
Wilki zachodu: Polowanie Księga 3
Autorzy
Lektury
69,7K
Rozdziały
26
Rozdział Pierwszy
Księga Trzecia: Łowczyni
Nie zamierzałam podpalić jej tronu. To się po prostu stało.
„Ty żmijo”, syknęła na mnie Najwyższa Przełożona. Ślina tryskała z jej ust, gdy odskoczyła i pospiesznie odsunęła się od płonącego krzesła.
Mayme chodziła po schodach prowadzących na platformę z tronem. Po raz pierwszy wbiła we mnie swoje surowe spojrzenie.
Chwilę wcześniej rzuciłam jej wyzwanie o tytuł. Wparowałam do ogromnej sali cała we krwi. Czułam ogromny ból po stracie i wielką wściekłość.
Różne istoty schodziły mi z drogi. Nikt nie miał odwagi zatrzymać dziewiętnastolatki z płomieniami na dłoniach.
„Zabiłaś moją matkę”, warknęłam. Mój głos był ochrypły i twardy.
Mayme uniosła głowę do góry, a jej oczy stały się jeszcze zimniejsze. „Nic takiego nie zrobiłam”.
„Twoje lekarstwo to była gówno prawda”, krzyknęłam. Ludzie stojący najbliżej wzdrygnęli się. Kilka osób odskoczyło z zaskoczenia. Zrobiłam krok do przodu. Tron Mayme zatrzeszczał, gdy płomienie stały się większe.
Tłum był niespokojny. Moje oskarżenie i złość Mayme sprawiły, że wielu ludzi zaczęło nerwowo przestępować z nogi na nogę.
Słyszałam ciche rozmowy. Plotki już zaczynały się rozchodzić, ludzie snuli domysły.
Niech sobie gadają. Niech plotkują. Niech opowiadają znajomym o płonącej dziewczynie i wielkiej wściekłości w jej pustym sercu. Niech patrzą, szepczą i oceniają.
Niech się zastanawiają, boją i wyśmiewają.
Mayme uśmiechnęła się, a ja poczułam ogień pod skórą.
„To nie moja wina, że nie podałaś Lili lekarstwa na czas”, powiedziała, używając imienia mojej matki. To brzmiało źle z jej ust, jak modlitwa kogoś, kto nie wierzy w Boga. „Powinnaś była się pospieszyć”.
Ogień wybuchł ze zdwojoną siłą. „W tej fiolce nic nie było, prawda?”
Uśmiech Mayme zniknął. Zastąpiło go pełne nienawiści spojrzenie.
„Nie możesz rzucić mi wyzwania o stanowisko Najwyższej Przełożonej, Morda. Zrzekłaś się prawa do tego tytułu przez Przysięgę Krwi. Złożyłaś ją na oczach wszystkich”.
Chwyciłam za kołnierz swetra i pociągnęłam go w dół. Chciałam, żeby zobaczyła czerwoną strzałę wyciętą na mojej skórze w dniu Ceremonii Mocy.
Ten znak potwierdzał moje prawo do rzucenia wyzwania i to, że mogę być liderką. Znak wciąż tam był.
„Mam do tego pełne prawo”, zagroziłam cichym głosem. „I wygram”.
„Złożyłaś Przysięgę Krwi”, warknęła Mayme, a jej rude włosy wysunęły się zza uszu.
„Złożyłaś mi obietnicę własną krwią”, mówiła dalej, a jej oko lekko drgnęło. „To bardzo poważna obietnica, której nie można łamać”.
„To też obietnica, której ona nigdy nie złożyła”. Patrzyłam zszokowana, jak Felix wstał ze swojego ciemnego tronu.
Król Wampirów spojrzał mi prosto w oczy. Dotrzymywał słowa i wspierał mnie, tak jak zawsze obiecywał.
„Jak śmiesz”, wściekła się Mayme. „Siadaj na miejsce…”
Felix uniósł smukłą dłoń. „Jestem królem, Mayme, i nie dam sobą rządzić”.
Mayme wykrzywiła wargi, pokazując okrutne, białe zęby. „Ja jestem Najwyższą Przełożoną”.
„Już niedługo”, odparł Felix, a na jego twarzy pojawił się uśmiech, ukazując błyszczące kły. „Morda nie złożyła tej Przysięgi Krwi, Mayme”.
Najwyższa Przełożona warknęła. „Lepiej ostrożnie dobieraj słowa, Felix. Mam moc, aby zniszczyć ciebie i twój opuszczony przez boginię klan brudnych…”
„To była moja krew”, syknął król z przerażającym uśmiechem.
Zgromadzone istoty westchnęły z niedowierzaniem, a potem zaczęły głośno rozmawiać w szoku.
Wampiry były najbardziej zaniepokojone. Pokazały kły i przyparły plecami do ściany. Zdały sobie sprawę z niebezpieczeństwa, na jakie naraził je ich przywódca. Gniew Najwyższej Przełożonej był czymś bardzo groźnym.
„Zdrajca!”, krzyknęła Mayme. „To jest zdrada tronu…”
„Którego tronu?” Tłum zamilkł w szoku, gdy piękna Królowa Dellare wstała. Jej smukłe ciało otulała ciemnoczerwona suknia zrobiona z błyszczących kryształów.
Jej skóra była mlecznobiała, a z głębokiego dekoltu sukni wylewały się piersi.
Królowa Sukkubów uniosła dół sukni, odsłaniając czarne szpilki.
