
Dwa serca, jedna dusza
Autorzy
Teresa Knapp
Lektury
1,2M
Rozdziały
27
Rozdział 1: Sam ucieka z domu
Samantha „Sam” Leilani Madison urodziła się jako córka Bety watahy Red Moon, ale jej ojciec i Alfa watahy zginęli, gdy miała zaledwie dwanaście lat. Jej wujek Louis, zwany Lou, był młodszym przyrodnim bratem jej ojca i to on obarczył winą za ich śmierć jej matkę, Angelię, zwaną Angie.
Wujek Lou zawsze zazdrościł starszemu bratu i uważał, że należy mu się więcej, skoro jego matka żyła, podczas gdy matka Rafe'a zmarła, gdy ten był jeszcze szczeniakiem. Wujek Lou wrobił jej ojca, twierdząc, że matka Sam zdradziła go z włóczęgą i zaprowadziła ich prosto w zasadzkę. To nie była prawda, ale wujek przekonał młodszego brata Alfy, że tak właśnie było, i razem wmówili to Alfie oraz jego Becie.
Alfa Raymond, chcąc wesprzeć swojego Betę Rafe'a, poszedł z nim skonfrontować się z Angie i jej nieistniejącym kochankiem-włóczęgą. Jednak gdy dotarli na miejsce, Angie nigdzie nie było — ani śladu jej zapachu — za to czekało tam ponad pięćdziesięciu włóczęgów gotowych do ataku. Niespodziewany atak przytłoczył dwóch samotnych wilków i obaj zginęli.
Kiedy Angie wróciła do domu po odwiezieniu Sam do szkoły i załatwieniu sprawunków dla matki Lou, została aresztowana i zamknięta w celi. Tam wielokrotnie ją bito, a potem zostawiono, żeby umarła z głodu. Sam próbowała przemycić jej jedzenie i wodę kilka razy, ale została przyłapana i dotkliwie pobita za swoje starania.
Partnerka wujka, ciotka Mae, przekonała go, że Sam to tylko niewinna dziewczynka, córka jego brata, i że nie ponosi winy za to, co się stało. Mae potajemnie wiedziała, że matka Sam jest niewinna, ale bała się tego, co Lou mógłby jej zrobić, gdyby go skonfrontowała i próbowała uratować również Angie.
Wujek Lou w końcu zgodził się, by Mae dawała Sam jeden posiłek dziennie. Ale Sam została przyłapana na kradzieży jedzenia, które próbowała przemycić matce, i Lou odebrał jej posiłki. Nie pozwolono jej wracać do własnego domu. Początkowo mogła spać w kącie pokoju służby, ale Ester, dziwka pracująca w kuchni, jej nie lubiła i oskarżyła ją o kradzież. Sam została pobita, a po tym wujek Lou pozwolił jej spać jedynie w małym schowku w pralni — i to tylko dlatego, że ciotka Mae błagała go o to.
To nie powstrzymywało go od bicia jej, kiedy popełniła błąd lub została przyłapana na kradzieży jedzenia, ale przynajmniej mogła zamknąć drzwi na klucz, żeby chronić się przed niechcianymi samcami bez partnerek. Najbardziej bolało ją to, że nie pozwolono jej wrócić do domu po ubrania ani osobiste rzeczy i nie mogła już chodzić do szkoły.
Ponieważ Sam była wystarczająco duża, żeby pracować, najpierw przydzielono ją do kuchni — zmywała naczynia i sprzątała po kucharce i jej pomocnicach. Obserwowała ich, a kucharka czasem nawet pozwalała jej pomagać, więc nauczyła się gotować, ale nigdy nie wolno jej było jeść niczego, co pomogła przygotować. Gdy przyłapano ją na jedzeniu resztki mięsa z czyjegoś talerza, została pobita i skończyła się jej praca w kuchni.
Potem przydzielono ją jako pokojówkę w domu watahy. Do jej obowiązków należało pranie i zapewnianie czystej pościeli każdego dnia. Alfa wymagał, żeby we wszystkich używanych łóżkach w domu pościel była zmieniana codziennie.
