
Odrzucona, zastąpiona i zapomniana
Autorzy
Abigail Lynne
Lektury
1,5M
Rozdziały
24
Rozdział pierwszy
Livy
O cholera! Zostawiłam czapkę. Zaczekaj, Jay.
Wyskoczyłam z samochodu brata. Trzasnęłam drzwiami i pobiegłam z powrotem do domu stada.
Wbiegłam po schodach. Wpadłam do pokoju i szybko przekopałam rzeczy, aż w końcu znalazłam czapkę.
To była stara, czerwona bejsbolówka. Tata dał mi ją, kiedy byłam mała. Nosiłam ją codziennie. Po części dlatego, że bardzo za nim tęskniłam. Po części dlatego, że pomagała mi się wtopić w tłum.
Klakson samochodu zahuczał głośno. Podskoczyłam. Zawsze się spóźniałam i dziś nie było inaczej.
Odwróciłam się, żeby wyjść, i od razu się przewróciłam. Wylądowałam na twarzy.
Wymamrotałam coś pod nosem i potarłam obolały łokieć. Spojrzałam w dół i westchnęłam. Leah zostawiła swoje szpilki dokładnie pośrodku pokoju.
W domu stada roiło się od ludzi. Dlatego musiałam dzielić pokój z kuzynką.
Leah była rok starsza ode mnie. Kiedyś byłyśmy przyjaciółkami, dopóki nie wyrosły jej piersi i nie zaczęła interesować się chłopakami.
Tak właśnie różniłyśmy się z Leah. Ona uwielbiała makijaż i szpilki. Ja wolałam dżinsy i bluzy.
Mama nie była zbyt kobieca. Wychowywała mnie ona, mój starszy brat Jay i tata. Nic dziwnego, że nie stałam się typową dziewczyną.
Klakson zawył ponownie. Wybiegłam z pokoju, zapominając zamknąć drzwi. Wskoczyłam do samochodu brata i uśmiechnęłam się do niego.
„Przepraszam, zamyśliłam się.”
Jay przewrócił oczami, wyraźnie poirytowany. Wrzucił wsteczny.
„Kiedy ty *nie* jesteś zamyślona? Wiesz, że nie cierpię się spóźniać. A każdego ranka to samo. Dlaczego nie nastawisz budzika dziesięć minut wcześniej?”
Wzruszyłam ramionami. „Oboje wiemy, że i tak bym tylko wcisnęła drzemkę.”
Jay parsknął śmiechem. „No tak, pewnie byś wcisnęła. Chyba nie mam wyjścia, muszę się pogodzić z tym, że zawsze się spóźniasz. Jesteś moją małą siostrzyczką.”
Przechylił się i szturchnął mnie w ramię. Uśmiechnęłam się.
Kiedy byliśmy sami, mój brat i ja byliśmy bardzo blisko. Ale przy innych trzymaliśmy się od siebie z daleka.
Unikałam jego i jego popularnej paczki. On unikał mnie i mojego jedynego przyjaciela, Sama. Sam był betą stada. Ta rola wiązała się z reputacją, którą bardzo chciał utrzymać.
Nie przeszkadzało mi to, że się od niego odsuwałam. Nienawidziłam, kiedy ktoś zwracał na mnie uwagę. Jego pozycja sprawiała, że wszędzie, gdzie się pojawiał, ludzie na niego patrzyli.
„Wiesz, że za miesiąc miną trzy lata od śmierci taty” – powiedział cicho Jay.
Skinęłam głową, patrząc przez okno na przesuwający się las. Wolałabym być teraz tam niż jechać do szkoły.
Westchnęłam. „Tak, wiem. Ciekawe, jak mama to zniesie.”
„Nie lepiej niż każdego innego dnia. Jest jak duch.”
Wzruszyłam ramionami. „Przynajmniej nie próbowała się zabić.”
Jay wydał z siebie zdziwiony dźwięk. „Livy! To okropne.”
Ja tak nie uważałam. „Ale to prawda, Jay. Większość wilków chce się zabić, kiedy traci partnera. Mama jest po prostu silniejsza od innych, chyba.”
Jay skinął głową. „No cóż, dzięki Bogini za to. Wyobrażasz sobie, gdybyśmy stracili i ją?”
Spojrzałam za okno. „Zostalibyśmy bez rodziców.”
Dojechaliśmy do szkoły po pięciu minutach. Cała podróż minęła w ciszy po rozmowie o mamie.
Jay i ja mieliśmy jedną wspólną cechę – nienawidziliśmy rozmawiać o uczuciach. Rzadko kiedy widziało się, żeby Jay albo ja płakali czy okazywali smutek.
Zazwyczaj mieliśmy na twarzach obojętne maski, kiedy coś nas bolało.
„Na razie, Jay” – powiedziałam cicho, wysiadając z samochodu.
Teraz zaczynała się ta część dnia, w której udawaliśmy, że nie istniejemy. On ignorował mnie, ja jego.
Aż do ostatniego dzwonka, kiedy znów siedzieliśmy w samochodzie. Wtedy mogliśmy śmiać się, rozmawiać i żartować do woli.