Przerzuciła długie, blond włosy przez ramię. Zacisnęła pełne usta, pomalowane czerwoną szminką, tak ciemną, że wydawała się prawie czarna.
Mayme prawie trzęsła się ze złości. „Siadaj”, rozkazała.
Obecne sukkuby warknęły pod nosem. Nie podobało im się, że Mayme wydaje rozkazy ich królowej. Sama Dellare nie była tym w ogóle przejęta.
Po prostu zatrzymała się i uśmiechnęła. W jej pięknie było coś mrocznego i bezlitosnego.
„Służę tylko jednemu tronowi”, powiedziała Królowa Dellare łagodnym i spokojnym głosem. „Mojemu własnemu”.
„Rada…”
„Jest potężna”, wtrąciła Królowa Dellare. „Ale nie jest już sprawiedliwa”.
Mayme stała w pełnej złości ciszy. Patrzyła, jak królowa staje obok Felixa. To był jasny przekaz. Teraz istniały dwie strony.
Mayme odwróciła się z warknięciem do reszty Rady. Jej oczy wydawały się jeszcze bardziej okrutne, gdy płomienie z jej tronu odbijały się na jej twarzy.
„Kto jeszcze odważy się mnie zdradzić? Kto jeszcze odważy się zdradzić tę starożytną Radę?”
Moje spojrzenie od razu padło na Króla Inkubów, Boaza. Przystojny mężczyzna tylko się do mnie uśmiechnął. W jego oczach widać było psotę i chęć walki.
Król Boaz milczał. Tylko skinął głową w stronę Najwyższej Przełożonej, gdy spojrzała na niego z wściekłością. Usłyszałam, jak Królowa Dellare syczy pod nosem.
„Nie wystąpię przeciwko tej Radzie”, oznajmił dumnie Król Auberon. Jego czerwona twarz pokryła się plamami z powodu emocji.
„Być może, gdy inni odejdą, problemy mojego ludu zostaną w końcu zauważone”. Wróżki w tłumie zaczęły krzyczeć i wyrzucać w powietrze wielokolorowe pięści.
Auberon wydawał się zadowolony ze swojego przemówienia. Oparł się wygodnie na swoim potężnym tronie i skrzyżował szorstkie dłonie na dużym brzuchu.
Ostatnią osobą z arystokracji była Królowa Youtan, najmniej zaangażowana w sprawy grupy. Była to malutka kobieta. Zazwyczaj milczała i mówiła tylko wtedy, gdy ktoś ją o to poprosił.
Była Królową Duchów Ziemi i rządziła jednym z najstarszych klanów w cichy sposób. Skinęła głową, gdy Mayme na nią spojrzała.
„Głupcy”, warknął Felix. Jego oczy były mroczne. „Ona odbierze wam moc. Wykorzysta problemy waszego ludu przeciwko wam. Nie zyskacie nic dla swoich klanów, dopóki ta wiedźma sprawuje władzę”.
„Zaryzykuję”, powiedział z udawaną powagą Król Auberon. Tłum zaczął się śmiać. „Bardzo wątpię, żeby ona mogła zrobić coś lepszego”.
Zesztywniałam, gdy wskazał na mnie podbródkiem. W jego małych oczach widać było rozbawienie i poczucie wyższości. Sprawię, że pożałuje tego wyboru. Pożałuje, że mnie zignorował.
„Youtan?”, zawołała Królowa Dellare ostrym głosem.
„Nie mogę ryzykować spokoju mojego klanu tylko dla własnej opinii”, odpowiedziała cicho władczyni.
„Nie zapytasz mnie, czy dołączę?”, zapytał Król Boaz Królową Dellare. Na jego twarzy błąkał się leniwy uśmiech, gdy patrzył na swojego największego wroga. Sukkuby syknęły w odpowiedzi.
Zrobiłam krok do przodu. „Kiedyś powiedziałeś, że odbuduję ten świat z popiołów”, powiedziałam. Mój głos odbijał się głośnym echem od ścian. Patrzyłam, jak Król Boaz poruszył się na swoim miejscu. Szybko zerknął na Najwyższą Przełożoną.
„Masz już swoją grupę zdrajców, Uzurpatorko”, syknęła Mayme. „Zostaw go w spokoju”.
Nie mogłam.
Spojrzałam prosto w oczy inkuba. „Powiedziałeś, że chcesz zobaczyć nową królową”.
Przystojna twarz Króla Boaza stała się bardzo poważna. Po raz pierwszy wyglądał jak demon, którym przecież był. „Mówię wiele rzeczy, wiedźmo”, warknął.
„Tchórze płoną najszybciej”, zagroziłam. „Krzyczą, płaczą i moczą się w spodnie”.
Z trudem przełknął ślinę. „Małe dziewczynki nie powinny tak brzydko mówić”.
„Nie jestem już małą dziewczynką”, odpowiedziałam. Znów spojrzałam na Mayme. Wzięłam głęboki, urywany oddech. Ponownie poczułam ogromną pustkę w klatce piersiowej.
„Nie mam matki. Nie mam nikogo, kto chroniłby mnie przed tym dziwnym, okrutnym światem. Mam tylko swój ogień. Jeśli będę musiała, spalę każdego i wszystko, co będzie chciało mnie skrzywdzić”.
Usta Mayme drgnęły, a z jej gardła wydobył się głośny śmiech.
Zaczęła powoli klaskać. Przeszła się wzdłuż sceny. Potem wyciągnęła rękę i zgasiła płomienie na swoim tronie. Jej krzesło było w idealnym stanie.
