
Boskie smoki Księga 3: Narzeczona dla boga słońca
Autorzy
Lektury
291K
Rozdziały
15
Rozdział 1
Księga 3: Narzeczona dla Boga Słońca
Wpatrywałam się gniewnie w tył głowy dowódcy z Północy, marząc, by jego kudłate, blond włosy nagle stanęły w ogniu. Mój koń dotrzymywał kroku jego wierzchowcowi, a ja nie mogłam nie zauważyć oparzeń słonecznych na jego bladej zazwyczaj skórze, co było efektem naszej wielodniowej wędrówki przez bezkresną pustynię. Słońce prażyło bezlitośnie, sprawiając, że pot spływał po jego czole, a moje ubranie kleiło się do ciała.
„Jeśli dalej będziesz tak na mnie patrzeć, wypalisz mi w głowie dziurę” – powiedział, a jego głos był szorstki od lat wydawania rozkazów.
„Taki jest właśnie mój plan” – odparowałam, strzepując piasek z dłoni bez patrzenia i krzywiąc się, gdy oparzenie słoneczne zapiekło z bólu.
Odwrócił się, by na mnie spojrzeć. Jego krystalicznie niebieskie oczy, tak bardzo podobne do moich, były pełne rozbawienia zamiast irytacji.
„Nie utknęłabyś na tej pustyni razem ze mną, gdybyś wybrała jednego z wojowników, których ci przedstawiłem” – powiedział.
„Odpowiedniego?” – prychnęłam, marszcząc nos z niesmakiem. „Żaden z nich nie potrafił mnie pokonać. Dla mnie to wcale nie jest odpowiednie”.
Westchnął. Wiedziałam, że przewraca oczami, chociaż zdążył odwrócić wzrok.
„Jesteś zupełnie jak swoja matka” – powiedział.
„To dobrze” – odpowiedziałam.
„Ale...” – zaczął, lecz mu przerwałam, wywracając oczami. „Nie mogłaś najpierw spędzić z nimi trochę czasu? Od razu musiałaś walczyć o swoją rękę?”
Uniosłam głowę i spojrzałam na bezkresne morze piasku. Słońce w południe mocno oślepiało, więc z westchnieniem zamknęłam oczy.
„Tak, musiałam. Jeśli mężczyzna nie potrafi pokonać mnie w walce, to nie zasługuje na miano mojego męża”.
Dowódca Luther Sloane skinął poważnie głową, wskazując dłonią na pusty i jałowy krajobraz.
„Spójrz, do czego nas to doprowadziło. Odmówiłaś ślubu, obraziłaś dobrych wojowników, a teraz mamy wojnę...”
„To nie moja wina, że wybuchła wojna” – przerwałam mu.
„...i właśnie jadę do oazy Boga Słońca, wiele mil od naszego domu na północy, żeby prosić go o pomoc”.
Wydęłam usta, tęskniąc za ośnieżonymi górami i wysokimi drzewami mojego domu. Miałam ochotę zawrócić konia i ruszyć z powrotem do gorących źródeł, ośnieżonych placów treningowych i mojej przytulnej chaty. Ostre słońce i upał południa nie służyły mojej bladej skórze, a w dodatku byliśmy zbyt daleko od domu.
„Wiem, że to nie twoja wina z tą wojną. Takie są po prostu nasze ziemie. Klany nie potrafią długo wytrzymać bez wchodzenia sobie w drogę czy obrażania się o byle co” – powiedział, kładąc na mojej dłoni swoją zniszczoną przez wojny rękę.
„Ale tym razem mamy gorszą pozycję. Musisz spełnić swój obowiązek wobec naszego ludu, Lianno”.
„Tak... ojcze”.
Poklepał moją dłoń i cofnął rękę. Zamyśliłam się, a w tym czasie jeden z wojowników ojca podjechał, aby z nim porozmawiać. Dźwięk końskich kopyt na piasku był marnym zastępstwem dla przyjemnego skrzypienia świeżego śniegu. Szliśmy dalej, a pot wciąż spływał po moich plecach.