Pewnego razu Sam została przyłapana na spaniu na brudnej pościeli i dotkliwie za to pobita. Wolno jej było nosić tylko oddane przez innych ubrania, bez kieszeni, żeby nie mogła kraść. Jadała jedynie resztki ze stołu, ale czasami, gdy wszyscy już poszli spać, wykradała jedzenie ze spiżarni lub lodówki. Kucharka Betty czasem się nad nią zlitowała i podrzucała jej coś do jedzenia, ale ponieważ zazwyczaj wokół byli inni ludzie, zdarzało się to rzadko. Na początku Sam ciągle była głodna, ale z biegiem lat jej żołądek się skurczył i teraz potrzebowała niewiele jedzenia, żeby przeżyć. Jednak nie była tak silna, jak powinna, a niedożywienie odbiło się na jej ciele, zatrzymując jej wzrost na stu pięćdziesięciu siedmiu centymetrach.
Kiedy pierwszy raz się przemieniła, była sama i przerażona. Tak bardzo bolało! Miała wtedy piętnaście lat i przez ten rok przeszła już naprawdę dużo. Kilka miesięcy wcześniej dostała pierwszą miesiączkę i tak bardzo bała się zgwałcenia przez któregokolwiek z samców bez partnerek w watasze, że przez całe cztery dni jej okresu chowała się w pralni. Musiała kraść podpaski z łazienek pokoi, które sprzątała i w których mieszkały kobiety, aż ciotka Mae się zorientowała i zaczęła jej je potajemnie dostarczać.
Na szczęście z boku pralni znajdowała się mała łazienka, gdzie mogła przynajmniej skorzystać z toalety i wziąć prysznic. Robiła wszystko, co w jej mocy, żeby zapach jej okresu był jak najsłabszy. Upewniała się, że wszyscy samce bez partnerek są na polu treningowym lub na warcie, zanim wychodziła z pralni, żeby wykonać swoje obowiązki.
Zawsze starała się być jak najmniej widoczna, co nie było szczególnie trudne przy jej stu pięćdziesięciu siedmiu centymetrach wzrostu, bo była boleśnie chuda, a ciemne włosy i ciemna karnacja ułatwiały jej chowanie się w cieniach.
Po szesnastych urodzinach zaczęła rozkwitać w kobietę i szybko rozwinęły się jej piersi. W ciągu roku przeszła od prawie płaskiej klatki piersiowej do pełnego rozmiaru B, o ile mogła ocenić. Wiedziała, że jeśli nie będzie bardzo ostrożna, ktoś to zauważy i wtedy będzie po niej. Używała starych, zużytych koszulek, pociętych na paski, żeby bandażować piersi, by się nie ruszały, i starała się je spłaszczyć jak najbardziej.
Codziennie modliła się, żeby udało jej się zachować siebie dla swojego partnera i żeby on wkrótce ją uratował. Ale to było mało prawdopodobne, bo nie wolno jej było wychodzić ze schówka, kiedy w domu przebywali męscy goście. Nie mogli jej zobaczyć ani usłyszeć, ale Lou i tak nie przyjmował wielu męskich gości.
Zdarzało się, że wujek pozwalał samcom bez partnerek sprowadzać do domu tak zwane hodowczynie. W rzeczywistości nie chodziło o rodzenie dzieci, ale o zaspokajanie każdego, kto chciał się zabawić. Niektóre dziewczyny, które syn wujka i jego przyjaciele przyprowadzali do domu, były chętnymi uczestniczkami, ale większość nie.
Sam często znajdowała je przywiązane do łóżek, gdy wchodziła, żeby dostarczyć czystą pościel i świeże ręczniki do łazienek. Nie wolno jej było z nimi rozmawiać ani mieć z nimi nic wspólnego, ale zawsze rozrywało ją na kawałki widok tych dziewczyn — często pobitych, krwawiących i błagających o pomoc. To był jedyny przypadek, kiedy nie musiała wchodzić do pokojów — zostawiała po prostu pościel pod drzwiami, żeby inne pokojówki mogły ją później wymienić.
Sam od dawna marzyła o ucieczce, ale była tak przerażona myślą o złapaniu, że nigdy nie próbowała. Wiedziała, że z łatwością ją dogonią, bo była bardzo osłabiona brakiem jedzenia i prawie zerowym wysiłkiem fizycznym poza swoją pracą. Tak było, dopóki pewnej nocy nie podsłuchała czegoś, co przeraziło ją jeszcze bardziej.
