomieszczeniu. „Gdzie klientka?”
„Poszła.” Ali siada prosto, wbijając we mnie wzrok, który wyraźnie mówi, jak bardzo jest niezadowolony z jednej osoby, na którą unika patrzenia. „Jej dokładne słowa: 'Nie jestem w stanie oddychać tym samym powietrzem co ten palant'.”
„O nie.” Moje oczy natychmiast zwracają się na Sikandara. „Co zrobiłeś?”
„Nic!”
„To, co zawsze.” Ali wstaje, poprawiając okulary na nosie i mierząc Sikandara wzrokiem w swoim inteligentnym stylu Clarka Kenta. „Zgadnę. Zapomniałeś do niej zadzwonić po?”
„Nie zrobiłem nic,” odgryza się Sikandar. „Wiem, że zazwyczaj to moje romanse są problemem, ale tym razem to dlatego, że powiedziałem nie.” Patrzy z powrotem na mnie, a jego oczy mają kolor mówię-prawdę. „Spotkałem ją na zimowej gali firmowej trzy lata temu, ale była tam z kimś innym, więc bardzo grzecznie odmówiłem, gdy próbowała mi wepchnąć język do gardła.”
„A potem?” pyta Holly.
„A potem pojechałem do domu.”
„Sam?”
„Z jakąś… kimkolwiek, kto wtedy był na okładce Svelte.”
„Mina Komal,” mówi Ali, a potem wzrusza ramionami, czując na sobie nasze spojrzenia. „No co? Śledzę modę.”
„Ya numpty.”
„Co to, kurwa, jest numpty?”
„To ty, ty dzbanie!”
„Holly, na litość boską,” jęczy Sikandar. „To, że spędziłaś rok w Irlandii, nie znaczy, że możesz mówić w języku, którego nie rozumiemy.”
„No cóż,” Holly bawi się luźnymi końcówkami swoich blond włosów. „To był bardzo długi rok.”
„A panie Mezher…” Sikandar przybija Aliego wzrokiem, „…jesteś moim dyrektorem finansowym. Rozumiem, jakie tu są kwoty, i nigdy bym tego nie narażał. Przysięgam, że nie wiedziałem, kim jest żona Kamila, zanim tu przyszedłem.”
„To co teraz?” Odzywam się, zanim Ali albo Holly zdążą zepchnąć rozmowę w kolejną niekończącą się spiralę. „Kamil jest za granicą, a jego pełnomocniczka cię nienawidzi. Jaki masz plan?”
„Może czas powiadomić pana Dempseya,” mówi Ali. „Musimy zdobyć ten projekt.”
„Nie, nie mówimy ojcu nic.” Sikandar stuka palcem w stół. „Dam sobie z tym radę.”
„O, wiem!” Holly podnosi rękę, jakbyśmy wciąż byli w podstawówce. „Powinieneś się z nią przespać.”
„Słucham?”
„No, wyraźnie jest wściekła, że ją odrzuciłeś, więc jeśli ją usatysfakcjonujesz, może każe mężowi podpisać kontrakt.”
Ali pociera podbródek. „W sumie to ma sens.”
„Słucham.” Brwi Sikandara opadają. „Kim ja jestem? Żigolakiem na zamówienie?”
„No dalej, ten jeden raz, kiedy twoje romanse mogłyby się przydać firmie, i mówisz nie?”
„Czy wy kompletnie…„
„Okej, koniec, ludzie,” podnoszę głos ponad ich absurdalne. „To fatalny pomysł i nie, nie robimy tego.”
„I choć może was to zdziwić, niezajęte kobiety to nie mój typ. Wolne — to mój jedyny typ. A teraz cicho, mówię.” Sikandar bierze telefon i wybiera kontakt. Po chwili ktoś po drugiej stronie odbiera. „Hej, Kamil, jak tam? Przeszkadzam? Słyszałem, że lecisz do Szwecji. Byłeś tam kiedyś? Nie? Jest pięknie o tej porze roku. Szkoda, że wcześniej nie wiedziałem… tak, mam apartament w Sztokholmie. Chętnie bym cię ugościł… och, oczywiście! W każdej chwili. Jak się mama czuje?”