Kiedyś tak bardzo pociłam się tylko podczas treningów walki, a teraz upał i lepkie ubranie mocno mnie denerwowały. Moje policzki i każdy kawałek odsłoniętej skóry były jasnoczerwone od gorąca. Miałam całkowicie wyschnięte usta, lecz nasze zapasy wody szybko się kurczyły. Jeśli wkrótce nie znajdziemy oazy Boga Słońca, nasza podróż pójdzie na marne.
Śmierć na pustyni i pozostawienie klanu bez obrony przyniosłoby hańbę rodzinie Sloane, a na to nie mogłam pozwolić. Chociaż odrzuciłam kandydatów wybranych przez ojca, byłam zdeterminowana, by spełnić swój obowiązek i chronić moich ludzi przed nadchodzącą wojną. Wrogie wojska ze wschodu planowały atak, a dowódca Luther wolałby zginąć w walce, niż się poddać.
Jednak dowódca Cahir Sungur miał większą armię i mógł nas pokonać samą przewagą liczebną. Nawet gdybyśmy spróbowali ukryć się w górach, umarlibyśmy z głodu podczas surowej, północnej zimy. Po raz pierwszy w życiu mój ojciec musiał prosić kogoś o pomoc w obronie klanu, dlatego właśnie ruszyliśmy na poszukiwania Boga Słońca, który był również Bogiem Wojny.
Znaleźlibyśmy oazę Boga Słońca tylko wtedy, gdyby sam tego zechciał; w przeciwnym razie błąkalibyśmy się po pustyni aż do śmierci. Nie zamierzałam jednak błagać boga o łaskę, gdy stawką było życie mojego klanu. Odchyliłam głowę do tyłu, mrużąc oczy od zachodzącego słońca, po czym zamknęłam je, by uciec przed jasnym światłem, zacisnęłam zęby i odmówiłam cichą modlitwę.
Zazwyczaj nie należałam do osób wierzących, ale teraz sytuacja była inna. Wypowiedziałam na głos tylko jedno słowo.
„Proszę”.
Nagły podmuch wiatru przyprawił mnie o dreszcze. Konie zaczęły rżeć i wpadać na siebie, podczas gdy wojownicy szeptali coś między sobą, próbując uspokoić swoje wierzchowce. Otworzyłam szeroko oczy, gdy mój ojciec wjechał na szczyt wydmy i krzyknął z radości. Zmusiłam konia do kłusa, wjeżdżając na górę, by dołączyć do niego na szczycie.
Z morza piasku wyłaniała się skalista góra, a płynąca dookoła niej czysta woda zbierała się w wielkim zbiorniku. Palmy, kaktusy i inne wytrzymałe rośliny zdobiły krajobraz, dodając odrobinę zieleni do złotego, beżowego i czerwonego piasku. Woda tryskała ze szczelin w skale, wypełniając zbiornik i tworząc piękny wodospad, który słyszałam nawet z daleka.
Obok wodospadu, w skalnej ścianie wyryto świątynię. Jej niebiesko-złote kolumny błyszczały w popołudniowym świetle, a woda odbijała się od gładkiej powierzchni. Świątynia składała się z kilku poziomów z balkonami pełnymi roślin i kwiatów oraz otwartymi przejściami, przez które wpadało świeże powietrze i promienie słońca.
Mniejsze budynki, podobne do świątyni, stały wzdłuż rzeki, gdzie mieszkały duchy słońca. Kiedy zjeżdżaliśmy ze wzniesienia, zauważyłam istoty poruszające się po ziemi Boga Słońca. To było coś więcej niż tylko oaza; to było prawdziwe królestwo dla stworzeń pustyni i słońca.
„O rany” – westchnął tata, a jego oczy były okrągłe ze zdumienia.
Byłam pewna, że moja twarz wyrażała to samo, gdy oboje podziwialiśmy widok gigantycznej budowli na skalistym szczycie. To było koloseum, znacznie większe niż cokolwiek, co kiedykolwiek widziałam. Jego czerwone i miedziane kolumny sięgały nieba, tworząc owalny kształt wznoszący się na wysokość dziesięciu pięter.
