
Królewskie Dziedzictwo 4: Blask księżyca na wodzie
Autorzy
Lektury
607K
Rozdziały
64
Malinowe lody
Księga 4: Światło księżyca na wodzie
KNOX
„Tylko nie zaczynaj, tato”, mruknąłem, wychodząc z biura.
Wypuścił głośno powietrze. Szykował się na to samo kazanie, które słyszałem już setki razy.
„Po prostu nie rozumiem, dlaczego upierasz się, żeby tracić na to czas”.
„Alto, odpuść”, rozległ się głos mojej mamy, gdy dołączyła do nas w holu domu stada.
„Jesteś dla niego zbyt pobłażliwa, Fiono. Musi skupić się na byciu alfą, a nie spędzać cały swój czas na zabawie z deskami surfingowymi”, warknął tata, ignorując dłoń, którą do niego wyciągnęła.
„Mogę skupić się na obu rzeczach i wcale się nie bawię”.
Nie było sensu ponownie bronić przed nim mojego biznesu surfingowego. Nigdy nie słuchał.
Nie miało znaczenia, jak bardzo rosły moje zyski. Nie liczyło się, ile magazynów i programów zachwycało się moimi deskami. Nawet poparcie celebrytów nie robiło na nim wrażenia.
Moja firma nigdy nie będzie dla niego wystarczająco dobra, tylko dlatego, że nie była to firma rodzinna. Kiedy skończyłem osiemnaście lat i przejąłem rolę alfy, wszyscy oczekiwali, że zostanę też prezesem naszej rodzinnej korporacji.
Ale zamiast liczyć cyferki, poszedłem do szkoły artystycznej. Założyłem własną firmę produkującą deski surfingowe na zamówienie. Pięć lat później byliśmy na liście Fortune 500, a zawodowi surferzy z całego świata pływali na moich deskach.
Byłem dumny z tego, co zbudowałem, a moje stado mnie wspierało. Ale dla mojego taty to wszystko nie miało znaczenia.
Bez względu na to, ile miałem lat i jak duży sukces odniosłem, nigdy nie przyznałby się do błędu. Nigdy nie porzuci swojego marzenia o tym, żebym to ja prowadził rodzinną firmę, zamiast przekazać ją młodszemu rodzeństwu.
Skoro nic się nie zmieniło przez ostatnie dziesięć lat, wątpiłem, że kiedykolwiek to nastąpi.
„Jadę do biura. Clay i Dover są w pobliżu, jeśli czegoś potrzebujesz”, powiedziałem. Zatrzasnąłem ojcu drzwi domu stada przed nosem i ruszyłem w stronę samochodu.
Pojechałem do siedziby firmy, a mój umysł utknął we mgle frustracji. Budynek znajdował się zaledwie kilka przecznic od Samoa Beach.
„Dzień dobry, panie Greystone”, zaszczebiotała recepcjonistka. Była stanowczo zbyt radosna jak na tak wczesną porę.
Większość moich pracowników to byli ludzie. Nie mieli pojęcia, że jestem wilkołakiem i alfą. Oferowałem też staże członkom stada, którzy interesowali się sztuką lub biznesem. Wielu z nich zatrudniałem zaraz po studiach.
Utrzymanie tej równowagi było trudne, ale jak dotąd działało.
„Dzień dobry, Alicio”. Skinąłem głową, czekając na windę.
Przeciągnąłem kartę i wjechałem na piąte piętro.
Megan z ochrony przywitała mnie, gdy wysiadałem. „Dzień dobry, Alfo”.
Była studentką biznesu i należała do mojego stada.
„Cześć, Megan. Jak wygląda dzisiejszy dzień?” zapytałem.
„Wszyscy czekają na pana w sali konferencyjnej. Kawa się leje, szefie, a nastroje dopisują”, powiedziała z uśmiechem, idąc obok mnie.
