Galatea Logo
ListyPomoc
Wilkołaki i zmiennokształtni
Mafia
Romans z miliarderem
Romans z dręczycielem
Powolnie rozwijający się romans
Od wrogów do kochanków
Romans paranormalny
Przeznaczeni sobie partnerzy
Historie sportowe
Powieści dziejące się na uniwersytecie
Historie o drugiej szansie
Zobacz wszystkie kategorie
Ocena 4,6 w App Store
Warunki korzystania z usługiPrywatnośćImprint
Galatea on FacebookGalatea on InstagramGalatea on TikTok
Cover image for Luna de Verano Księga 1: Mate Alfy

Luna de Verano Księga 1: Mate Alfy

Autorzy
VitaMia
Lektury
17,8K
Rozdziały
37
Autorzy
VitaMia
Lektury
17,8K
Rozdziały
37
💕Romantyczne🐺Wilkołaki i zmiennokształtni💘Przeznaczeni partnerzy👩‍❤️‍👨Prawdziwy partner💪🏻Obrońca🧙‍♂️Paranormalne i fantasy💪🏻Samce alfa💪SIlne kobiety⚔️Akcja i przygoda🧛🏻Paranormaline

Eleonora pragnie jedynie spokoju w swoim nadmorskim domu – dopóki wypadek na autostradzie nie prowadzi jej do umierającego nieznajomego. Ratując mu życie, zostaje wciągnięta w świat ukrytej w pobliżu Salou watahy, gdzie Amaro, ich gwałtowny alfa, twierdzi, że Eleonora jest jego przeznaczoną partnerką… a wilkołaki istnieją naprawdę.

Gdy niebezpieczeństwo nadciąga, a sekrety stada wychodzą na jaw, Eleonora musi zdecydować: czy ucieknie do dawnego życia, czy stawi czoła dzikiej prawdzie, która ją wzywa.

