
Ukochane maleństwo
Autorzy
M. J. Watts
Lektury
2,5M
Rozdziały
42
Rozdział 1.
EDMON HUNTINGTON
Podróżowanie stało się prawdziwą udręką. Starałem się nie robić tego zbyt często, ale gdy król wzywa, nie ma wyjścia.
Liczenie każdej watahy to zadanie poniżej mojej godności. To robota dla urzędnika, nie dla królewskiego wuja. Ale to był tylko pretekst, by opuścić dwór. Nie chcieliśmy, by ktoś zbytnio interesował się moimi wizytami.
Kolejnym przystankiem była wataha Ever Green. Mała, wiejska grupa, niczym szczególnym się nie wyróżniająca.
Gdybym mógł, ominąłbym ją szerokim łukiem. Na pewno nie znajdę tu tego, czego szukam, ale dla zachowania pozorów musiałem odwiedzić każdą watahę, nawet tę najmniej znaczącą.
Wędrowałem już od godzin w wilczej formie.
Większość drogi pokonałem królewskim samolotem, ale ta wataha była tak na uboczu, że nawet luksusowe auta, których zwykle używałem, nie mogły tam dotrzeć. A skoro oni nie mieli samochodów, wątpiłem, by mieli lądowisko dla helikopterów. Musiałem więc ruszać w drogę na własnych łapach.
Nigdy nie przepadałem za watahami żyjącymi na odludziu. Zbyt długa izolacja sprawiała, że zaczynali myśleć nie tak, jak trzeba. W najlepszym razie nie chcieli współpracować. W najgorszym - stawali się niebezpieczni.
Co kilka lat jakaś wataha robiła się tak dziwaczna, że stanowiła zagrożenie dla innych, a może nawet dla samego króla.
Wtedy musieliśmy ich powstrzymać. Jeśli nic innego, ta podróż przynajmniej pokaże, że ta wataha wciąż trzyma się kupy.
Gdy zapuszczałem się głębiej w las, zimny śnieg ranił moje łapy. Widziałem swój oddech w mroźnym powietrzu podczas marszu.
Dziękowałem niebiosom, że mój wilk miał gęste zimowe futro. Robiło się coraz zimniej wraz z zachodem słońca. Marzyłem, by na końcu tej podróży czekała na mnie ciepła kąpiel.
Tak się zamyśliłem, że prawie nie zauważyłem, że ktoś depcze mi po piętach. Śledzili mnie przez ostatnie kilka mil. Nie martwiłem się. Byłem bardzo stary i potężny.
Moja rodzina wywodzi się z czystej i starożytnej linii wilków, która podobno zaczęła się od samej Bogini Księżyca. To dawało mi wiele mocy, które czyniły mnie silniejszym od większości wilków. Walka ze mną była jak walka z samą śmiercią.
Zatrzymałem się na chwilę, by nasłuchiwać. Ktokolwiek mnie obserwował, był dobry w ukrywaniu się. Byli tak cicho, że nawet ja miałem trudności z określeniem ich położenia.
Nieźle. Ruszyłem dalej, uważając, by nie okazać, że wiem o obserwatorach. Ostatnią rzeczą, jakiej chciałem po długim dniu podróży, była walka z przypadkowym wilkiem, choć byłem pewien zwycięstwa.
Kilka kroków później obserwator się ujawnił. Duży, ciemnoszary wilk wyskoczył przede mnie, blokując mi drogę. Szczerzył kły i warczał na mnie.
Zirytowany, przyjrzałem mu się uważnie. Jego zachowanie pozwoliło mi lepiej go ocenić. Ten wilk był ogromny, nawet jak na alfę. W rzeczywistości był prawie tak duży jak ja.
To było warte głębszego zbadania. Może miał w sobie krew bardzo starych wilków. Jeśli tak, moje rozkazy były jasne.
Podczas gdy studiowałem wilka, dwa kolejne wyskoczyły po obu moich stronach.
A niech to licho. Teraz miały moją pełną uwagę.
Rzadko zdarzało mi się być zaskoczonym i byłem wściekły, że na to pozwoliłem. Gdy przyglądałem się dwóm nowym wilkom, zauważyłem, że były prawie tak duże jak pierwszy.
Nagle moje szanse na zwycięstwo w walce nie wyglądały już tak różowo. Czas na spryt.
Zanim zdążyły zaatakować, przykucnąłem, zbierając siły. Potem przeskoczyłem nad szarym wilkiem i dałem nogę między drzewami. Moją najlepszą szansą była ucieczka.
Musiałem tylko dotrzeć do watahy, a tam byłbym bezpieczny.
Mój wewnętrzny wilk uśmiechnął się, gdy uciekałem od grupy. W walce szybkość może być ważniejsza niż siła, a wiele watah nie docenia znaczenia wytrzymałości w biegu.