Początkowo nie mogła rozpoznać, kto mówi, ale potem zorientowała się, że to jej kuzyn Ralph i kilku innych samców bez partnerek. Była przy tylnych drzwiach i uzupełniała pudło ze spodenkami, które trzymano przy drzwiach na wypadek, gdyby członkowie watahy wrócili do ludzkiej postaci i nie mieli się w co ubrać przed wejściem do domu. Ich głosy niosły się z patio do miejsca, gdzie chowała się za pojemnikami na śmieci.
„Cholera, powinniśmy byli dzisiaj pojechać po jakieś laski. Jestem napalony,” powiedział jeden z nich.
„A co z twoją kuzynką? Musi być już pełnoletnia, nie?” zapytał inny.
„Ta pokojówka od prania?” zapytał Ralph. „Tak, niedługo skończy osiemnaście lat. Ale widzieliście ją kiedyś? Chuda jak patyk. Włosy zawsze w nieładzie. Tyłka w ogóle nie ma, ale góra trochę jej się zaokrągliła.” Ralph się roześmiał. „Musiałbym mieć zasłonięte oczy i być urżnięty w sztok, żeby ją przelecieć! Ja tam lubię kobietę z dużym tyłkiem, żeby mieć się czego trzymać, jak ją bzykam na całego.”
„A kogo obchodzi, jak wygląda? Ma cipkę, nie?” zapytał pierwszy i wszyscy się roześmiali.
Sam była tak przerażona, że pobiegła z powrotem do swojej pralni i zamknęła drzwi na klucz. Nie spała prawie całą noc, próbując wymyślić sposób, żeby się stamtąd wydostać. Zdała sobie sprawę, że wie, kiedy wszyscy w domu są zajęci i gdzie są pola treningowe. Czego nie wiedziała, to jak poruszać się po terenie watahy poza oczyszczonymi terenami.
Nigdy nie pozwolono jej biegać po lesie, ale wiedziała, że strażnicy patrolują granice dniem i nocą. Słyszała też, że wataha ostatnio miała sporo problemów z włóczęgami. Byłoby typowe dla jej pecha, gdyby udało jej się uciec z terenów watahy tylko po to, żeby wpaść na włóczęgę.
W końcu przyszło jej do głowy, że w każdy piątek do kuchni przyjeżdża dostawa produktów spożywczych. Ciężarówka zawsze parkowała blisko tylnych drzwi. Gdyby udało jej się ukryć na pace tej ciężarówki, dopóki nie opuści terenów watahy, mogłaby mieć szansę na ucieczkę. Następny dzień był piątek i postanowiła, że jeśli ma uciec, jutro będzie jej najlepsza okazja.
Tego wieczoru wzięła porządny prysznic i założyła najlepsze ubrania, jakie miała. Nie miała stanika, ale owinęła piersi, żeby się nie ruszały. Na szczęście miała stare trampki, które musiała sklejać taśmą klejącą, żeby się nie rozpadły, ale przynajmniej w jakimś stopniu chroniły jej stopy.
Spróbowała przywiązać parę szortów i koszulkę do nogi kawałkiem podartej koszulki, której mogła użyć jako prowizorycznego stanika. Potem spróbowała się przemienić. Na szczęście zadziałało. Gdyby musiała się przemienić, nie mając możliwości zdjęcia ubrań, przynajmniej miałaby co na siebie włożyć, gdy wróci do ludzkiej postaci.
Następnego dnia była kłębkiem nerwów, czekając na przyjazd ciężarówki z dostawą. Złożyła całe czyste pranie, które zrobiła poprzedniej nocy, żeby wszystko było gotowe dla pokojówek na następny dzień. Miała nadzieję, że to sprawi, iż nikt nie zauważy jej nieobecności przynajmniej przez większość dnia. Tak naprawdę nikt nie zorientuje się, że jej nie ma, dopóki pokojówki nie przyniosą brudnej pościeli do prania, a to nastąpi dopiero grubo po obiedzie.
