
W głąb lasu
Autorzy
L. B. Neptunia
Lektury
455K
Rozdziały
45
Skylar budzi się w zimną, bezksiężycową noc w lesie bez żadnych wspomnień. Walczy o życie z przerażeniami zarówno dzikimi, jak i nadprzyrodzonymi. Kiedy wysoki nieznajomy ratuje ją z paszczy wygłodniałego niedźwiedzia, okazuje się, że jej walka dopiero się zaczyna. Co gorsza – jej przeszłość czy potwory, z którymi jeszcze przyjdzie jej się zmierzyć?
Rozdział 1: Mroczny Ból
Poczułam, jak moje ciało szarpnęło i powoli wyciągnęło mnie z głębokiego snu.
Powietrze wokół było zimne i wilgotne, wypełniało płuca czymś, co przypominało ostre kawałki lodu rozchodzące się z klatki piersiowej aż do ramion i nóg.
Kilka szybkich oddechów wyrwało mnie z resztek snu i wprowadziło w stan większej świadomości. Ale czy naprawdę byłam przytomna?
Ciemność sprawiła, że otworzyłam oczy tak szeroko, aż zabolało. Zamknęłam je mocno z bólu, podpierając się na łokciach.
Czułam, jakby moja głowa pękała na pół. Podniosłam rękę, żeby sprawdzić, i znalazłam kilka liści wplątanych we włosy. Kiedy próbowałam je wyciągnąć, poczułam coś lepkiego na palcach.
Próbowałam podnieść dłoń przed oczy, żeby zobaczyć kolor, ale to było niemożliwe. Było zbyt ciemno.
Jedyne, co wiedziałam, to że moje włosy tworzyły zimne, grube kołtuny z czymś, co wyglądało na starą, zaschnietą krew. To i pulsujący ból głowy mówiły mi, że mam jakiś uraz.
Kolejny dreszcz zimna sprawił, że przyciągnęłam nogi do klatki piersiowej i owinęłam je ramionami. Poza tym że byłam bardzo obolała i zesztywniała, cieszyłam się, że działały normalnie.
Poruszałam się dalej i ostrożnie sprawdzałam każdą część ciała po kolei, jednocześnie wpatrując się w otoczenie. Wszystko było całkowicie czarne.
Zawsze trochę bałam się ciemności, ale teraz byłam po prostu szczęśliwa, że nic nie wydawało się złamane. Bolało mnie tylko ramię, a kostka była lekko spuchnięta.
Moja ręka ponownie powędrowała do tyłu głowy i wyczułam kształt rany. To był guz tworzący niewielkie wybrzuszenie na skórze, a jego brzegi były szorstkie i nierówne.
Byłam prawie pewna, że powinien być zszyty albo przynajmniej obejrzany przez lekarza, ale nie trzeba było wielkiej mądrości, żeby zorientować się, że byłam daleko od jakiegokolwiek szpitala. Nie miałam nawet telefonu, żeby zadzwonić pod dziewięćset jedenaście.
„Halo?” – krzyknęłam słabym głosem, który załamał się i pękł. Odchrząknęłam i spróbowałam ponownie.
„Halo?”
Nic. Tylko cichy dźwięk wiatru przemieszczającego się przez korony drzew. Poczułam, jak samotność wspina się na mnie jak wściekłe zwierzę.
Żeby nie dać się opanować strachowi, powoli wstałam i zrobiłam kilka chwiejnych kroków, zanim znalazłam równowagę. Potem wyprostowałam T-shirt i mocniej owinęłam się kardiganem.
Niewiele to pomogło przeciwko chłodowi. Zwłaszcza że ubrania były dość mokre od leżenia na ziemi przez nieznany czas. Ale było jedno pytanie, które martwiło mnie znacznie bardziej niż mokre ubrania:
Dlaczego tu byłam?
Zrobiłam kilka kroków do przodu, trzymając ręce przed sobą, żeby na coś nie wpaść. Spanikowana poczułam, jak miękkie nici dużej pajęczyny owijają się wokół mojej twarzy.
Oczywiście wrzasnęłam, jakby mnie pożerały żywcem, kiedy poczułam coś wielkości małej myszy pełzającego po boku mojej szyi.
Pająk! Kurwa! O Boże! O Boże! Pająk! Zdejmij go ze mnie!