Ale moje zadowolenie nie trwało długo. Wkrótce usłyszałem więcej warczenia i wycia za sobą. Jak oni nadążali? Było jasne, że te wilki nie były normalne.
Wbiegłem na wzgórze, próbując dostać się na wyższy teren, ale zostałem zatrzymany przez kolejną małą grupę, która już tam była. Odwróciłem się, by pobiec w innym kierunku, tylko po to, by wpaść na jeszcze jedną grupkę.
Ilu ich jest? Każda droga ucieczki była zablokowana. Zaczynałem tracić opanowanie.
Z moją siłą wiedziałem, że mogę ich przechytrzyć. To była tylko kwestia czasu.
Tak myślałem, dopóki nie znalazłem się w głębokiej, wąskiej dolinie. Cholera jasna...
Dolina była otoczona wysokimi ścianami z trzech stron. Zbyt strome, by wskoczyć lub wspiąć się bez zostania ściągniętym w dół. To było najgorsze możliwe miejsce.
Oceniając sytuację, zdałem sobie sprawę, że oni mnie nie ścigali. Oni mnie naprowadzali - prosto w to miejsce, z którego nie mogłem uciec. Ucieczka nie była już możliwa.
No dobra. Nie lubiłem walczyć, ale broniłbym się, jeśli musiałbym. Odwróciłem się, by stawić czoła grupie wilków, zdając sobie sprawę ze swojego błędu.
Pozwoliłem, by duma i pewność siebie mnie zaślepiły. Myślałem, że mam do czynienia z jakimiś zwykłymi wiejskimi wilkami, które zwykle były zbyt głupie, by wyrządzić prawdziwą szkodę. Ale te wilki były zbyt zorganizowane, zbyt dobrze przygotowane.
Nie grupa wiejskich głupków, ale dobrze zorganizowana wataha. Czy to była wataha Ever Green? Cóż, czekała ich niespodzianka.
Minęło tylko kilka chwil, zanim szary wilk i jego towarzysze mnie dogonili. Zwolnili, gdy dotarli do doliny.
Warczeli, z otwartymi paszczami, odsłoniętymi kłami, z nastroszoną sierścią, gdy zbliżali się do mnie w zastraszający sposób.
Wpatrywałem się w przywódcę, wściekły na sytuację, w której się znalazłem. Przywódca odwzajemnił spojrzenie, emanując gniewem, gdy przykucnął, gotowy do ataku. Wtedy użyłem własnej mocy.
Byłem cholernie stary i potężny! Nie dam się tak upokorzyć.
Uderzyłem w nich wszystkich pełną siłą mojej mocy alfy. Przywódca upadł, zanim zdążył zaatakować, potrząsając głową, próbując nie ulec.
Jego towarzysze jednak zaczęli skomleć i wydawać ciche dźwięki, gdy ich wilki poddawały się instynktowi. Jeden po drugim padali na ziemię, opuszczając głowy w geście szacunku dla alfy przed nimi.
Przywódca watahy poddał się jako ostatni, prawie warczący. Rzuciłem mu ostrzegawcze spojrzenie; nie powinien zaczynać walki, której nie mógł wygrać.
Przywódca zaczął podnosić głowę, by rzucić mi wyzwanie, ale jego oczy stały się puste i znieruchomiał. Ktoś rozmawiał z nim przez połączenie umysłowe.
Czekałem, gdy prowadził swoją mentalną rozmowę. Minęło tylko kilka chwil, zanim wrócił do normalności. Wilk zmienił się wtedy w młodego mężczyznę po dwudziestce, z rudawymi włosami.
Byłem zaskoczony. Jak tak silny i sprytny wilk mógł być tak młody? Nie mógł być alfą, prawda?
Mężczyzna stał nagi, ale bez skrępowania przede mnie, wyglądając na wściekłego.
– Powiedz mi, kim jesteś! – zażądał.
Nie bądź niegrzeczny, młody. Spojrzałem na niego z góry w mojej wilczej formie.
„Jestem Lord Edmon Huntington,” przekazałem im mentalnie. Oczy przywódcy rozszerzyły się, a kilku członków watahy pisnęło, zaskoczonych moją odpowiedzią.
Mój wewnętrzny wilk uśmiechnął się na widok ich strachu. Jako bardzo stary i potężny wilk, mogłem komunikować się z innymi będąc w wilczej formie. Nie musiałem zmieniać się i stać nago przed innymi, by być słyszanym.
„Jestem tu w imieniu Królewskiej Watahy i króla,” kontynuowałem, pozwalając, by moja moc alfy przenikała moje słowa. „Z kim rozmawiam?”
Przywódca spojrzał na swoich towarzyszy, niepewny co robić. Odwrócił się do mnie, zanim przemówił, patrząc mi prosto w oczy. Dzieciak był albo odważny, albo miał ochotę umrzeć.