Holly rzuca mi spojrzenie, bezgłośnie formując słowa 'Ta MILF?', podczas gdy usta Aliego wykrzywiają się, jakby połknął żółć. Po prostu kręcę głową, dając im znać, że to był kolejny przerażający wieczór, przez który mój szef mnie przegonił z wielką przyjemnością, ale nic skandalicznego się nie wydarzyło.
Dzięki Bogu.
„Obawiam się, że też nie do końca rozumiem, co się stało…” Głęboki głos Sikandara niesie się po cichej sali konferencyjnej. Zawsze brzmi, jakby miał seksowny katar albo właśnie wstał z łóżka — albo jedno i drugie. „Przepraszam, ale to nie są te liczby, które dla was przygotowaliśmy. Ali Mezher, mój dyrektor finansowy, przedstawił to…„
Unosi brwi w moją stronę, najwyraźniej oczekując, że odczytam mu myśli i wymyślę to, co próbuje powiedzieć. Łapię długopis i notatnik Aliego, piszę imię grubymi literami i podnoszę jak fiszką do odczytania przez Jaśnie Pana.
„…Biance, pana żonie.” Daje mi kciuk w górę. „Tak, zostało to wysłane mailem w zeszłym tygodniu… tak, Holly Simmons jest kierowniczką projektu… zgadza się, pracowała nad projektem placu miejskiego.”
Jego uznanie w połączeniu z olśniewającym uśmiechem sprawia, że Holly różowieje i robi taki mały taniec ramionami, który idealnie pasuje do naładowanego nastroju w pokoju. Minęło nieco ponad dwie minuty, a Kamil Kokyo wciąż jest na linii. Oszołomiona mina Aliego ma szczęśliwy odcień, który czuję w kościach.
Dobrze idzie!
„Jasne, chętnie przejdę jeszcze raz przez liczby. Kiedy ma pan czas?” Sikandar się śmieje. „Tak, oczywiście, proszę skorzystać z apartamentu. Mitt hem är ditt hem.” Kolejny serdeczny chichot. „Tak, mówię trochę po szwedzku. Akurat tyle, żeby się dogadać… oczywiście, nauczę pana. Proszę dzwonić kiedy pan chce!”
Matko. Właśnie rozegrał Kamila Kokyo jak instrument.
Ali już triumfalnie wymachuje pięściami w powietrzu, a Holly wyciąga do mnie rękę na piątkę, którą oddaję. Sikandar kończy rozmowę i opada na oparcie krzesła, pozwalając, by zadowolony uśmiech rozlał się na jego twarzy.
„Cóż, dzieci,” mówi, „mam nadzieję, że robiliście notatki.”
„Szefie! Jesteś wielki!” wrzeszczy Ali.
„Masz apartament w Sztokholmie?” pyta Holly, podekscytowana jak dziecko.
„Nie, nie ma. Jeszcze nie,” odpowiadam, a jej radość już działa mi na nerwy, bo przypomina mi o telefonach, które trzeba natychmiast wykonać do ludzi, którzy naprawdę mają nieruchomości w Sztokholmie, na wypadek gdyby Kamil Kokyo chciał zamieszkać w apartamencie Sikandara w Szwecji. „Hej, Annabelle, jak się masz? Jak maluch? Słuchaj, mam ogromną prośbę…„
Oczy Sikandara śledzą mnie wokół stołu, a jego uśmiech nie gaśnie, podczas gdy organizuję naszemu już prawie pewnemu klientowi pobyt za granicą na nasz koszt.
Reszta dnia mija bez problemu i Sikandar nawet zostaje w swoim gabinecie, przeglądając wykresy, plany, projekty, kosztorysy i liczby, jak powinien. Nie ma zbyt wielu spotkań, ale te kilka, które jest, wymaga jego obecności, i nie sprawia mi z tego powodu żadnych kłopotów.
„Byłeś dziś szóstką,” mówię mu, kiedy wracamy do jego samochodu.
Moja Mazda wciąż jest przy jego penthousie i musi mnie odwieźć, żebym ją odebrała. Technicznie mój dzień jeszcze się nie skończył, bo wciąż widzę szefa na odległość wyciągniętej ręki. Właściwie mój dzień nie kończy się nigdy, bo zawsze jestem o jeden telefon od kolejnego polecenia, i to po prostu nie jest normalne.
