
Patrzą na nas Książka 2
Autorzy
Lektury
108K
Rozdziały
30
Kolacja na zawsze
Laney
Wzdrygam się, gdy kolejna kropla czekoladowego szejka przecina powietrze. Ląduje prosto na brodzie Ace’a.
To pewnie bardzo się klei.
„Dajesz sobie tam radę?” – pytam z uśmiechem na ustach.
„Bawię się doskonale” – mówi Ace.
Sophie chichocze, chwytając brodę Ace'a swoimi małymi, brudnymi od czekolady rączkami. Ace śmieje się razem z nią. Jego oczy są pełne miłości i uwielbienia.
Moje serce rośnie ze szczęścia. Nigdy nie myślałam, że będę zdolna do tak wielkiego uczucia. Zaledwie sześć krótkich miesięcy temu moje serce było krwawiącym, zniszczonym wrakiem. Prawie dosłownie.
Rodziłam, a komplikacje przy porodzie sprawiły, że byłam bliska śmierci. Jakby tego było mało, byłam pewna, że ojciec mojego dziecka mnie porzucił. Myślałam, że wybrał sławę i fanki.
To był najtrudniejszy, najcięższy czas w moim życiu.
Ale teraz, patrząc na tę scenę, cieszę się z tego wszystkiego.
Stare winylowe podłogi i chromowane blaty w Roselli's Diner działają na mnie kojąco. Zapach ich słynnych burgerów i frytek miesza się w powietrzu ze starym rock'n'rollem z szafy grającej.
A co w tym wszystkim najlepsze?
Są tu ze mną wszyscy moi najbliżsi przyjaciele i rodzina.
Sophie znów się śmieje. A ja nie mogę wyjść z podziwu, że ta piękna mała dziewczynka to naprawdę moja córka.
Z drugiej strony lokalu wybucha ryk śmiechu. Reszta zespołu Vagabond wyje z radości. Declan kaszle i prycha. Resztki waniliowego szejka kapią mu z nosa i spływają po brodzie.
Dobrze, że zarezerwowaliśmy cały lokal.
Gwiazdy rocka zdecydowanie wiedzą, jak się dobrze bawić, ale bywają trochę…
…hałaśliwi.
Nawet ułożony i grzeczny Declan nie może przed nimi uciec.
Ace cicho się śmieje, kołysząc Sophie w ramionach.
„Grady pewnie założył się z nim, że nie wypije tego do góry nogami czy coś.”
„Dziwię się, że Declan w ogóle spróbował” – mówię.
„Chłopaki potrafią być bardzo przekonujący” – dodaje tajemniczo Ace.
Wrzucam frytkę do ust i patrzę, jak Grady klepie Declana po plecach. Kieran, brat Grady'ego, drwiąco macha resztą waniliowego szejka przed twarzą Declana.
Przez kilka ostatnich tygodni dowiedziałam się trochę więcej o pozostałych członkach zespołu Vagabond.
Grady jest perkusistą, a Kieran basistą. Są kuzynami Ace'a i Erica.
Co za utalentowana rodzina.
Addie wymyka się z zamieszania i podchodzi do nas. Wsuwa się na miejsce obok mnie.
„Hej, siostra” – mówię, częstując ją frytką. – „Masz dość ich wygłupów?”
Chwyta frytkę, przewracając oczami.
„Faceci” – parska. To jedyne wyjaśnienie, jakiego potrzebuje.
Addie przenosi uwagę na małą Sophie. Grucha do niej i robi śmieszne miny. Sophie ciągnie Ace'a za brodę, a drugą rączkę wyciąga do Addie.
„Chodź do cioci Addie, ty słodki szkrabie” – mówi Addie, tuląc Sophie w ramionach. – „Wdała się w ciebie” – mówi do mnie. Ma na myśli burzę truskawkowych włosów w odcieniu blond na głowie Sophie.
„Mam taką nadzieję” – mówi Ace. – „Nie chcę, żeby miała moją brzydką gębę.”
