
Litość Diabła
Autorzy
E. J. Lace
Lektury
2,6M
Rozdziały
61
Nie chcę.
Miłosierdzie
Stoję tu, z dłonią na zimnej metalowej klamce, wiedząc co zaraz nastąpi. Muszę wejść. Muszę poprosić o pomoc. Zbieram w sobie odwagę, by otworzyć drzwi i powiedzieć, że potrzebuję wsparcia. Nie ma wyjścia. Pcham więc metalowe drzwi i wchodzę do środka.
Dźwięki jęków i stęknięć przypominają mi, dlaczego nie przepadam za tym miejscem.
Mijam pierwsze trzy pomieszczenia, odliczając je w myślach.
Pokój socjalny.
Charakteryzacja.
Kostiumy.
Jeszcze tylko dwa pokoje dzielą mnie od biura mamy. Tylko dwa.
*Łup!*
Sapię zaskoczona, wpadając na coś twardego jak skała. Otwieram oczy i ledwo powstrzymuję się przed upadkiem na podłogę biura.
Mężczyzna, na którego wpadłam, pojawia się w polu widzenia, gdy prostuję się. Ma ciemne włosy i oczy. Wygląda na wkurzonego i zirytowanego.
Ma na sobie tylko czarny ręcznik owinięty wokół bioder, a jego ramiona i klatka piersiowa pokryte są kolorowymi tatuażami.
Jest bardzo wysoki i rzuca na mnie duży cień, gdy siedzę na podłodze.
– Czy możesz uważać, gdzie leziesz? Albo przynajmniej zejść z drogi? – mówię ze złością, czując się zawstydzona.
Jeszcze bardziej się denerwuję, wycierając wodę z twarzy brudną ręką.
– I lepiej się wytrzyj! – mówię, patrząc na niego gniewnie, zanim wstaję. On milczy jak zaklęty.
Patrzy na mnie od stóp do głów, jakby próbował coś rozgryźć. Ale zanim zdążę odsunąć się od tego irytującego typka, dostrzegam tatuaż stracha na wróble po lewej stronie jego szyi.
Widziałam to już wcześniej. Wtedy było inne. Mniejsze. Nie.
To były tylko cienkie czarne linie. Niektóre już niewyraźne i wyblakłe, bo zostały źle zrobione, jakby ktoś użył szpilki na spoconej skórze pod złym kątem.
Pamiętam, kiedy ostatnio to widziałam. Znacznie mniejszy chłopiec, nieprzytomny na szarym betonie.
Krew sącząca się z ran, które wciąż znajduję.
– Ty... – zaczynam mówić, ale potem kręcę głową. To nie może być on. To po prostu kolejny tatuaż.
Ten wygląda lepiej. Czystsze linie. Większy. Wyraźniejszy. Ten ma kolor. Wygląda ciekawiej.
Obchodzę go i docieram do drzwi biura mojej matki. Oglądam się za siebie, sama nie wiem dlaczego. Właściwie mnie to nie obchodzi.
Ale mimo to, patrzę za siebie.
On wciąż tam stoi, nieruchomy jak zatrzymana gra wideo.
Jego głowa lekko porusza się na boki i widzę białe linie jego mięśni, podkreślone przez niebieskie, czarne i żółte tatuaże. Różne kształty, różne style, różne kolory. Szkoda, że taka ładna sztuka jest na nim.
Sięgam po klamkę do biura mamy, obserwując jak odchodzi. Nic nie mówi, nie przeprasza. Po prostu odchodzi, każdy krok brzmi, jakby był zły na podłogę. Jego drzwi się zamykają, a ja robię to samo. Opieram się o drzwi i biorę głęboki oddech.
Wreszcie cisza.
Biuro mamy jest ciche i nie ma okien na plan. To jedyny znośny pokój w tym miejscu.
Kiedy otwieram oczy, widzę solidne drewniane biurko mamy i wszystkie nasze zdjęcia przypięte wokół niego.
– Dlaczego moje zdjęcie z balu maturalnego jest tym, które oprawiłaś? To z zespołem jest o wiele lepsze – mówię cicho. Wzdycham, widząc paczkę papierosów na jej biurku. Od lat próbuję ją namówić, żeby rzuciła palenie.
Pozwalam mojej torbie opaść na podłogę i siadam na jednym z dębowych krzeseł przed biurkiem. Szafki z aktami obok mnie wydają się znacznie wyższe niż kiedy byłam małą dziewczynką.
Wyciągam krzesło i siadam.
– Ech, nie chcę tu być – narzekam.
Odchylam głowę do tyłu i zamykam oczy, próbując się zrelaksować. Bycie na planie zawsze mnie denerwuje. Mój niepokój znacznie się tu nasila.
Zanim zdążę się choćby wygodnie ułożyć, drzwi otwierają się gwałtownie i wielkie blond włosy mojej mamy wpadają do środka. Krzyczy radośnie.
– O mój Boże, moja kochana! – wrzeszczy, ściskając mnie bardzo mocno.
– Co ty tu robisz?! Tak się cieszę, że cię widzę! Czemu nie powiedziałaś, że jesteś w mieście? O rany, spójrz na siebie! Moja słodka dziewczynka dorosła.
Moja mama dużo mówi, gdy jest podekscytowana. Myśli na głos - tak rozumie swoje myśli.
– Mamo, nie mogę oddychać – udaje mi się powiedzieć.