„Dzięki. Życz mi szczęścia”, mruknąłem. Nie byłem zachwycony kolejnym długim spotkaniem z facetami w garniturach.
Wszedłem do sali konferencyjnej. „Dzień dobry wszystkim. Zaczynajmy”, powiedziałem, od razu przechodząc do rzeczy.
Cztery godziny później spotkanie w końcu dobiegło końca, a ja mogłem uciec. Alistair, mój wilk, krążył i skakał w mojej głowie przez cały ranek. Moja cierpliwość się kończyła.
Nie chciał mi powiedzieć, o co chodzi. To wkurzało mnie jeszcze bardziej. Wyminąłem resztę ludzi i przeszedłem kilka przecznic na plażę.
Zdjąłem eleganckie buty i skarpetki, pozwalając stopom zapaść się w piasek. Alistair zaczął wyć w mojej głowie, a ja od razu dostałem bólu głowy.
„Co jest do cholery?” warknąłem.
„Przeznaczona!” szczeknął.
„Słucham?” zapytałem z kamienną twarzą.
Nie byłem pewien, czy dobrze go usłyszałem. Czy on naprawdę właśnie powiedział „przeznaczona”?
Minęło ponad dziesięć lat, odkąd byliśmy wystarczająco dorośli, by spotkać naszą przeznaczoną. Szczerze mówiąc, prawie już się poddałem. W stadzie było mnóstwo potencjalnych lun, a mój tata od lat naciskał, żebym którąś wybrał.
Zacząłem węszyć. Desperacko chciałem znaleźć to, co tak bardzo podekscytowało Alistaira. Plaża była zatłoczona. Wszędzie byli ludzie, trochę wilkołaków. Wszyscy cieszyli się pierwszym prawdziwym dniem lata.
Przyspieszyłem kroku. Omiatałem wzrokiem każdą twarz i każdą grupę. Szukałem tego, co sprawiało, że mój wilk dosłownie drżał z ekscytacji.
Wtedy to do mnie dotarło. Najbardziej kuszący, odurzający zapach, jaki kiedykolwiek czułem.
Przypominał rześkie morskie powietrze zmieszane z malinowymi lodami. Był słodki, ostry i niemożliwy do zignorowania. Nie potrafiłem wyjaśnić, jak lody mogą w ogóle pachnieć. Nie wiedziałem też, dlaczego jej zapach tak bardzo różnił się od zwykłej kalifornijskiej bryzy oceanicznej.
Wiedziałem tylko, że to doprowadza mnie do absolutnego szaleństwa.
Czas po prostu się zatrzymał, kiedy ją zobaczyłem. Była drobna. Naprawdę malutka, nawet jak na człowieka.
Mogła mieć co najwyżej metr pięćdziesiąt wzrostu i ważyć z pięćdziesiąt kilogramów. Jej włosy były w najjaśniejszym odcieniu blondu, jaki kiedykolwiek widziałem. Spływały po jej plecach jak wodospad, który łapał każdy promień słońca.
Jej skóra wyglądała na miękką i jasną, prawie jak świeży śnieg. A potem, jakby czuła, że się na nią gapię, odwróciła się.
Wtedy zobaczyłem jej oczy. Były lodowatoniebieskie, tak jasne, że prawie wydawały się nierealne. Jej spojrzenie spotkało się z moim, a jej oczy rozszerzyły się w szoku.
Odwróciła się tak szybko, że ledwie zdążyłem zareagować. Zniknęła w tłumie. Ale ja już uchwyciłem jej zapach. Nie było mowy, żebym pozwolił jej uciec.
Poruszała się po piasku, jakby unosiła się w powietrzu, a nie szła. Nie była wilkołakiem, ale nie była też tylko człowiekiem.
Wszystko w niej było tajemnicą. Nie potrafiłem zdecydować, czy to mnie przeraża, czy ekscytuje.
„Czekaj!” krzyknąłem. Ale ona już wyrywała się z tłumu i biegła prosto do lasu.