Mężczyzna, który zwykle przywoził zakupy, był starszym panem, który prawie nigdy nie zwracał na nią uwagi, ale kiedy już ją zauważył, zawsze miał przyjazny uśmiech i był uprzejmy.
Kiedy w końcu przyjechał koło dziesiątej, Sam miała taką tremę, że niemal było jej niedobrze. Jak zwykle trzymała drzwi, gdy on rozładowywał i wnosił towary do domu, i usłyszała, jak mówi do kucharki: „Ostatnia partia. Proszę tu podpisać.”
Sam cicho zamknęła za sobą tylne drzwi i po szybkim rozejrzeniu się, żeby upewnić się, że nikt jej nie zobaczy, pobiegła do tyłu ciężarówki. Szybko wdrapała się do środka i ukryła za skrzynkami jabłek i bananów w pobliżu kabiny krytej ciężarówki, modląc się, żeby nie zamknął rolety i żeby udało jej się uciec niezauważonej. Nie chciała narażać tego człowieka na kłopoty, ale był jej jedyną szansą na ucieczkę.
Po tym, co wydawało się wiecznością, mężczyzna wyszedł i na szczęście nie zamknął drzwi, wsiadając z powrotem do kabiny. Uruchomił silnik i ciężarówka płynnie ruszyła. Sam wypuściła z cichym świstem powietrze, które wstrzymywała. Serce waliło jej jak szalone, gdy próbowała wyjrzeć zza skrzynek i obserwować, jak dom watahy robi się coraz mniejszy i mniejszy w miarę oddalania się.
Serce podskoczyło jej do gardła, gdy poczuła, że ciężarówka zwalnia, ale potem zdała sobie sprawę, że kierowca po prostu czeka na otwarcie bramy wjazdowej, żeby mógł wyjechać. Nie musiał się nawet całkiem zatrzymywać i po kilku sekundach poczuła, jak ciężarówka znów przyspiesza. Usłyszała, jak woła „dzięki” do strażnika, a potem zobaczyła, jak brama zamyka się za nimi.
Niedługo potem poczuła, że ciężarówka znów zwalnia, i pomyślała, że kierowca zatrzyma się, by dostarczyć resztę towarów pozostałych na pace. „Co teraz zrobię? Jeśli tu zostanę, złapie mnie i pewnie odwiezie z powrotem. A jeśli mnie odwiezie, nie wiadomo, co wujek Lou mi zrobi,” myślała Sam, przygryzając małą bliznę, którą miała na wewnętrznej stronie dolnej wargi. Miała taki nawyk, kiedy się martwiła albo nad czymś myślała.
Myśląc szybko, złapała jabłko i luźnego banana i przesunęła się na tył ciężarówki. Wiedziała, że skakanie z jadącej ciężarówki byłoby zbyt niebezpieczne, więc poczekała, aż się całkowicie zatrzyma, a potem wyskoczyła, lądując pewnie na nogach, i rzuciła się do biegu. Okazało się, że kierowca po prostu zatrzymał się na stacji benzynowej i parkował przy dystrybutorze.
Niestety jeden ze strażników watahy właśnie wychodził z małego sklepiku przy stacji po zapłaceniu za zakupy i zobaczył, jak wyskakuje z ciężarówki i ucieka. Na początku prawie jej nie rozpoznał, ale potem wiatr przyniósł mu jej zapach i rzucił się za nią w pościg. Na jego nieszczęście miała sporą przewagę, a on niósł torby z kilkoma butelkami coli i dwunastopakiem piwa, co go spowalniało.
Zdecydował się wrócić do samochodu i zadzwonić do domu watahy. Beta Lou odebrał telefon, a strażnik szybko zdał mu relację z tego, co widział i gdzie się znajduje. „Jestem na stacji benzynowej jakieś trzy kilometry za granicą naszego terytorium. Była na pace ciężarówki z dostawą. Wyskoczyła i po prostu zaczęła uciekać. Biegnie w kierunku od terenów watahy. Jest na piechotę i biegnie przez las. Mam samochód i nie mogę za nią jechać, ale mogę spróbować ją przechwycić.”