Rozdział 1

ELEONORA

„Eleonora, jesteś pewna, że chcesz jechać do Salou?” Głos mojej matki zatrzeszczał w zestawie głośnomówiącym. Brzmiała na zmartwioną i nieco dramatyzowała, jak to często miała w zwyczaju.
„Oczywiście, że jestem pewna, mamo. Prowadzę już od czterech godzin” – odpowiedziałam spokojnie, poprawiając okulary przeciwsłoneczne.
Słońce prażyło przez przednią szybę. Droga przede mną była niemal pusta. Tylko kilka samochodów mijało mnie od czasu do czasu, a co jakiś czas w złotym świetle przemykał z warkotem motocykl.
Autostrada ciągnęła się długo i kręto przez hiszpański krajobraz. Przypominała srebrnoszarą wstążkę rzuconą między zielone wzgórza a wysuszone pola. Niebo było bezchmurne, rozległe i ciemnoniebieskie.
Moja mama westchnęła. „Nawet się porządnie nie pożegnałaś. Po prostu spakowałaś swoje rzeczy i wyjechałaś, Eleonoro”.
„Mamo, po prostu potrzebowałam przerwy” – odpowiedziałam. – „Po tych wszystkich latach w klinice, nocnych dyżurach, nagłych wypadkach. Potrzebuję wolnego. Chcę nad morze. Sama”.
„Sama” – powtórzyła z niemal wyczuwalnym wyrzutem w głosie.
Wjechałam w długi zakręt. Przede mną pojawił się stary parking z pogniecionym koszem na śmieci i jednym uschniętym drzewem. Butelka z wodą na fotelu pasażera potoczyła się lekko na bok, gdy nacisnęłam hamulec.
„Nie wyjeżdżam na zawsze” – powiedziałam. – „Tylko na dwa miesiące. Bez alarmów, bez kliniki. Tylko ja. Może jakaś książka. Może nuda. Chyba już zapomniałam, jakie to uczucie”.
Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza. Słyszałam tylko cichy hałas w tle, może to był telewizor.
„No dobrze” – mruknęła. – „Ale zadzwoń do mnie, jak dojedziesz”.
„Obiecuję”.
Zakończyłam połączenie, odłożyłam telefon z powrotem do uchwytu i wzięłam głęboki oddech. Jeszcze około dwóch godzin i dotrę do Salou. Wybrzeże, słońce, słone powietrze. Morza jeszcze nie było widać. Jednak już je czułam w sposobie, w jaki zmieniał się krajobraz, wzgórza się spłaszczały, a horyzont poszerzał.
Kawałek dalej droga falowała w świetle. Czas się dłużył. A ja po prostu jechałam przed siebie. Na południe. W stronę lata. W stronę wolności.
Podróż się przeciągała, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Po raz pierwszy od miesięcy nie popędzały mnie pikania, dzwonki ani nerwowe głosy.
Po mojej lewej stronie krajobraz przesuwał się falami. Pola stawały się coraz suchsze, a soczysta zieleń drzew powoli ustępowała miejsca zakurzonemu złotu południowych prowincji. W oddali wzgórza mieniły się w nierealnej mgiełce.
Nawet przy włączonej klimatyzacji było gorąco. Lato nie znało w tym roku umiaru.
Ściszyłam radio. Leciała hiszpańska piosenka pop, coś wesołego o miłości albo słońcu. Tak naprawdę nie słuchałam. Zamiast tego moje oczy wędrowały po znakach przy drodze. Tarragona: 110 kilometrów . Salou nie było już daleko.
Zaczęła migać kontrolka paliwa. Na żółto. Zmarszczyłam brwi i westchnęłam. Typowe. Kiedy wyjeżdżałam z Madrytu, pomyślałam o wszystkim, tylko nie o tankowaniu.
Kilka minut później moim oczom ukazała się mała stacja obsługi. Nie była zbyt duża, ale miała stację benzynową, kawiarnię i dwie zakurzone palmy, które ledwo poruszały się w gorącym wietrze. Zjechałam z autostrady, wjechałam na plac i zatrzymałam się przy ostatnim wolnym dystrybutorze. Słońce wisiało już nisko, rażąc mnie przez lusterko.
Wysiadłam, a gorący metal drzwi przez chwilę parzył mnie w dłoń. W powietrzu unosił się słodkawy zapach ciepłej benzyny i asfaltu. Za mną wokół koszy na śmieci bzyczała osa. Ktoś od niechcenia postawił te kosze obok dystrybutora.
Wsunęłam pistolet do baku i na chwilę oparłam się o samochód. Koszulka lekko kleiła mi się do pleców. Nie miałam pojęcia, czy to przez słońce, czy ze zmęczenia. Zapewne jedno i drugie. Bak napełniał się powoli, a cykający wyświetlacz był jedynym dźwiękiem w tej ciszy.
Kiedy usłyszałam kliknięcie, wyjęłam pistolet, zakręciłam korek i poszłam do środka, żeby zapłacić. Mała budka kasowa była klimatyzowana. Mimo to pachniała tanią kawą i manometrami do opon. Za ladą stała młoda kobieta o ciemnych włosach, żuła gumę i posłała mi przelotny, zmęczony uśmiech.
„Número cuatro” – powiedziałam.
Zapłaciłam gotówką, skinęłam krótko głową i wyszłam z powrotem na upał. Z powrotem w samochodzie, na moment zamknęłam oczy, zanim znów odpaliłam silnik. Klimatyzacja powoli zaczęła wdmuchiwać chłodniejsze powietrze do wnętrza.
Wzięłam łyk wody, wyłączyłam radio i wróciłam na autostradę. Jeszcze dwie godziny. Potem morze. Potem już nic.
Droga przede mną znów była cicha. Wróciłam na autostradę. Miarowy szum silnika stał się znajomym dźwiękiem w tle. Pola po lewej i prawej stronie powoli zaczynały ciemnieć. Słońce zeszło niżej, malując horyzont w ciepłych odcieniach pomarańczu i różu. Te barwy stopniowo przechodziły w fiolet.
Jechałam dalej, mój wzrok był spokojny i skupiony na drodze przed maską. Moje myśli błądziły, zawieszone gdzieś pomiędzy Madrytem a morzem. Zapaliły się pierwsze latarnie. W oddali, na szczycie wzgórza, błyszczało małe miasteczko.