„Myślisz, że ogień to najbardziej niebezpieczny żywioł?”, zapytała. Jej język wysunął się zza zębów.
„Myślisz, że Bogini uśmiecha się tylko do ciebie? Mylisz się, Uzurpatorko. Jestem Najwyższą Przełożoną od stuleci. Nie stracę tytułu na rzecz zepsutej pół-wiedźmy, która bawi się zapałkami”.
Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Najwyższa Przełożona wyciągnęła rękę i odcięła mi dopływ powietrza.
Krztusiłam się i dusiłam. Moje oczy robiły się wielkie, szczypały i łzawiły. Drapałam się po gardle, łapiąc płytkie i słabe oddechy.
Podeszła bliżej. Na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. „Tak mi przykro z powodu twojej matki, Morda. Tak mi przykro, że miałaś pecha być wychowywaną przez tak słabą kobietę”.
„Myślisz, że dlatego, że miewasz wybuchy mocy, możesz rozpalić ogień rękami i sprawić, że płomienie stają się ogromne, jesteś potężna?”
Poruszyła palcami. Udało mi się wziąć jeden głęboki oddech. Potem powietrze po prostu zniknęło i znowu zaczęłam się dusić. „Nie, nie”, szepnęła. „Moc to pełna kontrola”.
Wyrzuciłam ręce do przodu. W ślad za tym poszła linia ognia, gorąca i agresywna. Mayme machnęła ręką i wywołała podmuch powietrza, który całkowicie pochłonął moje płomienie. Skrzywiła wargi.
„Pozwolę ci rzucić mi wyzwanie”, ogłosiła Najwyższa Przełożona. Puściła mnie i odwróciła się do widowni.
„Pozwolę ci walczyć o mój tytuł. Choćby po to, by udowodnić, jak bardzo mylisz się co do swoich umiejętności i siły. Pozwolę ci walczyć, Morda Morano. Pozwolę ci zginąć z mojej ręki”.
Moja pewność siebie załamała się na krótką chwilę. Przez jedną sekundę nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jej oferta jest kusząca.
Umrzeć, uciec z tego dzikiego świata, z tego poplątanego życia. Umrzeć, znaleźć moją matkę, znów poczuć jej dotyk.
Ale wtedy przypomniałam sobie, że jestem kobietą bez serca. Nie miałam niczego, co pchałoby krew w moich żyłach.
Byłam wypełniona ogniem. Płomienie dawały siłę temu pustemu ciału. Ogień podtrzymywał chęć zemsty w moim brzuchu. Nie będę tęsknić za matką; będę dla niej walczyć.
„Podczas walki zabiję cię”, obiecałam. „Sprawię, że zrozumiesz, co to znaczy cierpieć”. Podeszłam bliżej, tak blisko, jak tylko się odważyłam.
„Poczujesz każdą sekundę bólu, Mayme. Nauczę cię, jak to jest, gdy skóra topi się na twoich kościach”.
W jej oczach była pogarda. A głębiej widać było też strach.
„Jeden miesiąc”, ogłosiła. „Miesiąc od dzisiaj, zaraz po pełni księżyca. Spotkamy się tutaj i będziemy walczyć o tytuł Najwyższej Przełożonej”.
„I przegrasz”, warknęłam. Poczułam dłoń na ramieniu. Odwróciłam się i zobaczyłam Felixa. Jego ciemne oczy patrzyły prosto w moje. Odwróciłam się z powrotem do wiedźmy i splunęłam pod jej nogi.
„Spłoniesz ty i wszystko, na czym ci zależy”.
Zaśmiała się. „Posłuchaj swojego przyjaciela, dziecko…”
„Nie jestem niczyim dzieckiem”, krzyknęłam. Poczułam silny ból głowy z tyłu czaszki. „Sama o to zadbałaś, ty jebana suko!”.
„Morda”, ponaglił Felix. „Musimy iść”.
Chciałam się wyrwać, ale jego uścisk był pewny i silny.
„Pozwoliłaś mi tam wrócić z myślą, że mam szansę. Dałaś mi nadzieję, a potem odebrałaś wszystko. Wyruchałaś mnie, Mayme. Przez to moja matka straciła życie”.
Zakrztusiłam się szlochem. Wściekłość mieszała się z żalem. Poczułam obrzydliwy smak w ustach.
Najwyższa Przełożona uśmiechnęła się. „Zrzuć winę za swoją porażkę na mnie, jeśli to ci pomoże, Uzurpatorko”.
Z moich ust wydobył się szalony śmiech. „Nie masz pojęcia”, wyplułam te słowa. „Nie wiesz, co zrobiłam ostatniej osobie, o której myślałam, że skrzywdziła moją matkę”.
W głowie wirowały mi obrazy Kale'a. Pamiętałam, jak krzyczał i rzucał się, gdy go paliłam. Podpaliłam jego dom i stopiłam zęby w jego ustach.
Oczy Mayme były ostre i zimne. „A ty nie masz pojęcia, co zrobiłam przez ostatnie stulecie, by utrzymać pozycję Najwyższej Przełożonej.
Jesteś młoda i głupia. Musisz się jeszcze wiele nauczyć o okrucieństwie życia i złych czynach, które brudzą ręce”.
Wyciągnęłam ręce przed siebie. Podniosłam je, by wszyscy mogli zobaczyć ślady krwi.
„Czego ja nie wiem o złych czynach?”, zapytałam ją. „Czego nie wiem o błędach, które brudzą ręce na czerwono?”.