„Szóstką?” Unosi brew. „Nie sądziłem, że kiedykolwiek ocenisz mnie tak wysoko.”
„Odzyskałeś Kokyo po tym, jak jego żona nam to wszystko wysadziła w twarz.” Otwieram drzwi pasażera i siadam. „I byłeś dobrym szefem przez resztę dnia, więc to szóstka.”
Zapina pas za kierownicą i lekko pochyla się w moją stronę, zahaczając swoim wzrokiem o mój. „Co muszę zrobić, żeby dostać dziesiątkę?”
„Wiesz, co musisz zrobić, Ishki. Po prostu nie chcesz.”
Wzdycha i odchyla się, odpala silnik i wycofuje na ulicę. „Po prostu to takie nudne, Sohni… czy nie mogę mieć jeszcze kilku lat dla siebie?”
„Nie jesteś już studentem, Sikandar. Wszyscy twoi znajomi mają stałe prace. Sporo z nich jest żonatych, a niektórzy mają nawet dzieci.” Jestem pewna, że moja mina przypomina tę, jaką jego ojciec przybiera podczas takich kazań, ale jedna myśl łagodzi moje podejście. „Masz może moment à la Zavyar Velshi? Kiedy rzucasz rodzinny biznes i idziesz pracować z przyjacielem ojca? Pamiętaj, Zavyar miał Adama, który przejął stery po jego odejściu. Ty jesteś jedynakiem.”
Chichocze, a gardłowy dźwięk dudni w przestrzeni między nami. „Nie, nie chcę rzucać rodzinnego biznesu, ale to by było trafne, nie? Wszyscy ciągle porównują mnie do Zava.”
„Masz na myśli z powodu jego skandali.”
Kolejne głębokie westchnienie, kiedy skręca w lewo na światłach. „Tak, Sohni, z powodu skandali. Najwyraźniej jestem teraz ulubieńcem tabloidów.”
„Tymczasem Zavyar jest szczęśliwie żonaty z faraminską księżniczką i co jakiś czas przyjemnie upokarzany przez swojego malucha.” Myśl o tym, jak niegdyś osławiony kawaler Kemory całkowicie poddał się miłości we wszelkiej formie, wywołuje mój uśmiech. „Mógłbyś się od niego czegoś nauczyć.”
Ten facet jest jak przerażający tajfun, ale sposób, w jaki zamienia się w miękiszon na sam widok żony — do której osobiście mam ogromnego dziewczyńskiego crusha — to materiał na bajkę. A są jeszcze moi bracia — ta sama historia. Mogę śmiało powiedzieć, że mężczyźni w moim życiu to potęgi, którym nic nie sprawia większej przyjemności niż uszczęśliwianie swoich kobiet.
„Głodna?” Sikandar zwalnia, gdy zbliżamy się do małego baru z burgerami w połowie drogi między biurem a jego penthousem. „Mam ochotę na fast food.”
„Nie, muszę dziś być u cioci. Obiecałam, że przyjdę na kolację.” Odwracam się w fotelu, żeby na niego spojrzeć. „Hej, czemu nie pojedziesz ze mną? Dawno cię nie było, tęsknią za tobą w rezydencji.”
„Twoi idiotyczni bracia też będą?”
Śmieję się. „Tak. I skopią ci tyłek za każdym razem, gdy zaczniesz podrywać ich żony.”
„Albo Ayzal.” Puszcza mi oczko. „Twoja ciotka jest totalną pięknością, i kiedy Zubin umrze, to ja mam pierwszeństwo.”
„Sikandar.” Nie mogę powstrzymać się od trzepnięcia go wierzchem dłoni w ramię. „To bardzo nieładnie. To mój przybrany ojciec.”
„Daj spokój, facet nawet nie dał ci swojego nazwiska.”
„Mam swoje własne nazwisko. Nie potrzebuję niczyiego innego.”
„Dam ci swoje.”
„Słucham?”
Wydaje się usztywniać na ułamek sekundy, jakby w końcu usłyszał bzdury, które wylatują mu z ust — ma takie chwile przytomności — ale potem przewraca oczami. „To znaczy, kiedy poślubię Ayzal i zanim porwę ją na egzotyczny miesiąc miodowy, adoptuję cię i hojnie dam ci prawo do mojego nazwiska. Oczywiście Yanni i Asher nie zostaną zaproszeni na ślub, jako synowie Zubina, ale ich piękne żony mogą przyjść.”