„Zrób to, a ja wyślę tropiciela i kilku strażników na wszelki wypadek,” powiedział Lou. Doskonale wiedział, o jakim miejscu mówi strażnik. To było tuż za granicą terenów watahy, przy stacji, z której wszyscy często korzystali. Zadzwonił z komórki do syna Ralpha i powiedział mu, dokąd ma jechać i kogo zabrać. „Ruszaj się, natychmiast! Głupia dziewczyna albo się zabije, albo zrobi coś głupiego i nas zdemaskuje. Nie obchodzi mnie, w jakim stanie ją przywieziecie, po prostu ściągnijcie ją z powrotem. Ja się nią zajmę. Cała w tę swoją cholerną matkę!” powiedział Lou, po czym się rozłączył z podłym uśmieszkiem na twarzy.
Jego syn Ralph właśnie wspominał o zrobieniu z Sam hodowczyni i po tym numerze Lou mógłby rzeczywiście na to pozwolić. Cholera, jeśli okaże się dobra w łóżku, sam mógłby ją spróbować. Jego żona Mae sypiała w innym pokoju od ponad roku i musiał szukać sobie innej rozrywki w sypialni.
Mae była partnerką z aranżowanego związku. Jego ojciec i jej ojciec mieli umowę. Mae została w zasadzie wymieniona — oddana ich watasze w zamian za pomoc w rozwiązaniu problemów z włóczęgami, z którymi borykała się jej wataha. Kiedy była młodsza, Mae była piękna, pełna życia i chętna, ale odkąd ich córka wyprowadziła się nieco ponad rok temu, Mae zaczęła spać w osobnym pokoju.
Lou ledwie żywił wobec niej jakiekolwiek uczucia poza fizycznym pożądaniem, ale stracił resztki miłości, gdy stała się zimna i zdystansowana i zaczęła odrzucać jego zaloty. Nigdy by się do tego nie przyznał, ale rzadko bywał dla niej „miły” — używał jej ciała, jak chciał, a jeśli ona nie dostawała z tego satysfakcji, to był jej problem, nie jego. Coraz trudniej było mu się powstrzymać, kiedy samice bez partnerów wchodziły w ruję podczas pełni księżyca. Zawsze starał się wyjeżdżać służbowo w tych okresach, ale stawało się to coraz trudniejsze, a zimne prysznice już nie pomagały.
Sam widziała, jak strażnik zaczął ją gonić, i była zaskoczona, że tak łatwo się poddał. Ale była tak przerażona, że nie przestawała biec. Mniej więcej godzinę później zatrzymała się, żeby złapać oddech nad strumieniem, i napiła się wody. Wszystkie jej zmysły były wyczulone do granic, a gdy upewniła się, że strażnik jej już nie ściga, zjadła jabłko i banana, które ukradła z ciężarówki. Oba owoce były pyszne. Dawno nie jadła świeżych owoców, które nie byłyby przejrzałe. Nie jadła jeszcze nic tego dnia, a było już grubo po południu.
Właśnie skończyła ponownie pić wodę, kiedy coś usłyszała. Podniosła głowę i wciągnęła powietrze, kręcąc głową i poruszając uszami, próbując rozpoznać, co to jest i z którego kierunku nadchodzi. Nagle poczuła zapach Ralpha i jego kumpli. Na szczęście była za dużym krzakiem, nie zauważyli jej, a wiatr wiał w korzystnym dla niej kierunku. Słyszała ich głosy, gdy biegli w jej stronę. Podążali za jej śladami w ziemi, a tropiciel w wilczej postaci biegł z nosem przy ziemi.
Nie chciała stracić ubrań, które miała na sobie, ale słysząc, że się zbliżają, była tak przerażona, że po prostu się przemieniła i wskoczyła do strumienia. Dała się ponieść nurtowi w dół na jakieś sto metrów. Kiedy zobaczyła miejsce, gdzie trawa porastała brzeg prawie na poziomie wody, szybko się wdrapała na brzeg i rzuciła do biegu. Przebiegła przez drzewa po drugiej stronie i znalazła się na wielkim polu prawie całkowicie pokrytym pstrokatym barwinkiem. „Świetnie! To zamaskuje mój zapach!”
Skoczyła tak daleko, jak mogła, kilka razy, aż znalazła się niemal na środku pola, a potem położyła się i wytarzała w szczególnie gęstej kępie barwinka. Turlała się w kółko, wcierając go w mokre futro i upewniając się, że jest nim całkowicie pokryta. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie umierała ze strachu, że tropiciel zrozumie, co zrobiła, i znajdą miejsce, w którym wyszła z wody.
