
Seria Diablon
Autorzy
G. M. Marks
Lektury
862K
Rozdziały
113
Rozdział 1.
Książka 1.
Lilitha skinęła głową w stronę kubka Clary. „Czemu nie pijesz? Przecież to za darmo.”
Clara spojrzała na swój kubek z poczuciem winy. „Ale to twoje pieniądze.”
„Daj spokój, jesteś moją przyjaciółką - dla ciebie zawsze za darmo.”
Clara lekko się uśmiechnęła i pociągnęła łyk. Lilitha też napiła się ze swojego kubka. Napój przyjemnie rozgrzewał jej gardło. Rozejrzała się po pomieszczeniu.
Główna sala baru Arrowhead świeciła pustkami, co Lilithę cieszyło. Dwie młode dziewczyny same nie były tu zbyt bezpieczne.
Nieliczni obecni nie zwracali uwagi na dwie przyjaciółki siedzące w tylnym rogu, trzymające głowy nisko, z kapturami na twarzach.
Clara lekko zakrztusiła się swoim napojem. Lilitha uśmiechnęła się. Spojrzała przez okno i zobaczyła, że robi się ciemno. Musiała wkrótce wrócić do domu, zanim zrobi to jej ojciec. Gdyby się dowiedział, że wyszła...
...I że wzięła jego pieniądze...
Lilitha przełknęła ślinę, nagle czując suchość w gardle, i wzięła kolejny łyk.
„Wygląda na to, że znowu lunie,” westchnęła Clara. Ciemne chmury zasnuły niebo. Drogi były już mokre i błotniste. Sprawiało to, że okoliczne budynki wyglądały ponuro.
Lilitha odwróciła się, gdy zadzwonił dzwonek przy drzwiach. Jej oczy rozszerzyły się i szybko spuściła głowę. Clara spojrzała w tamtą stronę i zrobiła to samo. „Cholera!”
Sir Mandalay, najważniejszy Champion w mieście, wszedł do środka. Lilitha przygryzła wargę. Bary miały być tylko dla mężczyzn. Mogły wpaść w niezłe tarapaty, gdyby je nakryli.
Gdy Sir Mandalay zdejmował płaszcz przy drzwiach, jego niebieskie oczy omiotły pomieszczenie, a Lilitha spuściła głowę.
Ubrany w czerwono-złoty mundur, położył dłoń na mieczu u boku i podszedł do baru. Jego blond włosy były związane z tyłu.
Szedł dużymi, pewnymi krokami. Był potężnym mężczyzną. Nawet jego koszula opinała się na ramionach. Nie bez powodu był najlepszym rycerzem w mieście.
Dwie dziewczyny naciągnęły kaptury głębiej na głowy i skuliły się na swoich miejscach. Opierając się o ladę, rycerz flirtował z kobietą za barem.
Szeptał jej coś do ucha, dotykając jej ramienia. Śmiejąc się, kobieta odgarnęła swoje ciemne włosy.
Dwie dziewczyny spojrzały na siebie bez słowa, szykując się do wyjścia. Lilitha bawiła się swoim kubkiem, obserwując i czekając.
Gdy Mandalay pochylił się, by pocałować szyję kobiety, ona i Clara po cichu wymknęły się tylnymi drzwiami.
Nie przestawały biec, dopóki nie musiały złapać tchu.
Lilitha pochyliła się, ciężko oddychając. „Było blisko.”
Clara splunęła na ziemię. „Mam dość łamania zasad. Chcę już iść do domu.”
Lilitha objęła Clarę ramieniem. Wokół nich budynki były stare i rozpadające się w błotnistym gruncie. Mokre ubrania wisiały na sznurkach między oknami.
Biedni i zmęczeni ludzie snuli się w górę i w dół błotnistych ścieżek.
Lilitha odwróciła Clarę i ruszyły z powrotem. Gdy skręcały za róg, ktoś złapał Lilithę za ramię, zatrzymując je.
„Witajcie,” powiedział Mandalay.
„Uciekaj!” krzyknęła Lilitha.
Clara wyrwała się z uścisku Lilithy. Mandalay próbował ją złapać, ale Lilitha pchnęła się na niego.
Przycisnęła go do ściany, żeby jej przyjaciółka mogła uciec. Płaszcz Clary zniknął za rogiem.
Gdy usłyszała jego głęboki śmiech, serce podskoczyło jej do gardła. Uśmiechał się do niej, jego oczy błyszczały, policzki były zaczerwienione. Wcale nie wyglądał na zmęczonego po pościgu.
Lilitha próbowała uciec, ale złapał ją za nadgarstek.
„Puść mnie!” krzyknęła.
Wciąż się śmiejąc, przyciągnął ją do siebie, jakby nic nie ważyła, obrócił ją i pchnął na ścianę, zamieniając ich pozycje.
Jego gorący oddech na jej karku, przycisnął ją mocno do muru, wciskając jej twarz w cegły.
„Co taka dziewczyna jak ty robi w takim miejscu?” Zdjął jej kaptur i zanurzył nos w jej włosach z westchnieniem.