„O, jak by ich to ucieszyło.”
„No nie?”
Ten facet.
Mogę tylko kręcić głową. „Więc? Kolacja z Taharami dziś wieczorem?”
„Nie, chyba pojadę do mamy. Niech mi zamówi jakiegoś fast fooda.”
„Och, jaki ty jesteś słodziak. Mamusia na pewno chętnie to zrobi.”
„Zamknij się.” Nie udaje mu się powstrzymać uśmiechu, który mógłby nosić tylko dumny maminsynek. „Jesteś wkurzającą przyzwoitką.”
„Jesteś okropnym szefem.”
„Gdybyś nie była młodszą siostrą mojego najlepszego kumpla, zwolniłbym cię.”
„Proszę, zwolnij mnie, żebym mogła wrócić do asystowania twojemu wspaniałemu tacie.”
„To jest pokręcone na tylu poziomach, że nie jestem w stanie zliczyć.”
Za to dostaje kolejnego kuksańca, ale Sikandar Dempsey jest jak dobrze wypalony garnek — nic się go nie ima. Ale w gruncie rzeczy jest w porządku. Po roku bliskiej współpracy, a wcześniej z jego ojcem, plus nasze kontakty towarzyskie przez rodziny, nasza dynamika szef-pracownik jest wszystkim, tylko nie konwencjonalna, a jego obecność daje mi wystarczający komfort, żeby się przekomarzać, żartować i doceniać jego poczucie humoru.
Zanim podrzuca mnie do samochodu w swoim garażu, oboje zanosimy się śmiechem, gdy jego opowieść o koszmarnej garderobie dobiega końca: jego randka ukradła mu ubrania i zostawiła go zamkniętego w szatni na jakiejś studenckiej imprezie.
„Yanni mnie uratował i musiałem nosić mu kawę przez miesiąc.” Klaszcze dłońmi w kierownicę, a ja próbuję złapać oddech między napadami śmiechu. „Twój brat jest złem wcielonym.”
„Powinieneś umawiać się z lepszymi kobietami.” Wciąż się śmieję, wysiadając z jego auta i idąc do mojego. Słodka, mała, niebieska Mazda pika, kiedy się zbliżam. „Dzięki za podwózkę, Ishki. Do jutra. Pozdrów mamę i tatę.”
„Sohni.”
Odwracam się, żeby na niego spojrzeć. Stoi z ramionami złożonymi na składanym dachu samochodu, który podniósł wcześniej, bo nienawidzę wiatru we włosach. Marynarka dawno zniknęła i leży na tylnym siedzeniu, a rękawy koszuli podwinięte odsłaniają imponujące przedramiona. Żylaste. Jak marzenie pielęgniarki szukającej żyły do wenflonu.
Co do cholery, Sohni, skąd ci to przyszło do głowy?
Może ten uroczy lekarz, którego poznałam na weselu Ashera w zeszłym roku, wywarł na mnie głębsze wrażenie, niż myślałam. Zresztą nieważne, czas wyrzucić uroczego lekarza z głowy i skupić się na nagle poważnym szefie, który patrzy na mnie, jakby naprawdę mnie widział.
„Tak?” Ponaglam go, bo jego wyraz twarzy jest trochę niepokojący i nieznajomy.
„Ty…” zatrzymuje się, jakby brał powolny wdech, „…ty zawsze jesteś dziesiątką.”
Matko, myślałam, że umiera.
„Oczywiście.” Unoszę jedno ramię i ustawiam się w pozie pewnej siebie modelki. „Jestem jedną cholernie dobrą asystentką.”
Twarz Sikandara rozjaśnia szeroki uśmiech. „Jesteś. Do jutra.”
Wsiadam do swojego auta i wycofuję. Sikandar wciąż stoi i patrzy na mnie z rękami w kieszeniach, kiedy skręcam za róg i zostawiam jego budynek za sobą.















