„Wystarczy”, warknął znów Felix. Pociągnął mnie mocno, żebym ruszyła z miejsca. Królowa Dellare podniosła suknię i szybko się odwróciła. Zaczęła nas wyprowadzać z sali balowej.
Odwróciłam się. Zobaczyłam wściekłą Mayme, która zaciskała dłonie w pięści. „Nie wybaczę wam tego!”, krzyknęła.
„Jeśli jej się nie uda, wy dwoje też poniesiecie porażkę. Jeśli nie zdoła mnie zabić, powieszę wasze trupy nad waszymi tronami!”.
Przez tłum przeszedł szmer. Wampiry i sukkuby poruszyły się nerwowo. Nie wiedziały, czy zostać pod ochroną wielkiej Rady, czy iść za swoimi zbuntowanymi przywódcami.
Mayme podjęła tę decyzję za nich. Zatrzasnęła ciężkie, podwójne drzwi, gdy tylko przez nie przeszliśmy.
Upadłam kilka kroków dalej. Zderzyłam się z kamienną podłogą, a powietrze uciekło mi z płuc. Felix warknął. Wciąż trzymał mnie za ramię. Zwinęłam się w kłębek. Poczułam ogromny ból w głowie.
„…szaleństwo”, mówiła Królowa Dellare. „Musimy być kurwa nienormalni, Felix. Jak mogliśmy pomyśleć, że ta nastolatka będzie w stanie…”.
„Musimy iść dalej, Morda”, poganiał mnie Felix. „Musimy znaleźć bezpieczne miejsce. Zanim Mayme się uspokoi i ruszy za nami.
Może i obiecała pojedynek, ale wiesz, ile warte jest jej słowo. Zabije cię przed walką, jeśli tylko będzie miała okazję”.
„I nas też”, syknęła Dellare.
„Sama podjęłaś taką decyzję, Dellare”, warknął Felix.
Wzięłam głęboki oddech przez nos i wypuściłam go ustami. To nie pomogło mi się uspokoić. Nie zmniejszyło też ognia płonącego w mojej klatce piersiowej.
Czułam, jak ogień nagrzewa moją skórę, a moje mięśnie zaczynają drżeć z zimna.
Miałam zaraz spalić się żywcem.
„Co jej dolega?”, dopytywała Dellare.
Felix spojrzał na nią ze złością. „Dlaczego myślisz, że jestem ekspertem od czarów?”.
„Nic mi nie jest”, mruknęłam. Skrzywiłam się, gdy ciepło pulsowało pod moją skórą. Z trudem wstałam. Zimne ręce Felixa wykonały większość pracy, by mi w tym pomóc.
Szliśmy szybko korytarzami. Prowadziła nas zachwycająca Dellare. Światło pochodni odbijało się od jej sukni. Skupiałam na niej wzrok, bo widziałam coraz gorzej.
„Czas spierdalać stąd w cholerę”, powiedziała Dellare. Jej piękna twarz wykrzywiła się ze złości.
Przestałam iść i gwałtownie zatrzymałam całą grupę. Dellare przewróciła oczami i przeklęła. Skrzyżowała ręce na piersi, gdy Felix rzucił jej gniewne spojrzenie.
„Co jest?”, warknął Felix, delikatnie mnie ciągnąc.
„Nie wyjdę stąd bez nich”, powiedziałam twardo.
Felix nawet się ze mną nie kłócił. Wiedział, że to nie ma sensu. „Dellare, idź po tę pyskatą wiedźmę od drzew. Spotkamy się przy schodach za dziesięć minut”.
Królowa nie odpowiedziała. Po prostu odwróciła się i zniknęła w ciemnościach.
„Kto pierwszy?”, zapytał Felix. W jego oczach widziałam głębsze znaczenie tego pytania.
„Grant”, odpowiedziałam, patrząc mu w oczy.
Wampir skinął głową. Położył dłoń na moim łokciu i poprowadził mnie korytarzem. Narzucił własne tempo.
Z trudem dotrzymywałam mu kroku. Moje ciało i umysł były bardzo zmęczone. Trudno zapanować nad ciałem, gdy czujesz się, jakbyś nie był już w jego środku.
Czułam, że schodzimy w dół. Na początku lekko, a potem bardzo stromo. Król Wampirów mocno mnie trzymał. Krew z mojej skóry wycierała się o jego białe dłonie.
Nie odzywał się przez całą drogę. Kazał mi tylko się pochylać, gdy sufit stawał się niższy.
Zrobiło mi się niedobrze, gdy powietrze się zmieniło. Stało się wilgotne i pełne smrodu zgnilizny. Pachniało śmiercią, rozkładającym się ciałem i pleśnią.
Miałam odruchy wymiotne. Zauważyłam, że Felix bardzo zesztywniał od kiedy tu weszliśmy. Jego węch był znacznie czulszy od mojego.
Weszliśmy do całkowicie ciemnego i cichego korytarza. Oprócz naszego oddechu słyszałam tylko ciche kapanie wody i niski jęk.
Włoski na moich ramionach i karku stanęły dęba. Felix poszedł do przodu, wciągając mnie w kompletną ciemność.
Nic nie widziałam. Nawet własnych dłoni przed sobą. Szłam przed siebie w ciemno, potykając się co chwilę.
Felix szedł pewnie. Podejrzewałam, że jego oczy są stworzone do patrzenia w nocy. Moje szczypały i nic nie widziały.
„Morda”. Głos Granta rozległ się w ciemności. Odbił się od kamiennych ścian i podłogi. Zadźwięczał między śliskimi, metalowymi prętami wokół każdej celi. Pospieszyłam do przodu. Prawie się przewróciłam, ale Felix pociągnął mnie w górę.