Puszcza mnie, a ja biorę głęboki oddech. Odkąd mama powiększyła sobie piersi - znowu - nie czuje, jak mocno ściska, a są bardzo twarde.
– Mercy, kochanie, co za miła niespodzianka! – Przesuwa dłońmi po moich ramionach i uśmiecha się.
Jej długie różowe paznokcie chwytają moje dłonie. Czuję ciężar jej biżuterii na paznokciach. To niesamowite, że może cokolwiek zrobić z tymi paznokciami.
Kiwam głową i uśmiecham się. – Ja też tęskniłam, mamo. Dobrze cię widzieć.
Przez chwilę milczymy, zanim mama znów zaczyna mówić.
– Więc, kochanie, co tu robisz? Przecież nienawidzisz planu. – Nie puszcza mnie. Jej paznokcie wciąż wbijają się w moje dłonie.
– Czy nie mogę odwiedzić swojej mamy, kiedy chcę?
Próbuję uniknąć odpowiedzi. Nie chcę jeszcze o tym rozmawiać. Dopiero co przyjechałam. Nie mogę zacząć wyjaśniać, dlaczego wróciłam tu z tak daleka.
– Możesz, ale tego nie robisz. Minęły lata, odkąd wróciłaś do domu. Coś się stało? Wszystko w porządku, kochanie? – pyta.
Niebieskie oczy mojej mamy błyszczą, nawet w jaskrawym świetle biura.
– O rany, siostra! – Moja bliźniaczka, Cami, wpada do pokoju, krzycząc radośnie jak nasza mama.
Ma na sobie tylko bikini zrobione z cukierków i różowe szpilki. Jej blond włosy są tak jasne, że prawie świecą.
– Ubierz się, Cami. Proszę. – Odsuwam się, gdy próbuje mnie mocno przytulić.
– Daj spokój, Mercy. To nie tak, że jestem naga. A nawet gdybym była, jesteśmy bliźniaczkami. Byłyśmy w tym samym łonie – mówi.
Porusza rękami, jak małe dziecko proszące, żeby je podnieść, próbując nakłonić mnie, żebym podeszła bliżej.
– Nie rozmawiajmy o tym, dobrze? – Wkładam ręce do tylnych kieszeni, z dala od niej.
– Co tu w ogóle robisz? – pyta Cami, krzyżując ramiona.
– Mogę odwiedzać, kiedy chcę – mówię, próbując uniknąć odpowiedzi.
Wiem, że moja nagła wizyta jest zaskoczeniem. Powinnam była wymyślić jakąś historyjkę albo coś, żeby uniknąć tej niezręcznej sytuacji. Nie przemyślałam tego. To był błąd.
Telefon w biurze dzwoni, dając nam chwilę przerwy w rozmowie. – Proszę – mówię do mamy, wiedząc, że wciąż ma pracę do wykonania, czy jestem tu, czy nie.
– Chwileczkę, kochanie. – Uśmiecha się szeroko, sięgając po mnie jedną ręką, a po telefon drugą.
– Halo? – Odbiera. – Och, to brzmi wspaniale! Tak, absolutnie. Czy mógłbyś poczekać chwileczkę, kochany? – Wstrzymuje rozmówcę.
– Kochanie, jesteś głodna? Chodźmy na lunch. Mam szybką sprawę do załatwienia, a potem możemy zjeść i porozmawiać. Moja córeczka wróciła.
Jej uśmiech jest bardzo jasny. Zawsze był jej supermocą. Potrafi rozjaśnić i ocieplić pokój w każdej sytuacji.
– Nie piję żadnych z tych zielonych koktajli, które ciągle wrzucacie na zdjęcia. Ani nie jem niczego surowego – żartuję.
Widziałam ich posty na Instagramie z koktajlami z wodorostów, które piją każdego ranka.
Kiedyś zabrały mnie do restauracji z surowym jedzeniem, gdzie wszystko było albo papkowate, albo było sałatką.
– W porządku. I tak mamy dziś dzień oszustwa. – Mama śmieje się, przytulając mnie.
– Szybko się przebiorę. Daj mi dziesięć minut i będę gotowa. – Cami chwyta za klamkę i otwiera drzwi, gotowa wybiec z pokoju. Gdy mama wraca do rozmowy telefonicznej, widzę poważnie wyglądającego mężczyznę stojącego w drzwiach.
Przesuwa się, by przepuścić Cami. Kliknięcie telefonu mamy jest głośne, ale nie tak głośne jak jej głos.
– Eli, chodź, idziemy. – Mama macha do niego, by podszedł.
Patrzę na ciemnowłosego mężczyznę, którego spotkałam wcześniej na korytarzu, a potem z powrotem na mamę.
Eli? Ten dupek ma takie miłe imię jak Eli?
– On też idzie? – szepczę, mając nadzieję, że się myli.
– Jasne, że tak, piękna. – Puszcza do mnie oko i uśmiecha się. Opiera się o framugę drzwi, wyciągając ręce do góry. Jego koszulka unosi się, odsłaniając dół kolorowego tatuażu. Gepard wygląda zza jego ramienia, przechodząc przez klatkę piersiową. Jego uśmiech powiększa się z jednej strony.
Co tu się dzieje?















































