
Uniwersum Dyskrecji: Nieusłyszane
Autorzy
Lektury
35,9K
Rozdziały
9
Nieusłyszane echa
MATEO
Od najmłodszych lat wiedziałem, że różnię się od innych.
W ogóle nie znałem ojca. Moja mama urodziła mnie w wieku siedemnastu lat, a gdy skończyłem sześć, odeszła, twierdząc, że po prostu nie nadaje się do macierzyństwa. Zniknęła bez śladu. Zastanawiałem się, gdzie podziewa się przez te wszystkie lata, aż do momentu, gdy zacząłem dostawać z różnych stron kraju kartki urodzinowe wypchane gotówką.
Kiedy dorosłem, dowiedziałem się, że otworzyła na moje nazwisko konto bankowe i co roku przelewała tam pieniądze. Mimo to nigdy nie ruszyłem z niego ani grosza.
To dziadek przygarnął mnie i wychował.
Podczas jednej z wielu naszych wspólnych wypraw na ryby, próbowałem obliczyć prawdopodobieństwo, że uda mu się coś złowić. Wziąłem pod uwagę objętość jeziora, szacowaną liczbę ryb na stopę sześcienną i średni czas oczekiwania.
Dla mnie to było proste równanie, ale dla dziadka brzmiało jak czarna magia. Od tamtej pory zaczął patrzeć na mnie inaczej, więc przestałem głośno dzielić się swoimi przemyśleniami. Nie chciałem, żeby pomyślał, że mama postąpiła słusznie, zostawiając mnie.
Nigdy nie widziałem dziadka bardziej dumnego niż wtedy, gdy dostałem się do szkolnej drużyny baseballowej. Miałem smykałkę do obliczania idealnej trajektorii lotu piłki i siły potrzebnej do jej uderzenia. Bieganie zostawiłem innym dzieciakom.
Matematyka była dla mnie dziecinnie prosta, ale celowo udawałem głupiego, żeby nauczyciel nie naskarżył dziadkowi. Kiedy pan Warner nie patrzył, w swoim brudnopisie rozwiązywałem zadania na poziomie olimpijskim.
Wolny czas spędzałem w pracowni komputerowej, szukając wyzwań, które pobudziłyby mój umysł. Emerytura dziadka ledwo pokrywała nasze wydatki, ale na moje dwunaste urodziny udało mu się kupić mi laptopa. Ten prezent zmienił moje życie.
Jako piętnastolatek kodowałem i pisałem już skomplikowane programy. Rok przed ukończeniem liceum sprzedałem oprogramowanie do kompresji wideo firmie Symillion za sto tysięcy dolarów.
Chciałem za te pieniądze kupić dziadkowi jego wymarzony dom na plaży, ale on uparł się, żebym przeznaczył je na studia. Pragnąc prawdziwego wyzwania, niechętnie się na to zgodziłem.
Postanowiłem studiować informatykę na prestiżowym Amerykańskim Instytucie Technologii. Szybko dotarło do mnie, że była to najlepsza decyzja, jaką kiedykolwiek podjąłem.
***
Pierwszego dnia na wykładzie z Algorytmów i Teorii poznałem Ruperta. Siedział przede mną z laptopem marki AcuBook.
„Cześć”, powiedziałem, pochylając się w jego stronę. Był uroczy, a ja bardzo chciałem znaleźć przyjaciela.
Nie odpowiedział.
Patrzyłem, jak wyciąga urządzenie przypominające mini antenę satelitarną, podłącza je do laptopa i reguluje jego pozycję.
„Co to takiego?”, zapytałem, znów próbując zwrócić na siebie jego uwagę.
I tym razem nie odpowiedział. Wykład się rozpoczął, a ja zacząłem myśleć, że chłopak jest po prostu niegrzeczny.
Profesor Buchanan bez owijania w bawełnę przeszedł do wykładu. Wciąż przyzwyczajałem się do uniwersyteckiego tempa i ledwo nadążałem z robieniem notatek.
Dopiero gdy jeden ze studentów odpowiedział na pytanie, zauważyłem, co dzieje się na ekranie Ruperta.