„Grant!”, krzyknęłam ochrypłym głosem. „Gdzie…”
„Cicho”, warknął Felix. Szarpnął mnie za ramię, żeby mnie uciszyć. „Nie jesteśmy tu sami”.
Mój żołądek ścisnął się ze strachu. Moje oczy próbowały dostrzec choćby mały punkt światła.
Ta ciemność była czymś nienormalnym i przerażającym. Wydawała się zła. Miało się wrażenie, że pochłonie cię w całości, jeśli choć na chwilę zapomnisz, że masz grunt pod nogami.
Felix lekko dotknął moich ramion. Skierował mnie w inną stronę, po czym zrobił krok w tył. „Jest w tej celi”, szepnął do mnie, znikając za mną w ciemności.
Wzięłam głęboki oddech i wyciągnęłam rękę przed siebie. Potem wezwałam kilka małych płomieni na dłoń.
Mój wzrok od razu się rozmazał. Światło raziło moje wrażliwe oczy. Zamrugałam kilka razy. Gdy oczy się przyzwyczaiły, zaczęłam zauważać małe detale otoczenia.
Podłoga była mokra. Kamienie pod stopami były lekko wilgotne. Było też bardzo brudno. Ziemia była pokryta błotem, gruzem i chyba krwią. Zrobiłam krok do przodu i zobaczyłam kraty.
Pokrywała je gruba warstwa brudu. Wyglądały tak, jakby nie były czyszczone od dnia, w którym postawiono je w tym okropnym miejscu.
„Wróciłaś”.
Rzuciłam się na kraty. Wsadziłam rękę do środka, oświetlając malutką celę.
Grant lekko warknął. Skulił się i schował twarz w zgięciu łokcia. Zwijał się na ziemi, ukryty w najdalszym rogu swojej celi.
Jego białe włosy, ubrania i jasna skóra były bardzo brudne.
W celi nie było łóżka do siedzenia, ubikacji ani koca do przykrycia. Był tylko kamień i żelazo w wilgotnej, zimnej ciemności.
Kucnęłam. Złapałam się jedną ręką za kratę. W drugiej ręce zmniejszyłam płomienie, żeby oczy Granta mogły przyzwyczaić się do światła.
Musiałam pamiętać, że przebywał tu przez większą część tygodnia. Zadrżałam na samą myśl o tym.
„Grant?”. Zobaczyłam, jak jego ciało drży na dźwięk jego imienia.
Bardzo powoli ciało Granta się wyprostowało. Jego ramiona uniosły się z dumą, którą znałam. Odwrócił się przodem do mnie. Jego mocna szczęka napięła się, gdy podniósł twarz.
Mrugał szybko. Pocierał oczy, gdy raziło go światło z mojej dłoni.
Kiedy już przywykł do blasku, kiedy podniósł głowę i spojrzał mi w oczy, mogłabym przysiąc, że przez ułamek sekundy poczułam bicie mojego serca.
„Wiedźmo”, wypuścił z siebie powietrze. Jego głos drżał, a jasne oczy napełniły się łzami.
Miałam ściśnięte gardło. Oczy mnie szczypały, gdy zaczęłam płakać. „Wilku”, zawołałam, wsuwając drugą dłoń przez kratę.
Grant natychmiast ruszył w moją stronę. Rzucił się na kraty i wpadł w moje ramiona. Wystawił ręce na zewnątrz celi, żeby mnie objąć.
Trzymałam go mocno. Nie dbałam o to, że moje mięśnie bolały od niewygodnej pozycji.
Nie dbałam o chłód metalu na twarzy, ani o wilgoć na ziemi, która wsiąkała w moje ubranie.
Miałam go.
I tylko to miało znaczenie.
Kiedy Grant się odsunął, trzymał moją twarz w dłoniach. „Jestem na ciebie w kurwę zły”, powiedział, a jego policzki były mokre od łez. Wziął drżący oddech. „Ale też tak kurwa szczęśliwy, że tu jesteś”.
Wyrwał mi się krótki, urywany śmiech. „Przepraszam”.
„Twoja mama?”, zapytał. W jego głosie brzmiała nadzieja i wyczekiwanie.
Opuściłam wzrok, a on zrozumiał. Zrozumiał wszystko bez słów. Jego palce mocniej złapały moją twarz, gdy oparłam się o kraty.
Pocałował mnie w czoło. Jego palce wplotły się w moje włosy. Czułam wielką złość, która się w nim gotowała. Jego wściekłość była tak samo duża jak moja.
„Ona za to zapłaci”, mruknął do mnie. To była obietnica.
„Nie chcę wam przeszkadzać”, powiedział leniwie Felix. „Ale musimy uratować jeszcze jednego chłopaka i nie mamy dużo czasu”.
Grant puścił mnie. Podniósł się z ziemi, lekko się chwiejąc na nogach. Próbował to ukryć. Próbował schować fakt, że jest taki słaby. Widziałam jednak, jak łapie się krat i widziałam brak pewności na jego twarzy.
Widziałam też siniaki na jego szyi i ciemne żyły.
Ditra też spłonie.
„Jak go stamtąd wyciągniemy?”, zapytałam, szukając zamka na kratach. Nic tam nie było. Więzienie wyglądało tak, jakby zostało zbudowane od razu wokół Granta.
Podniosłam płomień i odwróciłam się do Felixa. Jego oczy były ukryte w cieniach oczodołów. „Poprosimy strażnika”, stwierdził. Zauważyłam, że brzmiał na bardzo przestraszonego.