„Nie zgodziłabym się wyj—” – gryzę się w język – „—umówić z tobą, gdybyś był tak okropny, jak mówisz.”
Ups.
Prawie się wygadałam.
„Poza tym” – ciągnę dalej – „wyraźnie ma twoje oczy.”
Oczy Sophie są głębokie i czysto niebieskie.
Zupełnie jak u jej ojca.
Addie patrzy na nas dwoje podejrzliwie. Jednocześnie próbuje uniknąć ubrudzonych czekoladą rączek siostrzenicy.
„Zająknęłaś się?” – pyta mnie Addie.
Addie zawsze jest bardzo bystra w takich sprawach. To zarazem bardzo imponujące i bardzo denerwujące.
Kątem oka widzę, jak Ace puszcza do mnie oko.
„Jestem tylko trochę zmęczona” – mówię gładko. – „Małe dziecko. Sama wiesz, jak to jest.”
„Hmm.”
Mój telefon wibruje. To mąż pani Roselli.
Francesco
Wszystko jest gotowe, signora.
Francesco
Jest pani gotowa?
Laney
Gotowa jak nigdy dotąd!
„Signore Ace!” – woła pani Roselli zza lady. – „Czy mogłabym prosić, żebyś podszedł i mi w czymś pomógł, per favore.”
Ace wstaje ze swojego miejsca. Próbuje wytrzeć całą czekoladę z brody serwetką, ale bez skutku.
Moje serce zaczyna bić nierówno w piersi.
Zaczynamy.
„Zaraz wracam” – mówi. W jego głosie nie słychać nawet cienia tego, co ma się wydarzyć.
Kolejny ryk śmiechu chłopaków rozbrzmiewa w lokalu. Grady i Kieran z trudem łapią powietrze między wybuchami śmiechu. Declan wygląda wręcz żałośnie.
Eric rzuca nam spojrzenie. Nie musi nic mówić.
Pomóżcie mi, mówi jego wzrok.
Addie wzdycha.
„Zaraz wracam.”
Odbieram Sophie od siostry. Kołyszę ją w ramionach. Ścieram czekoladę z jej paluszków. Pochylam się, by szepnąć do córki.
„Jesteś gotowa na niespodziankę, Sophie?” – pytam.
Ona śmieje się i klaszcze w dłonie.
To dziecko to prawdziwy wulkan energii.
Mój własny mały promyczek słońca.
Trudno sobie wyobrazić, że ten dzień mógłby być jeszcze lepszy.
Ale już za chwilę tak właśnie będzie.
Ace
Pani Roselli prowadzi mnie do kuchni sprężystym krokiem.
Jestem pewien, że ta życzliwa starsza Włoszka jest jeszcze bardziej podekscytowana niż ja i Laney.
Przychyla się, by mnie przytulić. Składa dwa wielkie pocałunki na obu moich policzkach. W jej oczach błyszczą łzy. Sam też trochę się wzruszam.
Dobroć pani Roselli to coś znacznie więcej niż bycie miłą właścicielką knajpy. To opieka prawie jak u matki.
„Tak bardzo się z was cieszę” – mówi.
Francesco wchodzi do kuchni. Wygląda elegancko w swojej marynarce. Ze swoim masywnym krojem i srebrną podszewką, marynarka wygląda jak z minionego stulecia. Ale bardzo pasuje temu miłemu staruszkowi.
„Gotowy, signore?” – pyta mnie.
„Nigdy w życiu nie byłem na nic bardziej gotowy.”
***
Czekam w kuchni, a pani Roselli wchodzi do sali z gośćmi. Słyszę jej głośny głos. Próbuje zwrócić na siebie uwagę wszystkich.
„Proszę wszystkich o uwagę!” – woła. – „Signore Ace i Signora Laney przygotowali niespodziankę.”
W lokalu zapada cisza. Słyszę, jak pani Roselli majstruje przy szafie grającej.