„Olivia!”
Odwróciłam się i spojrzałam na Sama z irytacją.
„Kiedy przestaniesz tak do mnie mówić?” – warknęłam.
Sam zaśmiał się, a jego niebieskie oczy błyszczały rozbawieniem. „Nigdy. Uwielbiam cię denerwować, Olivio. Twoja reakcja jest po prostu zbyt zabawna, żeby się powstrzymać.”
Przewróciłam oczami. „Jedyna osoba, która nazywa mnie Olivią oprócz ciebie, to mama. Wiesz, jakie to irytujące?”
Bez względu na to, ile razy mówię, że wolę Livy albo Liv, ona uparcie używa mojego pełnego imienia.
„Ma rację, wiesz. To ona cię tak nazwała.” – Zrobił niski gwizd i powoli pokręcił głową. „Twoja kuzynka jest naprawdę piękna.”
Odwróciłam się i spojrzałam przez podwórze na Leah.
Była blondynką o anielskiej urodzie. Wyglądała jak anioł, ale jej charakter był daleki od świętości. Miała nie tylko świetną figurę, ale też wiedziała, jak ją podkreślić.
To sprawiało, że prawie każdy facet za nią szalał – w tym mój głupi przyjaciel Sam.
Uderzyłam go w głowę. „Przestań. Robi mi się niedobrze.”
Zaśmiał się i wsadził ręce do kieszeni kurtki. Potem ruszył w stronę szkoły.
Nie zazdrościłam kuzynce. Nie przeszkadzało mi, że faceci za nią szaleli.
Szczerze mówiąc, cieszyłam się, że uwielbiała być w centrum uwagi, bo ja nie. Ona ściągała na siebie wszystkie spojrzenia, a mnie zostawiała w spokoju. Tak właśnie lubiłam.
„Wygląda na to, że Leah i Cole znów są razem” – powiedział Sam.
Skinęłam głową, udając obojętność.
Cole Emerson był przyszłą alfą. Na samą myśl o nim skrzywiłam się.
Kiedy myślałam o Cole'u Emersonie, coś mnie w środku uwierało.
Kiedy właściwie są jego urodziny? Wiedziałam, że osiemnaste urodziny ma już niedługo. Wiedziałam też, że nasze stado będzie miało problemy, kiedy przejmie władzę.
„Naprawdę? Myślałam, że definitywnie z nią skończył ostatnim razem” – powiedziałam, przerywając tok myśli.
Sam zaśmiał się. „Nie wygląda na to. Wiesz, dziwię się, że nie jest jego partnerką. Byłaby świetną luną.”
Parsknęłam. „Mówisz tak tylko dlatego, że uważasz ją za seksowną.”
Sam wzruszył ramionami. „Może tak, może nie. Mam prawo do własnego zdania, nawet jeśli opiera się tylko na wyglądzie.”
Przewróciłam oczami i poprawiłam czapkę. „W każdym razie on i tak by nie wiedział, czy są partnerami. Nie ma jeszcze osiemnastu lat.”
Kopnęłam mały kamyk, idąc w stronę drzwi szkoły. Starałam się, żeby się toczył prosto.
„Właściwie to ma. Dzisiaj są jego urodziny. Nie słyszałaś, jak wszyscy śpiewali mu rano przed wyjściem do szkoły?”
Wzruszyłam ramionami. „Głęboko śpię.”
Sam przewrócił oczami. „Oczywiście, że przespałabyś najważniejszy moment w historii stada. On jest pięćdziesiątą alfą naszego stada.”
„Naprawdę? To całkiem fajne, chyba” – powiedziałam, kopiąc kamyk mocniej. Przeleciał po nierównym terenie, a ja pobiegłam, żeby go dogonić.
Sam skinął głową, próbując iść w moim tempie. „To więcej niż fajne. To ogromny zaszczyt. Szkoda tylko, że zmarnowany na niego. On nawet tego nie docenia.”
Wzruszyłam ramionami. „Kogo to obchodzi? Dopóki nie pozabija nas wszystkich, jest mi wszystko jedno.”
Szliśmy dalej, a ja pilnowałam, żeby kamyk się toczył. Dotarliśmy do drzwi szkoły i kopnęłam go z całej siły. Nie spodziewałam się, że ktoś krzyknie.
„Au! Kto, do cholery, kopnął we mnie kamieniem?!”
Zamarłam. Żołądek podszedł mi do gardła. Tylko moje szczęście. Tylko moje cholerne, przeklęte szczęście.
Odwróciłam się, spuszczając głowę. „Przepraszam, Alfie.”
Usłyszałam, jak Cole westchnął. „To nie twoja siostra, Jay?”
Usłyszałam, jak mój brat prychnął. „Niestety.”
Podniosłam wzrok na tyle, żeby zobaczyć, jak Jay patrzy na mnie ze złością i zażenowaniem. Nigdy nie wróżyło to nic dobrego.
Nagle poczułam w powietrzu dziwny zapach. Mieszankę drogiej wody kolońskiej i truskawek. Pachniało bosko.
„Dobra, możecie już iść. Spadajcie.”
Rozległ się śmiech. W tym nowej alfy i jego przydupasów.