„A kto pilnuje cel?”, zapytałam.
Felix zadrżał, a ja wiedziałam, że mamy kłopoty. „Janus”.
„Janice?”, powtórzył Grant ze słabym śmiechem. „Kto pilnuje cel? Jakaś sześćdziesięcioletnia baba?”.
„Janus”, powtórzył z powagą Felix. Omiatał wzrokiem ciemny korytarz. „To stwór, który nie należy do żadnego klanu”.
Grant opierał się o kraty, a jego ciało było bardzo słabe. Udawał jednak twardziela i próbował ukryć osłabienie za sztuczną odwagą.
„Nie mów mi, że mamy jeszcze więcej magicznych istot na głowie. Chcesz powiedzieć, że istnieją też stwory, które nie należą do klanów?”.
To była dla mnie nowość.
Felix pokiwał głową z powagą. „Te istoty pracują dla nas albo przeciwko nam. Nie wiem, po jakiej stronie jest Janus”.
„Więc czym on jest?”, zapytał Grant łamiącym się głosem. Złapałam jego dłoń przez kraty.
Król Wampirów nie uśmiechnął się. „Musicie ocenić to sami”.
Felix przeszedł w ciemność. Jego kroki były bardzo ciche. Usłyszałam dźwięk uderzeń i cichy jęk. Po chwili wampir wrócił, trzymając w dłoni metalowy kubek.
Grant i ja patrzyliśmy, jak Felix mocno ściska kubek. Trzymał go tak silnie, że kości w jego palcach zrobiły się bardzo białe.
Kubek uderzał w kraty, gdy Felix przejechał nim po nich trzy razy z bardzo smutną miną.
Dźwięk był okropny. Ciemne miejsce wypełnił głośny, wysoki hałas, od którego bolały uszy. Skrzywiłam się i mocno ścisnęłam rękę Granta, dopóki to się nie skończyło.
Hałas obudził innych więźniów. Ludzie zaczęli krzyczeć z niezadowoleniem w różnych językach.
Moje gardło się ścisnęło, gdy w więzieniu znowu zapanowała cisza.
„Może się nie udało”, szepnęłam. Płomienie w mojej dłoni zaczęły drżeć, tworząc długie cienie na ścianach.
Patrzyłam na nasze dziwne cienie. Szczególnie na swój. Zaczęłam dostrzegać w nim siebie. Zobaczyłam w nim coś mrocznego i pełnego zła.
„Wezwaliście mnie”.
Płomień w mojej dłoni całkowicie zgasł.
Grant mocno ścisnął moją dłoń. Przyciągnął mnie bliżej krat. Poczułam, jak Felix podchodzi i kładzie dłoń na moim łokciu. Czułam jego oddech na mojej twarzy.
Dostałam gęsiej skórki, a włosy na ciele stanęły mi dęba. Próbowałam wyrzucić z siebie strach i znowu rozpalić płomień.
Inny, dużo głębszy głos zapytał: „Czego potrzebujecie?”.
Głos Felixa nie zadrżał. „Tego więźnia”, powiedział twardo. „Musicie go wypuścić”.
„Z czyjego rozkazu?”, zapytał pierwszy głos, dużo bliżej niż wcześniej. Był tak blisko, że poczułam powiew powietrza na szyi. Grant warknął, a dźwięk ten odbił się echem od ścian.
Skądś z głębi korytarza usłyszałam czyjś pisk.
„Z mojego”, rozkazał Felix.
Głębszy głos zaczął się śmiać.
Ogień znowu zapalił się w mojej dłoni. Pojawiło się trochę światła, które zjadło część ciemności. Zamachałam ręką na boki. Próbowałam zobaczyć potwora czającego się w ciemnym mroku.
„Nie mogę tego zrobić”, szepnął pierwszy głos.
„Naprawdę nie mogę”, zgodził się drugi.
Grant znów warknął. „Wypuśćcie mnie kurwa stąd”, zażądał. W jego głosie słychać było strach.
Oba głosy zaczęły się śmiać. Jeden brzmiał nisko z gardła, a drugi wysoko, prosto z nosa.
Felix się spiął. „Jestem królem…”
„Wiem, kim jesteś”. Pisnęłam, gdy z ciemności wyłoniła się twarz. Była na tyle blisko, że mogliśmy dostrzec rysy, ale nie było widać ciała.
Mężczyzna miał długą i chudą twarz. Wielkie, brzydkie uszy, smutne oczy i duży, okrągły nos.
Oczy mężczyzny były żółte. Lekko mętne po wielu latach w ciemnościach. Uśmiechnął się, pokazując brązowe, bardzo popsute zęby. „Król Wampirów”, ogłosił.
Mężczyzna wycofał się w cień. Sekundę później pojawiła się nowa twarz. Ta była podobna, choć oczy miała większe i obwisłe, a nos chudy i krzywy.
Miał wredne usta. Jego uśmiech sprawiał, że przechodził mnie dreszcz.
„Wiem też, kim ty jesteś”, zaburczał. Był to właściciel niskiego głosu. „Uzurpatorka”, stwierdził. „Wiedźma od ognia”.
„Puść go”, rozkazałam. Z trudem próbowałam zachować spokój.
Felix syknął, gdy mężczyzna podszedł do przodu. Światło z mojej dłoni pokazało, jak on wygląda. Prawie nie miał włosów. Zostały mu tylko małe kępki w różnych kolorach. Widziałam też kawałki suchej i zniszczonej skóry.
