
Wybrani 4: Zabrani
Autorzy
Lektury
293K
Rozdziały
27
Śledzona
Księga 4: Porwana
SADE
Sade zazwyczaj nie miała nic przeciwko samotnym powrotom w nocy. Jej dom nie znajdował się daleko od pracy i czuła się dość bezpiecznie. Szczekanie okolicznych psów i przejeżdżające samochody dotrzymywały jej towarzystwa.
Ale to zaczęło się zmieniać.
Zaginięcia. Pojawiało się coraz więcej historii o kobietach znikających z ulic Kolonii.
Próbowała wmówić sobie, że to pewnie tylko media znów sieją panikę. Jednak ten strach trudno było zignorować. Czuła na karku niepokój, który zmuszał ją do oglądania się za siebie.
Zrobiła to ponownie, ale zobaczyła tylko latarnie i cienie. Sade ciaśniej owinęła się swetrem i przyspieszyła kroku. Jej obcasy głośno stukały o chodnik.
Było chłodno. Ulica była pusta. Ale w domach po obu stronach świeciły się światła, co przynosiło jej ulgę. Widziała w nich poruszające się sylwetki. Z oddali dobiegał pisk tramwaju na torach.
Gdyby miała więcej pieniędzy, mogłaby pojechać taksówką. Gdyby miała lepszą pracę, miałaby więcej pieniędzy. Gdyby miała lepszą pracę, nie musiałaby pracować w nocy i potrzebować taksówki!
Szkoda gadać.
I tak była już prawie w domu. Jej serce zabiło szybciej na myśl o relaksie na wygodnej kanapie. Wyobrażała sobie kieliszek taniego wina i włączony telewizor. W jej głowie ten obraz był ciepły i bezpieczny. Ciepły, bezpieczny i wspaniały.
Aż do jutra, kiedy będzie musiała zrobić to wszystko od nowa.
Znów poczuła niepokój na karku.
Odwróciła się i zamarła. Cień. Jakaś postać. Błysk światła na klamrze paska. Wzięła głęboki wdech i odwróciła wzrok. Przesunęła torebkę, aby móc ją mocno przytulić do piersi.
Kroki.
W razie potrzeby mogła zrzucić buty na obcasie. Była wysoka i miała długie nogi. Biegała jak urodzona sprinterka. Ktoś musiałby mieć świetną kondycję, żeby ją dogonić.
Kroki nie ustawały.
Z jej ust ulatniała się lekka mgiełka oddechu. Jej serce biło jak szalone. Powstrzymała się przed kolejnym spojrzeniem za siebie.
Nie dawaj mu powodu...
Z ulgą skręciła za róg. Teraz była na swojej ulicy, a jej czerwone drzwi rzucały się w oczy. Sięgnęła do torebki po klucze. Jakaś postać wyłoniła się z cienia po jej lewej stronie. Sade stanęła jak wryta, a serce podeszło jej do gardła.
Wtedy zobaczyła, kto to był.
„A, to ty”.
„Co się stało?” – zapytał Leo, a jego oczy błyszczały w świetle pobliskiej latarni.
Sade obejrzała się przez ramię. Jeśli ktoś za nią szedł, to już zniknął.
Westchnęła. „Nic... nic takiego. To tylko moja głupia wyobraźnia”.
Zaśmiała się nerwowo.
Podeszła po schodkach do swoich drzwi. Czuła się lepiej, wiedząc, że nie jest sama. Klucze zadźwięczały w jej dłoni, gdy otwierała zamek. Zamarła. Leo stał za nią niczym mur. Był bardzo cichy i nieruchomy.
„Ale co ty tutaj robisz? Skąd... skąd wiesz, gdzie mieszkam?”
Nie odpowiedział.
Klamra jego paska błysnęła w świetle. Za późno zorientowała się w sytuacji. Jej oczy otworzyły się szeroko. Serce skoczyło jej do gardła, gdy rzuciła się do środka. Właśnie kiedy próbowała zatrzasnąć drzwi, Leo zablokował je stopą.
Wszystko zwolniło.
Sade zachwiała się do tyłu, gdy z ogromną siłą pchnął drzwi. Jej torebka i jeden z butów poleciały w powietrze, a ona upadła z głuchym uderzeniem na podłogę. Musiała uderzyć się w głowę. Na chwilę pociemniało jej przed oczami, a potem światło znów ostro zabłysło.
O dziwo, nie czuła bólu. Jednak trudno było jej się poruszyć.
Co tu się do cholery stało? Usłyszała trzaśnięcie zamykanych drzwi. Zapaliły się światła. Wtedy Leo stanął nad nią. Nie. On nad nią górował. Wyglądał na zirytowanego. Złego. A może nawet wściekłego. Jego ramiona były mocno spięte.
Leo. Była z nim tylko na trzech randkach. Wyraźnie widać, że to był błąd. Znajomy znajomego.