Nawet nie zwolniła, gdy wślizgnęła się między drzewa rosnące na skraju plaży.
Pobiegłem za nią z bijącym sercem. Byłem jednak zbyt wolny. Jej zapach zaprowadził mnie do małej zatoczki ukrytej w drzewach. Była dokładnie tam, gdzie piasek spotykał się z oceanem.
Przeszukałem wszystko, a nawet sprawdziłem wodę. Miałem nadzieję, że zaraz wynurzy się z kąpieli czy coś. Ale ona po prostu… zniknęła.
Alistair zaskomlał w mojej głowie. Krążył i kopał w piasku, jakby mógł ją w jakiś sposób znaleźć, gdyby tylko wystarczająco się postarał. „Zgubiliśmy naszą przeznaczoną”.
Usiadłem w miejscu, gdzie las spotykał się z piaskiem. Czekałem tak długo, że słońce zaczęło chować się za horyzontem.
„Wszystko w porządku, Alfo?” Głos Claya pojawił się w mojej głowie. Mój beta i młodszy brat zawsze sprawdzali, co u mnie.
„Znalazłem moją przeznaczoną”, mruknąłem. Nie byłem pewien, czy chcę krzyczeć, czy się śmiać.
„Stary, to świetnie!” Clay brzmiał na stanowczo zbyt szczęśliwego.
„I ją zgubiłem”.
„Że co?” Brzmiał na zdezorientowanego. Szczerze mówiąc, przez to miałem ochotę czymś rzucić.
„Uciekła ode mnie i po prostu zniknęła”. Nie mogłem powstrzymać naburmuszonej miny, nawet we własnej głowie.
„Uciekła?” Czy on w ogóle mnie słuchał?
„Nie jest wilkołakiem. Nie wiem, kim jest”, przyznałem. Czułem się bardziej zagubiony niż kiedykolwiek.
„Znajdziesz ją, Knox. Przeznaczeni nie mogą długo pozostawać w ukryciu. Zwłaszcza, gdy już się spotkaliście. Wkrótce znów do siebie traficie”. Clay zawsze był optymistą.
Westchnąłem, ale nie zawracałem sobie głowy odpowiedzią. Zamiast tego zmusiłem się do wstania z miejsca. Rozpocząłem długi spacer z powrotem do samochodu.
Clay i moja siostra Jenna znaleźli swoich przeznaczonych zaraz po ukończeniu osiemnastu lat. Moja najmłodsza siostra, Meredith, wkrótce skończy osiemnaście lat. Była przekonana, że jej chłopak jest jej przeznaczonym. Ja nie byłem tego taki pewien.
Mój tata nigdy nie rozumiał, dlaczego po prostu jeszcze nie wybrałem sobie partnerki. On wybrał moją mamę, gdy miał dziewiętnaście lat i wciąż nie znalazł swojej przeznaczonej.
Ich związek był głównym powodem, dla którego nie chciałem godzić się na wybraną partnerkę. Mój tata był zimny i bezduszny, nawet dla swojej własnej partnerki.
Wiedziałem, że mama szukała pocieszenia u innych mężczyzn. Dokładnie tak samo, jak mój tata u innych kobiet. Ale nikt nigdy o tym nie rozmawiał.
Nie chciałem tego dla siebie, dla mojej przeznaczonej ani dla mojego stada. Skoro moje rodzeństwo mogło znaleźć swoich przeznaczonych, ja też mogłem.
Dąsałem się przez całą drogę do samochodu. Pojechałem z powrotem do domu stada, nie mając nastroju do rozmów z kimkolwiek.
Miałem przeczucie, że ten kiepski nastrój utrzyma się przez jakiś czas. A przynajmniej do momentu, gdy znów zobaczę moją tajemniczą, srebrnowłosą przeznaczoną o niebieskich oczach.













