„Zejdź ze mnie!” Próbowała krzyczeć, ale przyciskał ją tak mocno do ściany, że ledwo mogła oddychać. Nie żeby to pomogło. Nikt by jej nie przyszedł z pomocą.
„Dlaczego? Co będę z tego miał? A może po prostu wsadzę cię do więzienia na kilka dni? To cię nauczy przestrzegania zasad.”
„To głupia zasada.”
„Kto tak mówi? Ty? Kobieta?” Zaśmiał się.
„Pierdol się.”
„Dokładnie,” wyszeptał jej do ucha.
Obrócił ją, przyciągając do siebie i przyciskając swoje usta do jej ust. Śmiał się, gdy wiła się i szarpała w jego ramionach.
Próbowała ugryźć jego język, ale wymykał się jej zębom jak śliska glista. Gdy w końcu ją puścił, Lilitha odchyliła głowę do tyłu i splunęła mu w twarz.
Zlizał ślinę z wargi. „O to chodzi.”
Pociągnął ją w dół ulicy, uderzając w drzwi, kręcąc klamkami, szukając jakiegoś prywatnego miejsca.
Ludzie na ulicy ignorowali ich, patrząc pod nogi, przechodząc na drugą stronę drogi.
Sprawy Championa nie były ich sprawą, zwłaszcza jeśli tym Championem był Sir Mandalay.
W końcu otworzył drzwi w połowie ulicy. Matka z trójką dzieci spojrzała na nich przestraszona.
„Wynocha!” krzyknął.
Kobieta podniosła najmłodsze dziecko i wyprowadziła wszystkie na zewnątrz. Mandalay zatrzasnął za nimi drzwi. Było tylko jedno pomieszczenie.
Koce i prześcieradła były rozrzucone po podłodze. W rogu stał na wpół pusty kosz z jedzeniem.
Mandalay wpatrywał się w nią, ciężko oddychając, z zaczerwienionymi oczami, zaciskając i rozluźniając pięści. Wydał z siebie niski, podekscytowany gwizd, gdy na nią patrzył.
„Co zamierzasz zrobić?” powiedziała Lilitha bez emocji.
Cofnęła się, a on postąpił krok w jej stronę, górując nad nią, wyglądając jak góra.
„Ułatwię ci to,” powiedział. „Zrób, co mówię, a puszczę cię wolno, jak ptaka.” Wykonał ręką gest latającego ptaka.
„Walcz ze mną, a nie tylko wezmę to, czego chcę, ale też aresztuję cię za bycie złą kobietą.”
Jego niebieskie oczy wpatrywały się w jej oczy.
Lilitha stała plecami przy ścianie. Tyle myśli przebiegło jej przez głowę, odważnych i przerażonych.
Wydawał się wypełniać całe pomieszczenie. Drzwi wydawały się tak odległe. Jego dłonie wyglądały na silne.
„Idź się pieprzyć.”
„Szkoda. Mogłem sprawić, że byłoby ci przyjemnie.”
Rzucił się na nią, a Lilitha schyliła się. Pobiegła do drzwi, ale on objął ją w pasie, unosząc ją. Krzyknęła, gdy rzucił ją na łóżko.
Usiadł na niej okrakiem, przyciskając jej nadgarstki do koców. Lilitha krzyczała.
„Spokojnie, kochanie.” Pochylił się, by zlizać gniewną łzę z jej policzka. „Jeśli będziesz grzeczna, postaram się, żeby ci się spodobało.”
Trzymając jej nadgarstki jedną dużą dłonią, sięgnął, by rozpiąć jej płaszcz. Nie bawił się w subtelności, podciągając jej koszulę i chwytając jej pierś.
Ścisnął ją, dotykając kciukiem sutka, zanim przycisnął ją z jękiem, spłaszczając pierś pod swoją dużą dłonią.
„Jesteś taka miękka,” westchnął.
Lilitha spojrzała na niego gniewnie, kolejne łzy spływały po jej policzkach. Chciała na niego krzyczeć. Chciała go ugryźć i wykrzyczeć każde przekleństwo, jakie znała.
Ale coś zimnego i silnego ściskało jej gardło. To było upokarzające i nienawidziła się za to.
Dotykał jej i bawił się nią, szczypał jej sutki, przesuwał palcami między żebrami. Jego niebieskie oczy były prawie czarne, gdy opuścił usta. Lilitha zacisnęła zęby, gdy wziął jej lewą pierś w usta.
Lilitha skrzywiła się, gdy ssał ją przez długi czas.
Gdy w końcu się odsunął, polizał jej sutek, a potem przesunął język w górę piersi, do zagłębienia między obojczykami, na jej szyję.
Oddychał ciężko, gdy pochylił się do pocałunku. Lilitha odwróciła głowę. Pocałował więc jej szyję.
Cień się poruszył. Rozległo się skrobanie. Lilitha spojrzała w stronę okna. Jej serce podskoczyło, gdy zobaczyła Clarę patrzącą na nią przez szybę.
Jej przyjaciółka była tak blisko, że mogłaby sięgnąć i dotknąć głowy rycerza. Blada i przestraszona, z blond włosami wystającymi spod kaptura, trzymała wiadro w drżących rękach.