Szyja mężczyzny była bardzo, ale to bardzo gruba. Jego ciało było chude i zgarbione, mięśnie małe, a skóra prawie przezroczysta.
Kiedy mężczyzna obrócił głowę, prawie zwymiotowałam. Omal nie zemdlałam i prawie krzyknęłam. To był ten sam potwór, obie twarze połączone z jednym ciałem.
Mężczyzna obrócił potężną głowę i znowu pokazał nam pierwszą twarz, tę z bardzo wysokim głosem.
„Wiem też, kim on jest”, drażnił się.
Stwór nagle odwrócił głowę. Wyglądało to tak, jakby dwie strony walczyły o to, kto będzie widziany i słyszany. „Wiem, kim on jest. Biały Wilk. Wilkołak, który ma wielkie rodzeństwo, ale zero rodziny”.
Poczułam, jak dłoń Granta staje się wiotka w mojej. Odwróciłam się i zobaczyłam strach na jego twarzy.
Mężczyzna chrząknął, gdy odezwała się ta druga twarz. „Widzę wszystko, Grant Ryder. Widzę, co jest przede mną i za mną. Widzę przeszłość i widzę przyszłość”.
„A-ale jak…”, wyjąkał zszokowany Grant.
Twarz mówiąca niskim głosem znów odwróciła się w naszą stronę. Od jego śmiechu całe moje ciało wypełnił wielki strach.
„Widziałem, jak odeszli twoi rodzice. Widziałem, jak próbowałeś złapać się uciekającej matki. I widziałem, jak płaczesz za swoim twardym ojcem”.
„Wystarczy”, krzyknął głośno Felix. „Wypuść…”
Janus gwałtownie się poruszył. Kontrolę przejęła jego druga twarz. „Widziałem przyszłość, Biały Wilku. Widziałem na twoich rękach krew twojej siostry. Zobaczyłem wielką złość w oczach twojego brata”.
„Pierdol się”, warknął Grant. Brzmiał bardzo dziko i drapieżnie.
Obie twarze zaśmiały się w tej samej chwili.
Wciągnęłam z sykiem powietrze, gdy druga twarz pojawiła się tuż przede mną. Była tak blisko, że mogłam zobaczyć żyłki w jej oczach i poczuć mokrą i zimną skórę. „A ty”, pociągnął nosem, „w tobie widzę radosną przeszłość”.
„I bardzo smutną przyszłość”, szepnął pierwszy głos.
Zrobiłam dwa razy większy ogień na mojej dłoni. „Wypuść go”, zażądałam. „Bo jak nie, widzę w twojej przyszłości wielki ogień”.
Twarze zniknęły i stopiły się z ciemnością.
Szybko się obróciłam, wyciągając rękę, by poszukać ich w ciemności. Felix zrobił to samo. Przykucnął lekko, czekając, aż stwór pojawi się znowu.
„Co nam w zamian dacie?”, zapytał głęboki głos.
„Co możecie oddać?”, dodał drugi.
„Czego w ogóle chcecie?”, krzyknęłam, cały czas szukając stwora wzrokiem.
Janus syknął w odpowiedzi, pojawiając się na skraju mojego pola widzenia.
Odwróciłam się i podniosłam rękę, żeby oświetlić mężczyznę. Cofnął się i widziałam tylko brzegi jego ciała i twarzy. Najdalsze elementy.
„Zgubiłem pewnego więźnia”, przyznał się wysoki głos z lekkim wstydem.
„Oglądałem jego przeszłość przez zbyt długi czas”, zaburczał ten drugi.
„Nie zobaczyliśmy, co się stanie”, rzekł pierwszy.
„Mieliśmy go tutaj od tak dawna”, powiedziała twarz z głębokim głosem, wykrzywiając okrutne usta. „Miał tak wiele wspomnień do zobaczenia. Żył tak wiele lat”.
„Bardzo bym chciał, żeby znowu do mnie trafił”, oznajmił wysoki głos. „Bo doskonale wiem, że ma złą i okrutną przyszłość”.
„I złą przeszłość”, zgodził się niski głos.
„Kogo?”, naciskał Grant. Zaczęli się śmiać. Grant głośno warknął. „O kim wy w ogóle mówicie?”.
Zamknęłam oczy. „O moim ojcu”.
„Jedyny wilkołak na długie, długie lata”, narzekał gruby głos. „Miał tak wiele starych wspomnień. Jako dorosły człowiek, a także jako wilk”.
Poczułam dłoń Granta na swojej. Czułam jego pytające spojrzenie i znowu wyczułam jego złość. To była moja wina. To przez moje działania był taki wściekły.
To przeze mnie nadal nie wiedział, że mój ojciec mnie znalazł. Że znalazł moją matkę pod sam koniec jej bardzo krótkiego życia.
„W porządku”, zgodził się Felix. Wyciągnął dłoń do stwora. „Oddamy wam starego więźnia w zamian za tego”.
„W żadnym wypadku”, rzuciłam ostro. Szybko odwróciłam się w stronę Króla Wampirów.
Felix skrzywił na mnie usta. „Beznadziejny ojciec czy może jednak Grant?”.
Moje usta otworzyły się same ze zdziwienia.
„To jest niesprawiedliwe”, mruknął cicho Grant. „Ten staruszek nie ma z tym żadnych szans”.
Spojrzałam gniewnie na mojego rzekomego sojusznika. „Mówisz mi, żebym skazała mojego ojca na życie w tak wielkiej ciemności. Na długie życie pełne bólu i wielkich cierpień”.