Sade zdołała usiąść. Nadal nic ją nie bolało. Jednak czuła w głowie ciężar, a jej plecy były niepokojąco sztywne. Jej ręce drżały, gdy próbowała odsunąć się od niego. Leo obserwował ją swoimi przerażająco bystrymi oczami.
„Dlaczego nie odbierałaś moich telefonów? Wiesz, że to niegrzeczne”.
Sade nic nie powiedziała. Nadal odsuwała się do tyłu. Jakby to miało w czymkolwiek pomóc. Jakby mogła uciec. Poczuła pod dłonią coś mokrego. Podniosła rękę i zobaczyła czerwień. Jej dłoń drżała, gdy dotknęła tyłu głowy i znalazła tam więcej krwi.
„Jestem ranna” – wykrztusiła. „Zrobiłeś mi krzywdę”.
Siła w jej rękach nagle zniknęła i znów opadła na plecy. Leo stał nad nią. Dopiero wtedy Sade zdała sobie sprawę, jak bardzo był duży. Był wysoki. Miał tak szerokie ramiona, że aż napinały jego koszulę. Jego dłonie były masywne. Jedna z nich mogłaby z łatwością objąć całą jej szyję.
„Mogłem być dobrym chłopakiem. Mogłem cię uszczęśliwić. Ale nie dałaś mi szansy. Żadna z was nie daje mi szansy!” Jego głos odbił się echem od ścian.
Protesty Sade uwięzły jej w gardle. Leo złapał ją za koszulę i z przerażającą siłą szarpnął do góry. Jej kolana się ugięły. Bezradnie drapała go po klatce piersiowej, gdy wziął ją na ręce.
Jego ciężkie kroki dudniły na schodach. Sade próbowała drapać go po ramionach, ale była dziwnie słaba. Naprawdę mocno uderzyła się w głowę. Sufit zaczął wirować. Żołądek podszedł jej do gardła. Musiała zebrać w sobie wszystkie siły, żeby nie zwymiotować.
Przeszedł przez półpiętro. Sade poczuła w sobie resztkę sił i zamachnęła się pięścią. Leo w porę cofnął głowę. Wszedł do jej pokoju. To, skąd wiedział, że to jej sypialnia, było przerażające.
Czy on ją obserwował?
„Błagam... proszę... Nie możesz tego zrobić!”
Postawił ją na nogi i zamknął za sobą drzwi na klucz. Jakby ktokolwiek miał przyjść jej z pomocą. Mieszkała sama. Nie znała swoich sąsiadów.
Sade zachwiała się, a jej kolana się ugięły. Złapała się za głowę. Przed oczami zrobiło jej się ciemno. Kiedy upadła, jej kolana uderzyły o podłogę.
„Boli mnie głowa. Tak bardzo. Muszę jechać do szpitala. Leo, proszę, muszę jechać do szpitala!”
„Powinnaś być dla mnie milsza”.
Podszedł do łóżka i ściągnął z niego koc. Sade skupiła wzrok na drzwiach. Próbowała zmusić się do ruchu. Z krzykiem zdołała stanąć na nogach. Niestety, Leo już tam był. Złapał ją za ramię i pociągnął w stronę łóżka. Pchnął ją na materac. Sade upadła na plecy, a jej głowa z hukiem uderzyła o ścianę. Z jej gardła wydobył się stłumiony dźwięk, a obraz przed oczami zaczął wirować.
Zapadła ciemność.
Może jej się to śniło. Jednak trudno było cokolwiek wiedzieć. Trudno było o czymkolwiek myśleć. Wkrótce jej wzrok skupił się na suficie. Było ciemno. Przez okno wpadał blask księżyca.
Sade skrzywiła się, czując potężny ból głowy. Sięgnęła do tyłu, żeby jej dotknąć. Krew nie była już mokra. Czuła jednak zaschnięte ślady. Następnie dotknęła swoich ust. Próbowała zerwać taśmę, która zaklejała jej wargi.
„Mam coś dla ciebie”.
Sade gwałtownie usiadła. Z płytkim sapnięciem opadła z powrotem na łóżko, gdy ból głowy przeszył jej całe ciało. Ciemna postać poruszyła się. Światło księżyca odbiło się w oczach Leo i w czymś, co trzymał w dłoni.
Szklanka wody.
„Zapalę ci światło”.
Sade odsunęła się, gdy włączył lampkę nocną. Uśmiechał się. Podawał jej szklankę i kilka tabletek na swojej wielkiej dłoni. Sade wpatrywała się w niego. Puls dudnił w jej skroniach. Czuła, jak bicie jej serca roznosi się po całym ciele.
O Jezu. O Jezu. O Jezu.
Sade nagle pomyślała o swojej matce. Tęskniła za nią tak bardzo, że czuła ból w klatce piersiowej. Od lat nie myślała o niej z taką siłą. Ale teraz jej potrzebowała. Bardziej niż kiedykolwiek w swoim trzydziestopięcioletnim życiu. Do gardła napłynęły jej łzy. Próbowała je przełknąć, ale i tak spłynęły po jej policzkach.