– Jestem Dalton, przyszły alfa watahy Ever Green. – Prawda.
– Czego król chce od nas? – Głos chłopaka był spokojny i mroczny, nie zdradzając strachu.
„To nie twoja sprawa!” warknąłem na niego.
„Odpowiadam tylko przed królem, więc jeśli nie planujesz sprzeciwić się jemu i jego rozkazom, sugeruję, żebyś zaprowadził mnie do domu watahy natychmiast. Przebyłem długą drogę i nie jestem zadowolony z tego, jak mnie przywitaliście.”
Chłopak - tak, to był tylko chłopak - kazał mi czekać przez chwilę, gdy wpatrywałem się w niego gniewnie, zanim zmienił się z powrotem w wilka. Podszedł do mnie i skinął głową, bym za nim podążał, po czym pobiegł.
Zirytowany jego złymi manierami, uznałem, że im szybciej za nim pójdę, tym szybciej będę mógł odpocząć. Mogłem zająć się jego zachowaniem później.
Po około godzinie biegu wysokie drzewa ustąpiły miejsca dużemu drewnianemu domowi. Nie był zbyt duży jak na dom watahy, ale wataha ich rozmiaru nie potrzebowała większego.
Światło wydobywało się z okien, a dym unosił się z kilku kominów, wskazując, że w środku było ciepło. Było to trochę zbyt wiejskie jak na mój gust, ale na razie musiało wystarczyć.
Przed domem watahy stał duży mężczyzna, który wyglądał bardzo podobnie do Daltona. To musiał być alfa. Gdy się zbliżyłem, alfa skinął głową na znak szacunku.
– Witaj, mój panie. Proszę o wybaczenie. Nie spodziewaliśmy się ciebie – powiedział mężczyzna uprzejmie. Prawda.
– Jestem Alfa Langston. Co cię sprowadza do naszej watahy? – Wreszcie ktoś z manierami.
„Jestem Lord Edmon Huntington,” przekazałem mu mentalnie. „Król poprosił mnie o odwiedzenie różnych watah i sprawdzenie ich. Wasza wataha jest jedną z ostatnich na mojej liście.”
Alfa wyglądał na zaniepokojonego. – Sprawdzenie? Czy jest problem z naszymi dokumentami lub podatkami?
Jego niepokój miał sens. Większość alf była pewna siebie i dumna. Nie lubili myśli o kimś innym przyglądającym się uważnie ich terenom.
„Nie, o ile mi wiadomo. Król po prostu uznał, że osobista wizyta jest potrzebna w niektórych bardziej oddalonych rejonach.” To zdawało się uspokoić alfę. Nie chciałem, żeby był zdenerwowany, dopóki nie przejrzę jego dokumentów.
– Rozumiem. Cóż, powinniśmy być wdzięczni za wizytę, póki możemy. – Kłamstwo. – Proszę, wejdź do środka. Przygotujemy dla ciebie pokój natychmiast.
Alfa wskazał w kierunku domu, a ja z radością wszedłem do środka. Drzwi wejściowe były wystarczająco duże, bym się zmieścił, co mnie ucieszyło, bo wciąż nie miałem ubrań.
Dom watahy otwierał się na duży hol powitalny, wystarczająco przestronny, bym mógł w nim stanąć. Kolory były ciepłe, a ciepło z domu pomagało ogrzać moje zmarznięte łapy.
Nastoletni chłopak, również z rudawymi włosami i trzymający jakieś ubrania, podszedł do Langstona i szepnął mu coś do ucha. Langston spojrzał zamyślony na ubrania, które trzymał chłopak, po czym skinął głową, zanim zwrócił się do mnie, obejmując ramieniem chłopaka.
– Już spotkałeś mojego syna Daltona w lesie. To mój młodszy syn, Edwin. – Chłopak skłonił głową, gdy został przedstawiony. Lekko skinąłem głową w odpowiedzi.
– Edwin pokaże ci twój pokój, mój panie, gdzie będziesz mógł się przebrać. Będę czekał w głównej sali, gdy będziesz gotowy.
Spojrzałem na chłopca, który miał mnie zaprowadzić. Nerwowo bawił się ubraniami, zanim skręcił w korytarz. – T-tędy, mój panie – wyjąkał.
Gdy podążałem za Edwinem korytarzem, obejrzałem się.
Langston podchodził do swojego syna, Daltona, który był teraz ubrany w szare dresy. Próbował mówić do niego cicho, ale mój dobry słuch wciąż wyłapywał słowa.
– Artie jest w kuchni – powiedział po prostu. Oczy Daltona rozszerzyły się i spojrzał z niepokojem w moim kierunku, zanim pobiegł.













