Jedna z kolumn pokazywała miniaturkę z twarzą profesora oraz transkrypcję całego jego monologu. W drugiej wyświetlały się profile studentów wraz ze zdjęciami, imionami i preferowanymi zaimkami. Ostatnia kolumna była wypełniona szybko zmieniającymi się postami z mediów społecznościowych.
Program zatrzymywał się na wideo przedstawiającym mówiącego studenta i ogłaszał: „Znaleziono dopasowanie”. Następnie zdjęcie profilowe tego studenta przesuwało się do pierwszej kolumny i zostawało przypisane do transkrypcji jego odpowiedzi.
Byłem pod ogromnym wrażeniem. Urządzenie na żywo transkrybowało cały wykład! Już wtedy wiedziałem, że muszę się zakumplować z tym facetem.
Po zajęciach usiadłem obok niego i wyciągnąłem rękę.
„Mateo”, rzuciłem z szerokim uśmiechem. Teraz już nie mógł mnie zignorować.
Rupert odwrócił się do mnie, jakby dopiero dotarło do niego, że nie jest sam. Zamiast uścisnąć mi dłoń, uniósł palec, wstukał coś na telefonie i pozwolił urządzeniu przemówić za niego gładkim barytonem.
„Cześć. Jestem Rupert. Jak masz na imię?”
Zamurowało mnie. Dlaczego używał telefonu, żeby mówić? I czy dosłownie przed sekundą sam się nie przedstawiłem?
Wtedy do mnie dotarło. Rupert był głuchy!
Wziąłem jego milczenie za zwykłe chamstwo. Teraz musiałem wymyślić, jak się z nim porozumieć. Aplikacja z notatkami wydawała się dobrym punktem wyjścia.
Sięgnąłem po swój telefon, gotowy wystukać mu wiadomość, gdy syntetyczny głos z jego urządzenia odezwał się: „Potrafię czytać z ruchu warg, jeśli dobrze artykułujesz”.
„MAM NA IMIĘ MATEO!”, prawie krzyknąłem, wykrzywiając wargi w przesadnych ruchach. Skrzywiłem się w duchu. Czy ja właśnie darłem się na głuchego? Co było ze mną nie tak?
Rupert zaśmiał się niemal bezgłośnie i napisał: „Nie musisz krzyczeć, Darze od Boga”.
Znał znaczenie mojego imienia we włoskim? Posłałem mu zaskoczone spojrzenie, a on znowu zachichotał, tym razem wydając z siebie cichy pisk.
Nie chciałem, żeby nasza rozmowa dobiegła końca, więc wskazałem na jego urządzenie, pytając, co to jest. Tym razem starałem się dobrze artykułować słowa, bez podnoszenia głosu.
„Służy mi do komunikacji ze statkiem-matką”, odpowiedziało urządzenie. Był mądry, uroczy i zabawny.
„Chyba domyślam się, do czego to naprawdę służy”, powiedziałem powoli. „Chcesz pouczyć się w parze?”
Znowu się roześmiał, a jego cichy śmiech wypełnił powietrze. Napisał: „Połączyć się w parę? Przecież dopiero co się poznaliśmy!”.
O kurwa! Jak widać czytanie z ruchu warg nie było jednak nauką ścisłą.
„Tylko się z tobą droczę”, napisał, wyraźnie rozbawiony moim zakłopotaniem. „Możemy uczyć się razem... jeśli za mną nadążysz”.
O ja pierdolę!
***
Podczas naszej pierwszej wspólnej nauki Rupert wyjaśnił mi, jak działa jego urządzenie. Stworzył ten mały odbiornik we współpracy z ojcem, a jego montażem zajęła się fabryka w Korei. Zostało zaprojektowane tak, aby wyłapywać fale dźwiękowe w zamkniętych przestrzeniach i odróżniać ludzkie głosy od hałasu w tle.
Program, który widziałem na jego ekranie, napisał całkowicie sam. To był prawdziwy cud uczenia maszynowego. Ponieważ Rupert był głuchy, nie potrafił rozróżnić poszczególnych głosów, więc oprogramowanie robiło to za niego.