„Nie płacz”. Wyciągnął w jej stronę tabletki. „To na głowę. Znalazłem je w szufladzie w kuchni”.
Sade sięgnęła do taśmy na ustach.
„Och, oczywiście! Ale ze mnie głupek”.
Odłożył szklankę i tabletki na stolik. Sade cofnęła się, gdy sięgnął ku niej swoimi wielkimi dłońmi.
„Chcesz, żebym to zdjął, czy nie?” – zapytał szorstko.
Sade zmusiła się do pozostania w bezruchu. Trudno było jej oddychać. Czuła się, jakby się dusiła. Przez nos nie wpadało jej wystarczająco dużo powietrza. Wpadała w panikę. Wbiła palce w pościel. Spuściła wzrok. Nie mogła spojrzeć mu w oczy, gdy powoli odklejał taśmę z jej głowy.
Gdy tylko taśma zniknęła, Sade wzięła głęboki wdech. Zanim jednak zdążyła krzyknąć, Leo zakrył jej usta dłonią. Popchnął ją na łóżko i wszedł na nią, siadając okrakiem. Jego twarz była wściekle czerwona. Miał zaciśnięte zęby, a jego zwężone oczy wyglądały dziko.
„Bądź cicho!” – syknął. „Co do cholery jest z tobą nie tak!”
Sade krzyczała prosto w jego dłoń. Rzucała głową na boki. Wierciła się całym ciałem. On jednak naparł na nią całym swoim ciężarem, aż ledwie mogła oddychać. Z tego powodu jej głowa krzyczała z bólu. Wyrzuciła w górę ramię i zdołała przejechać paznokciami po jego twarzy.
Bardzo mu się to nie spodobało.
W jego niebieskich oczach zapłonął gniew. Coś ciężkiego uderzyło w jej twarz. Ogień przeszył jej policzek i szczękę. Dopiero po chwili zorientowała się, że uderzył ją w twarz.
Wpatrywała się oszołomiona w sufit. Ból spłynął po jej szyi i eksplodował z tyłu głowy. Leo ciężko oddychał. Czuła ciężar jego ciała. Wydawało się, że jego rozmiar i siła wypełniają cały pokój.
Uniósł jedną rękę, gotowy uderzyć ją po raz drugi.
„Spróbuj znowu krzyknąć, a zrobię ci krzywdę” – syknął. „Naprawdę zrobię ci krzywdę. A wcale tego nie chcę!”
Sade mogła jedynie skupić się na oddychaniu. Rozpaczliwie próbowała powstrzymać łzy, ale spływały jej po policzkach potokiem. Szloch uwiązł w jej gardle.
„Nie musisz płakać, Sade” – powiedział cicho. Zmarszczył brwi i opuścił rękę. „Naprawdę nie musisz”.
Delikatnie złapał ją za podbródek, odwracając jej twarz.
„Przepraszam. Ale jeśli po prostu będziesz robić to, co mówię, możemy się dogadać”. Uśmiechnął się. „Moglibyśmy się dogadać bardzo dobrze. Masz”.
Wstał z łóżka i podniósł tabletki. Ponownie wyciągnął do niej szklankę.
Sade usiadła. Jej serce waliło w gardle, a głowa potwornie pulsowała. Zacisnęła dłonie na pościeli.
Ich spojrzenia się spotkały.
W życiu pojawia się tak niewiele szans...
Leo opuścił szklankę, gdy rzuciła się na niego z krzykiem. Zamierzała z nim walczyć. Nawet kiedy płynęły jej łzy. Nawet kiedy ból głowy promieniował na całe jej ciało, wysysając z niej siły i sprawiając, że się chwiała.
Pojawiło się więcej bólu. O wiele za dużo bólu. Jej krzyki zamieniły się w stłumione jęki, sapanie i błagania. Poczuła smak krwi. Przez jej szczękę przepłynęło więcej ognia. Przez jej oczy, nos i wnętrzności. Ogień był wszędzie. Było go tak dużo, że jej ciało przestało go odróżniać. Czuła tylko pięści i buty Leo. Widziała jego dzikie oczy. Wiedziała też, że leży na podłodze, zwinięta w kłębek.
Leo coś mówił. Czuła krew na swojej twarzy. Miała ją w ustach. Każdy urywany oddech był jak gwóźdź. Gwóźdź, który drapał ją po płucach w górę i w dół. Nie mogła złapać odpowiedniej ilości powietrza.
Wkrótce Leo przerwał atak. Zrozumiała to jednak dopiero po kilku chwilach. Kucał obok niej. Używał jej pudełka chusteczek, by delikatnie zetrzeć krew i łzy z jej twarzy.
„Mówiłem ci” – powiedział cicho. „Mówiłem ci”.
Sade zamknęła oczy.










