Żeby mieć pewność, że całkowicie zamaskuje swój zapach, przemieniła się i wytarzała w ludzkiej postaci, a potem znów się przemieniła. Wilcze zmysły działały lepiej i mogła szybciej biegać jako wilczyca. Przez kilka minut leżała nisko, przeszukując wzrokiem linię drzew, z uszami obracającymi się we wszystkich kierunkach, wypatrując i nasłuchując jakiegokolwiek znaku ich obecności. Gdy była w miarę pewna, że droga jest wolna, wstała i znów ruszyła biegiem.
Kiedy opuściła pole, nie mogła uwierzyć w swoje szczęście — znalazła kolejny odcinek asfaltowej drogi. Planowała trzymać się utwardzonych dróg tak bardzo, jak to możliwe, bo umiała czytać znaki drogowe i mogła ustalić, gdzie jest. Właśnie miała wyjść z lasu, kiedy usłyszała samochód jadący powoli drogą. Ukryła się za krzakiem rosnącym między dwoma drzewami i patrzyła, jak przejeżdża. To był strażnik ze sklepu na stacji!
Widziała, jak uważnie przeszukuje wzrokiem linię drzew, szukając jakiegokolwiek znaku lub zapachu. Obserwowała, jak powoli znika w oddali. Leżała na brzuchu jak najniżej, ukryta, dopóki nie zniknął z pola widzenia i nie poczuła się na tyle bezpiecznie, żeby opuścić osłonę drzew. Pobiegła drogą w tym samym kierunku, w którym pojechał, przez jakieś osiemset metrów, po czym znów skręciła w las po drugiej stronie drogi.
Biegła dalej, trzymając się lasu tak bardzo, jak to możliwe, uważnie sprawdzając, czy droga jest wolna, i przywierając do ziemi, kiedy musiała być na otwartej przestrzeni. Modliła się, żeby biegła we właściwym kierunku. Słońce stało wysoko na niebie, gdy uciekała, ale teraz, gdy dzień się kończył, starała się, żeby było za jej plecami.
Każdy dźwięk i ruch sprawiał, że serce biło jej szybciej niż nogi, gdy biegła, aż myślała, że padnie. Minęła farmę z jabłoniami, podniosła jedno jabłko z ziemi w pysk i pobiegła z powrotem pod osłonę pola kukurydzy, żeby je zjeść, zanim ruszyła dalej. Jabłko i banana, które zjadła wcześniej, spaliła kilka godzin temu, a dodatkowy wysiłek powodował, że znów czuła się słaba i głodna.
Kiedy zaczęło się ściemniać, temperatura spadała i Sam czuła, że słabnie. Zaczynały ją łapać skurcze w nogach i była tak zmęczona. Potrzebowała tylko chwili odpoczynku, a potem ruszy dalej. Poprzedniej nocy prawie nie spała i ciężko pracowała przez cały wczorajszy dzień — teraz to wszystko do niej dochodziło.
Sam biegła cały dzień i była wykończona. Kiedy natrafiła na coś, co wyglądało jak stara opuszczona stodoła, miała nadzieję, że znalazła suche, bezpieczne miejsce, gdzie mogłaby się ukryć przynajmniej na tyle, żeby przespać kilka godzin i może napić się wody. Leżała w wysokiej trawie i rozglądała się, żeby upewnić się, że nikogo w pobliżu nie ma. W oddali widziała słabe światło domu farmera, ale nie dostrzegała żadnego ruchu.
Skradała się powoli do przodu z nosem uniesionym w powietrze, wyszukując zapachu ludzi lub zwierząt, które mogłyby zdradzić jej obecność. Przy wejściu zobaczyła staromodną pompę do wody i modliła się, żeby jeszcze działała. Była też głodna, ale wątpiła, żeby znalazła tam coś do jedzenia. Teraz bardziej martwiła się o wodę i bezpieczne miejsce na odpoczynek. Była prawie pewna, że zgubiła swojego okrutnego wujka i jego ludzi na polu barwinka, i to dawało jej nadzieję, że może naprawdę jej się uda i wreszcie będzie wolna!