Czarne oczy Felixa zabłysły w mocnym świetle ognia. „To twoja matka dokonała takiego bardzo trudnego wyboru”.
Nic nie powiedziałam.
„Bardzo dobrze”, zahuczał najniższy głos. Usłyszałam stukanie. Odwróciłam się i spojrzałam, jak kraty celi Granta zaczynają uciekać. Weszły całkowicie w kamień i szybko zniknęły.
Grant wszedł do środka najszybciej, jak potrafił. Odwrócił się bokiem, by jeszcze szybciej wyjść z klatki.
Kiedy tylko kraty zniknęły, objął mnie. Przytulił mnie tak mocno, że lekko mnie uniósł. Moje palce u stóp ledwo dotykały ziemi, gdy schowałam twarz w jego szyi.
Wdychałam jego zapach. Był on jednak prawie niewyczuwalny przez brud na jego skórze i okropny smród ubrań.
„Nigdy więcej mnie nie zostawiaj, wiedźmo”, mruknął przy mojej skórze. Na moim ciele pojawiła się gęsia skórka.
„Zobaczymy się bardzo niedługo”, powiedział wysoki głos.
Felix dotknął moich pleców, przez co Grant odruchowo warknął. Król Wampirów go zignorował. Zamiast tego położył na nas dłonie i zaczął wyprowadzać z więzienia.
Nagle jakaś dłoń wysunęła się po ziemi i złapała mnie za kostkę. Szarpnęła na tyle mocno, że upadłam na kolana.
Grant warknął. Odwrócił się do ataku, ale ja pierwsza pomachałam płonącą dłonią w stronę osoby, która mnie złapała.
Rozległ się przestraszony syk, gdy stwór cofnął się gwałtownie. Pokazał małe, ostre zęby i zasłonił oczy zielonym ramieniem. „Pomóż mi”, powiedział ochrypłym głosem. „Wyciągnij mnie”.
Poszliśmy dalej.
Cieszyłam się, gdy zaczęliśmy iść pod górę. Kiedy zobaczyłam światła przed nami, prawie zaczęłam biec. Zgasiłam płomień w dłoni dopiero wtedy, gdy byliśmy w jasnym miejscu.
Grant zatrzymał się. Pociągnął mnie za rękę, bym też się zatrzymała i przyciągnął mnie do siebie.
Felix przez chwilę się zawahał, a jego twarz była spięta. Potem rozluźnił się i poszedł dalej za zakręt, żeby dać nam chwilę dla siebie.
Ręce Granta były na mojej twarzy i w talii. Lekko przyciskał mnie do siebie. „Chcę wiedzieć o wszystkim, co się stało. Chcę też wiedzieć, dlaczego zostawiłaś mnie na dole tych schodów”, mruknął.
Zadał to pytanie lekko, ale widziałam zdradę w jego oczach. Słyszałam, jak głęboko go zraniłam.
„Kiedy będziemy bezpieczni, porozmawiamy”, obiecałam.
Przez długą chwilę patrzył mi w oczy. Potem złapał moją twarz obiema rękami. Wsunął palce w moje włosy i mocno mnie pocałował.
Moje ciało nagle ożyło. Objęłam go za szyję i przytuliłam się mocniej. Całowałam go z całą siłą, jaka mi jeszcze została.
Kiedy się odsunęliśmy, brakowało nam tchu. Oboje byliśmy pełni złości, bólu i miłości. Złapał moją dłoń, a drugą ręką nadal głaskał mnie po policzku. „Jeśli chodzi o twoją matkę…”
„Nie”, ostrzegłam go i odsunęłam się lekko.
Trzymał mnie mocno. Zmusił mnie, żebym spojrzała w jego jasne oczy. „Twoja matka”, powtórzył. Jego głos ścisnął mój żołądek i sprawił, że zalała mnie fala winy i żalu. „Nie zasłużyła na śmierć”, powiedział.
„A ja pomogę ci przejść przez ten ból, Morda. Dam ci przestrzeń, jeśli tego potrzebujesz.
Ukarzę każdego, na kogo wskażesz. Będę płakał z tobą, gdy będziesz płakać. Będę cię wspierał, jeśli nie jesteś gotowa, by się rozsypać”.
„Grant…”
Jeszcze nie skończył. „Ale kiedy już się rozsypiesz, kiedy wszystko pójdzie w cholerę…”. Przytulił mnie mocno, a jego oczy błyszczały ze łzami.
„Kiedy będziesz tym wszystkim załamana i poczujesz, że jesteś sama, pamiętaj, aby spojrzeć za siebie, Morda. Bo ja zawsze tam będę. Będę zbierał kawałki, które po sobie zostawisz”.
Spojrzałam w dół, a mokre włosy opadły mi na twarz. Grant założył moją grzywkę za ucho. Pocałował mnie w czoło, nie zważając na krew, brud i pot, które tam były.
Przyciągnął mnie do swojego boku. Jedną ręką mocno objął mnie w pasie.
Czułam pewność w jego obietnicy. W tym momencie czułam się tak, jakby to on trzymał mnie w jednym kawałku.
Pomyślałam o jego obietnicy zbierania kawałków, gdy się rozsypię. Pomyślałam o zniszczeniach, o których wiedziałam, że nadejdą.
To nie będą tylko kawałki.
To będzie popiół.
A naprawa nie będzie możliwa.

















