Skinęłam głową i podniosłam wzrok. I wtedy zobaczyłam najpiękniejsze orzechowe oczy, jakie kiedykolwiek widziałam.
Czas jakby stanął w miejscu. Wszystko wokół przestało istnieć. Jedynym, na czym mogłam się skupić, było moje własne bicie serca i on.
W mojej głowie zawyła wilczyca. Ucieszyła się, że znalazła swojego partnera.
A potem moja kuzynka przywarła ustami do jego warg, a ja poczułam, jak pęka mi serce.
„Partner…” – wyszeptałam.
Wszyscy natychmiast odwrócili się w moją stronę.
Jay pierwszy przerwał ciszę. Zaśmiał się. „Co powiedziałaś?”
„J-ja…„
Jeden z członków stada parsknął. „Chyba powiedziała *„partner”*.”
Poczułam, jak twarz mi płonie. Spojrzałam na Cole'a. Czekałam, aż przyciągnie mnie do siebie, pocałuje albo zrobi *cokolwiek*.
Patrzyłam, jak jego wzrok szybko przesuwa się po moim ciele. Cicho przeklinałam się w myślach za workowate ciuchy i bejsbolówkę.
Spojrzał mi w twarz. Wyglądał na znudzonego. Potem uśmiechnął się złośliwie. Serce zaczęło mi walić jak oszalałe. Nie pragnęłam niczego bardziej niż żeby mnie zerżnął.
Może moje ubranie go odrzucało, ale byłam pewna, że moja twarz nie. Przecież partnerzy są dla siebie stworzeni, prawda?
„No jasne, jakby coś takiego mogło być moim partnerem. Za bardzo zwyczajna, za nudna i za brzydka.”
Poczułam, jak serce mi pęka, a w oczach zbierają się łzy, których nie chciałam puścić. Nie chciałam dać mu satysfakcji, że mnie zranił. Nie chciałam przejmować się tym, jak wyglądam ani co o mnie myśli.
Ale kiedy stanęłam przed nim, nagle stało się to takie łatwe.
„O czym ty mówisz, Cole? Jestem twoją partnerką! Jestem przyszłą luną!”
Poczułam, jak prawda tych słów mnie ogarnia. Użyłam tego przekonania. Byłam następną luną. Byłam jego partnerką. Poczułam, jak więź się zaciska.
Jay wyglądał, jakby dostał porażenia prądem. Był o krok od totalnego upokorzenia. „Liv, zamknij się. Przestań bredzić i odpuść już.”
Odwróciłam się do niego wściekła. Cofnęłam się o krok. „Nie kłamię, Jay! Przysięgam!” – Znał mnie lepiej niż ktokolwiek. Wiedział, że nie robiłabym sceny bez powodu.
Jeden z członków stada spojrzał na mnie z pogardą. „Słyszałaś Cole'a. Nie jest twoim partnerem, więc odpuść, póki jeszcze masz trochę godności!”
Odwróciłam się do Cole'a. Zastanawiałam się, dlaczego nic nie robi. Przecież musiał poczuć to samo co ja! Musiał wiedzieć, że jesteśmy partnerami, stworzonymi dla siebie.
„Proszę, choć trochę mi schlebia, ale zaczyna być irytujące. Po prostu idź już ze swoim koleżką i daj mi spokój.”
Każde słowo było jak cios w brzuch, jak nóż w serce.
„Ale Cole…„
„Przestań się zachowywać jak desperatka, Olivio! Spadaj! Słyszałaś, co powiedział. Przestań robić z siebie wariatkę i idź stąd!” – wrzasnął Jay.
Starał się odzyskać utracony wizerunek po tym, jak zrobiłam z nas obojga pośmiewisko.
„Jak mówi twój brat, spadaj. Nie jestem zainteresowany i nigdy nie będę. Mam gdzieś partnerkę, ale na pewno nie ciebie.”
Cole zerwał mi czapkę i rzucił ją w kałużę kilka metrów dalej. Zmoczyła się, a mnie zabolało to jeszcze bardziej.
Gdyby to był ktokolwiek inny, spróbowałabym mu przywalić. Ale ponieważ był alfą i moim partnerem, tylko przełknęłam dumę i poszłam po swoją zniszczoną czapkę.
Starałam się powstrzymać łzy, które spływały mi po policzkach. Odwróciłam się i stanęłam jak wryta.
Patrzyłam, jak Cole obejmuje Leah – ramionami, które były przeznaczone dla mnie.
Patrzyłam, jak całuje ją w policzek, potem w nos, a na końcu w usta.
Patrzyłam, jak Leah przeczesuje palcami jego włosy, a jego dłonie opadają na jej talię.
Patrzyłam, jak się do siebie tulą, nie zwracając uwagi, że ich widok rozrywa mnie na strzępy.
Nie tylko zostałam odrzucona, ale też zastąpiona. A stojąc tu i patrząc na nich, zrozumiałam, że zostałam całkowicie i bezpowrotnie zapomniana.















