Jego algorytm przeczesywał internet w poszukiwaniu próbek głosu mówiącego, dopasowywał je do profilu danej osoby i na bieżąco transkrybował jej wypowiedzi.
„Więc jesteś głuchym geniuszem, jak Beethoven?”, zażartowałem. O kurwa! Czy to zabrzmiało obraźliwie? W moich zamiarach to miał być komplement.
„Prawdę mówiąc, zazdroszczę Beethovenowi jego rodzaju geniuszu”, odpowiedział syntetyczny głos.
Słucham?!
„Muzycy, artyści, aktorzy... oni wszyscy potrafią tworzyć piękno i dzielić się nim ze światem”, wypowiedziało za niego urządzenie. „Z kolei nasz rodzaj inteligencji ma tendencję do alienowania nas od innych”.
„Wow! Jak na kogoś, kto nie mówi, naprawdę potrafisz pięknie dobierać słowa”, powiedziałem, nie kryjąc podziwu w głosie. Ja pierdolę, czy ja to właśnie powiedziałem na głos!? Co jest ze mną, do cholery, nie tak?
Uśmiechnął się widząc moją zmieszaną minę i szybko napisał na telefonie: „Nie zawsze byłem głuchy. Wybieram milczenie, ponieważ nie potrafię kontrolować tego, jak brzmię”.
Naprawdę? Nie mogłem sobie nawet wyobrazić, jak koszmarnie trudne musi być stracić słuch po tym, jak się go miało, w porównaniu do sytuacji, gdy jest się głuchym od urodzenia.
„Jak to się stało?”, zapytałem. Czułem, że w tym momencie brak pytania byłby o wiele bardziej nietaktowny.
„Może wrócimy do tego rozdziału, co?”, odpowiedziało urządzenie, zręcznie wymigując się od odpowiedzi na moje pytanie.
Umiejętności Ruperta w kodowaniu i tworzeniu algorytmów znacznie przewyższały moje własne. Ja za to miałem lepsze predyspozycje do matematyki. Byliśmy świetnym zespołem, a podczas wspólnej nauki nawzajem łataliśmy swoje luki w wiedzy.
Dostał specjalne pozwolenie na używanie swojego urządzenia na zajęciach. Precyzja transkrypcji, jakie dostarczało, zakrawała niemal na oszustwo.
Bycie częścią elity na AIT wiązało się z zaciekłą rywalizacją między studentami, więc nie zamierzałem rezygnować z jakiejkolwiek przewagi.
Szybko zostaliśmy przyjaciółmi. W pierwszych tygodniach na drugim roku Rupert był bezapelacyjnie w centrum mojego życia towarzyskiego.
Przez cały ten czas, który spędzaliśmy razem, nigdy nie wspomniał o żadnych romantycznych uniesieniach — nie gadał ani o dziewczynach, ani o chłopakach.
Czy uważał, że jego głuchota jest w tych sprawach barierą, czy może krył się za tym jakiś inny powód?
Czyżby był aseksualny?
Szczerze mówiąc, nie miałem zbyt dużego doświadczenia w kwestii różnych orientacji seksualnych. Bez cienia wątpliwości wiedziałem, że jestem gejem. Jednak tam, gdzie dorastałem, nie było to coś, o czym mówiło się otwarcie.
Pierwszy facet, z którym poszedłem do łóżka, szukał wyłącznie niezobowiązującego seksu. Drugi z kolei oczekiwał związku, na który ja sam nie byłem gotowy.
Oba te doświadczenia pozostawiły we mnie niedosyt, jakby gdzieś tam w świecie czekało na mnie coś znacznie więcej.
Dopiero gdy dostaliśmy zaproszenie na imprezę studenckiego bractwa na Uniwersytecie Hargrave, zyskałem przedsmak tego, co miało do zaoferowania moje nowe życie.















