Potykałam się, dziko próbując strząsnąć cokolwiek to było.
A ponieważ byłam tak przerażona, zapomniałam uważać, gdzie stawiam nogi, i wpadłam na ostrą gałąź, która wbiła się tak mocno w moją brew, że straciłam równowagę i upadłam do tyłu.
Uderzyłam łokciem o kamień, a kością ogonową o inny kamień. Narastające ciepłe uczucie pod moją brwią mówiło mi, że prawdopodobnie krwawię.
Mimo to minęło sporo czasu, zanim poczułam się wystarczająco pewna, że stworzenie zniknęło, i udało mi się uspokoić.
Z sercem wciąż głośno bijącym w uszach próbowałam pozbyć się lepkiej pajęczyny, która teraz pokrywała większość mojego ciała. Wzdrygnęłam się, wyciągając z włosów kawałki tego, co prawdopodobnie były martwymi, na wpół zjedzonymi owadami. Nie pomagało to, że mój umysł snuł całkowicie szalone myśli o tym, jak te kawałki faktycznie wyglądały.
Kropla krwi przeszła przez rzęsy i sprawiła, że zamknęłam oko, żeby uniknąć dostania jej do środka. Niestety było za późno.
Mimo że wytarłam oko najpierw ręką, a potem rękawem, zaczęło piec, a mój wzrok się zamazał. To i tak niewiele, skoro prawie nic nie widziałam.
„Tak się kończy panikowanie z powodu robaka” – powiedziałam do siebie, choć wiedziałam, że tak naprawdę nie mogłam nic na to poradzić.
Bo jedno było pewne – jeśli chodziło o strach przed owadami, strach przed pająkami i każdy inny strach związany z obrzydliwymi stworzeniami tego typu, miałam je wszystkie w ładnej mieszance.
Rosły swobodnie na samą myśl o czymkolwiek podobnym do owada. Cudownie…
W tym momencie moje oczy zaczęły przyzwyczajać się do ciemności dzięki słabemu półksiężycowi, który wyłonił się zza chmury.
Las powoli stawał się nieco bardziej widoczny wokół mnie, co niestety tylko sprawiało, że wszystko wyglądało bardziej przerażająco, ponieważ grube pnie drzew i dziwnie pochylone gałęzie sprawiały, że wszystko przypominało tłum dziwnie ukształtowanych ludzi.
Spanikowana nie wiedziałam, gdzie się ukryć. Chciałam uciekać, ale nie wiedziałam w którym kierunku. Chciałam krzyczeć, ale wiedziałam, że nikt mnie nie usłyszy. To było gorsze niż jakikolwiek koszmar, jaki kiedykolwiek miałam. Nawet kiedy byłam mała.
Przynajmniej wtedy mogłam szukać pocieszenia na kolanach mamy, powoli dochodząc do siebie.
Tym razem zastanawiałam się, czy w ogóle wrócę do zmysłów. Czułam się uwięziona w jakimś innym świecie, który zawierał wszystko, co przerażające.
Nie mogłam oddychać, a mimo to płakałam z samotnego serca.
Po opadnięciu na ziemię w bezradności owinęłam ramiona wokół kolan i przewróciłam się na bok, gdzie mech dotknął mojego policzka jak zimna, mokra dłoń.
Gorące łzy napłynęły do oczu, aż pierwsza spadła i stała się małymi strumieniami, im bardziej pozwalałam sobie zanurzyć w moim świecie grozy.
Zaczęłam oddychać zbyt szybko, każdy mięsień był napięty do granic możliwości, a ja trzęsłam się, jakbym miała atak. Nie miałam. Po prostu czułam się bardziej przerażona niż kiedykolwiek wcześniej.
To musiał być koszmar. Nie było powodu, żebym nagle znalazła się w takim lesie, zwłaszcza nie wiedząc dlaczego.
I podczas gdy najbardziej przerażające myśli pędziły przez moją głowę w kompletnym chaosie, poczułam, jak staję się odrętwiona.
Odrętwiona przez terror, przez fizyczny ból, dezorientację i lodowatą bezradność, która płynęła przez moje żyły – potem powoli odpłynęłam w pusty, zamrożony stan, w którym byłam wcześniej.
To był tylko koszmar. Musiał być.














