Mama Sam opowiadała jej, że pochodziła z watahy oddalonej o jakieś sto sześćdziesiąt kilometrów na wschód od terenów Red Moon, w miejscu, którego nazwa zawierała słowo „Lake”. Ale w rzeczywistości Sam nie miała pojęcia, dokąd zmierza. Wiedziała tylko, że nie jest w stanie znieść więcej znęcania się i złego traktowania ze strony wujka i jego okrutnej watahy.
Ostrożnie podeszła do stodoły i wsunęła głowę za krawędź drzwi, które nie domykały się do końca. Wyglądało na to, że zaklinowały się w ziemi i trawie, która wyrosła wokół nich. Wciągnęła głęboko powietrze, żeby upewnić się, że w środku nic i nikogo nie ma. Przepchnęła się do środka i rozejrzała po ciemnym wnętrzu. Wilczy wzrok naprawdę pomagał w ciemności. Widziała jakiś ciemny, masywny sprzęt zaparkowany na środku i domyśliła się, że to jakaś maszyna rolnicza.
Gdy upewniła się, że uda jej się tu przespać przynajmniej kilka godzin, przemieniła się i wyszła na zewnątrz do pompy. Na szczęście wciąż działała. Pompowała rączkę, aż woda stała się przezroczysta, i nabierała ją w dłonie, pijąc do syta.
Na szczęście nie było jeszcze zimy, a ciepło lata wciąż się utrzymywało, choć lekki wiatr, który przeczesywał jej długie ciemnobrązowe włosy, uświadomił jej, że powinna chyba spać w wilczej postaci dla ciepła. Szorty i koszulka, które wcześniej przywiązała do nogi, przemokły, gdy biegła przez strumień, i trzeba było je wysuszyć przed założeniem. Wróciła do wnętrza stodoły i rozejrzała się za miejscem, gdzie mogłaby powiesić mokre ubrania, a potem za miejscem do spania.
Niestety to była farma siana i na polach nie rosło nic jadalnego, ale znalazła stary koc, który pachniał jakimś zwierzęciem, którego nie potrafiła rozpoznać, przerzucony przez przegrodę z jednej strony stodoły. Po obu stronach stodoły znajdowały się cztery duże, prostokątne boksy, których przednie ścianki sięgały tylko do połowy wysokości.
Na jednym ze słupków wisiały na gwoździach cienkie skórzane paski, które przypomniały jej rzemienie, którymi Lou ją bił, więc odsunęła się od nich. Zauważyła drabinę prowadzącą na strych nad boksami. Rozważała wdrapanie się tam, żeby się ukryć, ale zdała sobie sprawę, że gdyby ktoś wszedł, byłaby tam uwięziona. W jednym z boksów w rogu leżało trochę siana, które nie śmierdziało ohydnie, więc chwyciła stary koc, owinęła się nim, a potem przemieniła się i położyła na sianie, opierając głowę na przednich łapach.
Była tak zmęczona, i choć żołądek burczał jej z głodu, nie był to pierwszy raz, kiedy musiała zasnąć głodna. Leżała, myśląc o tym, co zostawiła za sobą, i nie mogła być szczęśliwsza, ale wciąż bała się, że mogą ją znaleźć. Jej wujek był bezwzględny, a jego tropiciele byli pierwszej klasy.
Leżała, myśląc o swoim życiu — jakie było dotychczas i co teraz może być możliwe. Kiedyś słyszała, jak kobiety pracujące w kuchni rozmawiają o znajdowaniu swoich partnerów, i Sam zastanawiała się, czy kiedykolwiek znajdzie swojego. Niedługo skończy osiemnaście lat i wiedziała, że nigdy nie znalazłaby go w swojej watasze. Znała wszystkich samców bez partnerek — jeśli nie z wyglądu, to po zapachu. Większość z nich była albo okrutna wobec niej, albo śmierdziała. Marzyła o tym dniu od sześciu długich lat i czuła, jak dobrze jest wreszcie być wolną. Wkrótce zapadła w niespokojny sen.














