Byłam zachwycona, nie potrafiąc pojąć, jak komuś udało się zbudować coś tak wielkiego i niesamowitego. Poczułam dreszcz ekscytacji, zastanawiając się, jakie wydarzenia miały miejsce w tych potężnych murach. Czy takich koloseów nie używano właśnie do bitew i turniejów?
Lekki uśmiech przemknął po mojej twarzy, gdy wyobraziłam sobie odwagę, chwałę i rozlew krwi, które musiały mieć tam miejsce. Moja prawa dłoń zacisnęła się odruchowo, tęskniąc za znanym ciężarem mojej włóczni.
„Jest piękne” – mruknęłam.
Potem rozejrzałam się i zapytałam: „Ale gdzie jest...”
Nagle ogromny cień zasłonił słońce, a pustynia pogrążyła się w mroku. Dźwięk uderzeń skrzydeł zabrzmiał niczym grzmot, a podmuch gorącego powietrza wywołał burzę piaskową. Przerażający ryk poniósł się echem po oazie, przyprawiając mnie o gęsią skórkę i sprawiając, że żołądek skurczył mi się ze strachu.
Tata odchylił głowę, a ja podążyłam za jego wzrokiem, mrużąc oczy i patrząc na ciemną sylwetkę wielkiego stworzenia, które zasłaniało słońce, a może wręcz z niego wylatywało. Przełknęłam ślinę, zastygając w bezruchu na moim niespokojnym koniu, gdy bestia szybowała prosto nad naszymi głowami.
Kiedy wylądowała na krawędzi koloseum, ziemia pod naszymi stopami zadrżała.
„Bóg Słońca wie, że tu jesteśmy” – mruknął tata.
Nigdy wcześniej nie widziałam strachu w jego oczach, ale teraz dostrzegłam w nich mieszankę smutku, niepokoju i cichego błagania. W moim żołądku zacisnął się supeł lęku.
„Pamiętaj, Lianno, robimy to, co musimy, aby nasz klan, nasi ludzie i nasze życia były bezpieczne i spokojne” – powiedział, a jego twarz spoważniała. „Żałuję, że w ogóle z nami pojechałaś; żałuję, że musiałaś, ale czasami wszyscy musimy się poświęcić”.
Jego słowa dudniły w mojej głowie, wywołując u mnie mdłości. Mimo to skinęłam głową.
Nasi wojownicy podążali tuż za nami. Przez chwilę wszyscy z podziwem wpatrywaliśmy się w Boga Słońca, który usiadł dumnie na szczycie koloseum.
Jego łuski miały wspaniały, brązowo-złoty kolor i błyszczały w słońcu, jakby były zrobione ze stopionego złota. Jego szerokie, przypominające nietoperza skrzydła były zakończone pazurami, a rozciągnięta między nimi skóra miała ognisty, pomarańczowy odcień.
Z jego głowy wyrastało siedem ostrych, zakrzywionych rogów, a złote kolce biegły wzdłuż jego kręgosłupa oraz długiego ogona. Zwierzę wbijało szpony w skałę, obserwując, jak się do niego zbliżamy.
Nad jego głową tańczyła ognista korona, a czerwone, złote i pomarańczowe płomienie migotały na wietrze. Był bogiem wojny, ognia i słońca: prawdziwym ucieleśnieniem światła, walki i wszystkiego, co płonie.
Jego złote oczy patrzyły na naszą grupę wojowników z Północy niezwykle spokojnie, jakbyśmy wcale nie stanowili dla niego zagrożenia. Mimo że było nas wielu, czułam się tak, jakby jego wzrok skupiał się tylko na mnie.
Bóg Słońca i Wojny zamrugał powoli, nawet na chwilę nie odrywając ode mnie wzroku. Po moich plecach przebiegł dreszcz, a moje serce niespodziewanie mocniej zabiło.















