Zaczyna grać wolna i nastrojowa ballada rockowa z lat pięćdziesiątych.
To mój sygnał.
Wychodzę z zaplecza. Francesco idzie u mojego boku. Mam na sobie marynarkę od smokingu. Ale nie bardzo to ukrywa mój zwykły T-shirt, podarte dżinsy i trampki Converse, które mam na sobie. Mimo to marynarka dodaje tej chwili trochę więcej wyrazu.
Pomaga też to, że została idealnie dopasowana do moich szerokich ramion.
Nie jest to do końca tradycyjny strój ślubny dla pana młodego.
Ale z drugiej strony, nic tutaj nie jest tradycyjne.
I właśnie tego z Laney chcemy.
Ona czeka na mnie z naszą córką w ramionach. Zamiast sukienki ma na sobie luźny biały sweter. A pani Roselli kładzie jej na głowie mały wianek z kwiatów zamiast welonu.
Laney odwraca się do mnie i wygląda idealnie. Nie potrafię wyobrazić sobie piękniejszego widoku.
Kiedy mija pierwszy szok, moi bracia z zespołu Vagabond krzyczą i wiwatują. Wielkie, głupawe uśmiechy na ich twarzach są prawie takie same jak mój.
Declan klaszcze z entuzjazmem. Addie trzyma się ramienia Erica. Po jej policzkach płyną łzy.
Ja i miłość mojego życia stoimy przy naszym „ołtarzu” przed szafą grającą. Trzymamy naszą córkę między nami.
Dociera do mnie jak przez mgłę, że Francesco czyta regułki ślubne. Jego głos brzmi, jakby był bardzo daleko. Mój cały świat to moja rodzina tuż przede mną.
Moja piękna żona i piękna córka.
Dopiero gdy Francesco odchrząkuje, wracam do rzeczywistości.
„Eee, tak?” – mówię.
„Twoja przysięga” – mówi łagodnie. Wszyscy wokół mnie się śmieją.
„Nie jestem dobry w przysięgach” – zaczynam. – „Piszę muzykę. Jakiś tekst piosenki czy dwa. Ale nic, co wymyślę, nie opisze tego, co do ciebie czuję, Laney.”
Łzy spływają po jej policzkach. Jej twarz lśni jak diament.
Francesco odwraca się do Laney. Ale ona nie musi nic mówić. Patrzymy sobie w oczy. Wszystko, co moglibyśmy powiedzieć, zostaje przekazane bez słów.
Francesco rozumie to i pomija formalności. Prawdopodobnie dał ślub kilku osobom podczas swoich lat świetności jako kapitan statku. Ale nikomu takiemu jak my.
„Czy ty, Ace, bierzesz Laney za swoją prawowitą żonę, aby być z nią na dobre i na złe, od tego—”
„Tak” – mówię.
„Tak” – powtarza Laney zaraz po mnie.
Nasz mistrz ceremonii się śmieje.
„Ogłaszam was mężem i żoną” – mówi z uśmiechem na twarzy. – „Możesz teraz pocałować pannę młodą.”
Całujemy się czule. Mała Sophie gaworzy, gdy się do siebie zbliżamy. Pocałunek jest delikatny i nieśmiały. I w ten prosty sposób moja rodzina jest pełna. W końcu jestem żonaty z matką mojego dziecka.
Trzymając się za ręce, odwracamy się do naszego małego kręgu przyjaciół.
Pani Roselli i Addie płaczą. Nawet Eric ma łzy w oczach. Grady, Kieran i Declan klaszczą i krzyczą, jakby od tego zależało ich życie. Prawdopodobnie wypili trochę płynnej odwagi.
Ten moment jest idealny. Chciałbym, żeby trwał wiecznie.
Wtedy szafa grająca zmienia piosenkę. Zaczyna grać stary utwór Chucka Berry'ego.
„Zaczynajmy tę imprezę!” – krzyczę.











