Serce Lilithy biło mocniej. „Uciekaj,” powiedziała bezgłośnie.
Clara pokręciła głową.
Mandalay usiadł, zasłaniając jej widok. Siedząc na jej biodrach, zaczął majstrować przy swoim pasku.
Właśnie gdy go odpiął, coś gęstego i brązowego wylało się na jego głowę, uderzając mokro w ramiona, mocząc jego włosy i rycerski mundur. Śmierdziało okropnie.
Znieruchomiał, jego usta otwarte w idealnym O. Przez sekundę panowała całkowita cisza. Potem, z głośnym zwierzęcym rykiem, zerwał się na nogi, odwracając się wściekle.
Clara stała jak skamieniała, wciąż trzymając wiadro.
„Ty mała suko!” Rzucił się na nią, ale potknął się o swoje spodnie. Zataczając się, uderzył w ścianę, jego głowa uderzyła o drewno z okropnym trzaskiem.
Upadł jak kłoda i już się nie ruszył.
Spojrzały na siebie przerażone: Clara, z wiadrem wciąż na parapecie; Lilitha, potargana i z nagim biustem na łóżku.
Lilitha przełknęła ślinę, słysząc miarowe kapanie resztek z wiadra.
Wyciągnęła stopę i popchnęła jego biodro, ale się nie poruszył, jego szyja wygięta pod dziwnym kątem, białka widoczne pod na wpół przymkniętymi powiekami.
Twarz Clary całkowicie zbladła. Potem Clara upuściła wiadro, a Lilitha zerwała się na nogi.
Biegły przez ulice, omijając wozy, wózki i zwierzęta. Wielki koń stanął na tylnych nogach z głośnym rżeniem.
Za każdym razem, gdy słyszały konia, każdy krzyk męskiego głosu, oglądały się za siebie i biegły szybciej.
Zatrzymały się w odległej części miasta, którą Lilitha ledwo znała. Ukryte w wejściu do pustego budynku, oparły się o ścianę, ciężko oddychając.
„O kurwa, o kurwa, o kurwa, o kurwa,” mówiła Clara, pochylając się nad kolanami.
„Coś ty zrobiła? Mówiłam ci, żebyś uciekała!”
„Nie mogłam cię zostawić!” Trzymając się za pierś, usiadła na ziemi.
„Ale teraz obie mamy kłopoty.”
Clara spojrzała na nią bezradnie. Lilitha ukryła twarz w dłoniach.
Po chwili uspokojenia się, pomogła Clarze wstać. „Chodź. Robi się już ciemno. Lepiej idź do domu, bo będziemy miały jeszcze większe kłopoty.” Przygryzła drżącą wargę.
Czuła w piersi taki ciężar, jakby była wypełniona kamieniami. „Przepraszam. Przepraszam, że cię namówiłam. To wszystko moja wina.”
„Nie namówiłaś mnie. Poza tym chodzimy tam cały czas.”
„Dlaczego on w ogóle tam był? Championi nigdy tam nie chodzą.”
„Pewnie przez tę kobietę za barem,” powiedziała Clara.
Obie odwróciły się, gdy usłyszały końskie kopyta, ale to był tylko kupiec prowadzący swój wóz. Minęło trochę czasu, zanim serce Lilithy zwolniło.
„Idź,” powiedziała do Clary, biorąc ją za rękę i ściskając. „Zobaczymy się później. I uważaj na siebie.”
„Ty też.” Pocałowała Lilithę w usta. „Do zobaczenia wkrótce.”
Clara pospiesznie odeszła, błoto rozpryskiwało się za jej butami.
Z kapturem nisko naciągniętym na twarz, Lilitha starała się nie poślizgnąć w błocie, idąc do domu.
Zaczynało padać. Jej płaszcz był mokry i widziała swój oddech, choć ledwo zauważała zimno i wilgoć, jej umysł był bardzo zajęty.
Jak długo potrwa, zanim Mandalay się obudzi? Jeśli się obudzi? Lilitha zatrzymała się. Wyglądał dość martwo. Co jeśli był? Powinna była lepiej go sprawdzić.
Obejmując się ramionami, szła dalej. To czyniłoby z niej morderczynię. To czyniłoby z nich obu morderczynie. Nigdy by im to nie uszło na sucho.
Mijała prawie nikogo, większość ludzi była w domach, przygotowując się na nadchodzącą burzę. Padało bez przerwy od dwóch tygodni.
Drogi były zablokowane. Jedzenie było trudne do zdobycia. Woda była zanieczyszczona przelewającymi się ściekami. Czuła to w powietrzu.
Wkrótce zobaczyła swój dom. Jej serce biło szybko, gdy poprawiała koszulę i podchodziła do frontowych schodów.
Drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem. Dom był pełen cieni. Wydawał się pusty.
„Ojcze?” zawołała cicho, jej głos odbił się echem w ciszy. Jedyną odpowiedzią był dźwięk deszczu na dachu.
Lilitha wypuściła powietrze, zamykając za sobą drzwi.
Szybko zdjęła ubranie i zaczęła przygotowywać jego kolację.














