Obserwowałam ruch cieni, które stawały się coraz dłuższe, rozciągały się i zlewały ze sobą. Zmierzch nadszedł cicho, ale niezaprzeczalnie. Dzień prawie dobiegł końca. Wtedy to zauważyłam.
Kawałek od drogi, tuż za długim zakrętem, w cieniu nasypu stał samochód. Wyglądał nie na miejscu, był niemal porzucony. Jednak im bliżej byłam, tym bardziej stawało się jasne, że to nie jest normalnie zaparkowany pojazd. Wypadł z drogi.
Przód był mocno uszkodzony. Samochód stał krzywo na zboczu, był lekko wykręcony. Maska była zgnieciona, a jeden bok przyciśnięty do drzewa. Kora na pniu była roztrzaskana.
Część zderzaka leżała na ziemi, była wygięta i krzywa. Prawe światło żarzyło się słabo. Światła awaryjne wciąż migały w nieregularnych odstępach.
Zwolniłam, w końcu zjechałam na bok i ostrożnie wjechałam na pobocze. Kiedy wyłączyłam silnik, wszystko ucichło. Żadnego trąbienia, żadnego ruchu. Tylko ostatnie promienie zmierzchu rozciągały się nad polami.
Przez chwilę siedziałam w swoim aucie, wpatrując się we wrak na poboczu. Moje serce biło szybciej. Zmusiłam się jednak do zachowania spokoju. Potem sięgnęłam do klamki i wysiadłam.
Powietrze było ciepłe i ciężkie. Przeszedł przez nie lekki wiatr, niosąc zapach suchej trawy i kurzu. Moje kroki były ciche, wręcz automatyczne, kiedy zbliżałam się do rozbitego samochodu. Drzwi kierowcy były otwarte. Podeszłam bliżej. Wtedy zaparło mi dech w piersiach.
Na fotelu kierowcy siedział mężczyzna, a jego górna część ciała była osunięta na bok. Pas bezpieczeństwa wciąż trzymał go w pionie. Jednak jego głowa opadała nisko, podbródek miał prawie przy klatce piersiowej. Krew przylegała do jego czoła i skroni, a ciemne plamy rozlewały się po jego koszuli. Miał potargane włosy, a jego skóra była zdecydowanie zbyt blada.
Ostrożnie pochyliłam się bliżej. Wnętrze pachniało metalem, gorącem i czymś, czego nie potrafiłam zidentyfikować. Mój wzrok szybko przebiegł po potencjalnych obrażeniach. Następnie wyciągnęłam drżące palce i delikatnie poszukałam pulsu na jego szyi. Chwila ciszy. Potem go poczułam. Wolny. Słaby. Ale był. Żył.
Wzięłam płytki wdech, cofnęłam dłoń i instynktownie rozejrzałam się dookoła. Żadnych innych aut. Nigdzie nikogo nie było. Tylko ja. I ten mężczyzna.
Przez kilka sekund stałam jak wmurowana, próbując zebrać myśli. Potem znów podeszłam bliżej auta i ostrożnie pochyliłam się do środka. Moje oczy przesunęły się po jego ciele.
Wstępna ocena: Nieprzytomny. Oddycha. Tętno słabe, ale wyczuwalne. Zauważalna utrata krwi. Rana szarpana na czole, siniaki na ramieniu i klatce piersiowej. Brak widocznych złamań. Brak wyraźnego urazu kręgosłupa.
Znowu sprawdziłam jego szyję i ponownie zbadałam tętno. Tym razem świadomie zwróciłam uwagę na częstotliwość i rytm oddychania. Nierówny, ale nie niebezpiecznie płytki. Jego klatka piersiowa unosiła się w powolnych odstępach.
„Hej” – powiedziałam, nie wiedząc, czy mnie słyszy.
Brak reakcji.
Kierownica uciskała jego tułów, a od strony kierowcy ledwo mogłam go dosięgnąć. Obeszłam więc samochód i ostrożnie otworzyłam drzwi pasażera. Trochę się zacięły, zanim w końcu ustąpiły.
Wnętrze było zgniecione, a przód zniszczony. Jednak mężczyzna wciąż był zapięty w pasy. To prawdopodobnie uratowało mu życie.
Uklękłam obok niego, chwyciłam go za ramię i wyćwiczonymi ruchami poszukałam jego tętnicy promieniowej. Znowu puls. Równy, ale powolny. Moim wzrokiem sprawdziłam jego źrenice tak dobrze, jak to było możliwe w słabym świetle. Brak widocznych oznak urazu mózgu, ale nie mogłam niczego wykluczyć.
Musiałam wezwać pomoc. Cholera .
Złapałam za telefon i spojrzałam na ekran. Dwie kreski. Prawie brak zasięgu. Połączenie alarmowe zadzwoniło krótko, a potem od razu się rozłączyło.
Zacisnęłam zęby. Nie mogłam go tak po prostu tutaj zostawić. Jednocześnie wiedziałam, że bez sprzętu, zespołu i lekarza ratunkowego niewiele mogę zrobić. Jednak jeśli go poruszę, nie wiedząc, czy ma obrażenia wewnętrzne, ryzykowałam pogorszenie sprawy.
Znowu na niego spojrzałam. Był wysoki. Miał co najmniej metr dziewięćdziesiąt. Czarne włosy, przesiąknięte potem, ale gęste. Jego rzęsy opadały jak cienie na policzki, a kilkudniowy zarost był równy i wręcz idealny. Mimo krwi, obrażeń i powagi sytuacji, on był przystojny. Niesprawiedliwie przystojny.
Jego ramiona, tam, gdzie koszula była rozdarta, pokazywały zarysowane mięśnie. Nie jak u kulturysty, ale widać było, że trenował.
Co ty wyprawiasz, Eleonoro. Przełknęłam ślinę i pokręciłam głową w myślach. Był nieprzytomny. Ranny. Cały we krwi. A ja właśnie myślałam o tym, jaki jest atrakcyjny. Poczułam falę gorąca na karku. I to wcale nie z powodu słońca.
Zmusiłam się, by odwrócić wzrok od jego twarzy i znowu się skupić. Jego oddech stawał się coraz płytszy. Głowa opadała mu coraz bardziej do przodu, a broda prawie dotykała klatki piersiowej. W takiej pozycji jego drogi oddechowe nie pozostaną drożne.
Spróbowałam go trochę ustabilizować w fotelu. Niestety, pas bezpieczeństwa trzymał go w pozycji, która tylko pogarszała sprawę. Wypuściłam powietrze z płuc.
„W porządku” – mruknęłam. – „W takim razie zostaję tylko ja”. Popchnęłam szerzej drzwi pasażera i ostrożnie wchyliłam się do środka. Jego nogi były zgięte w przestrzeni na stopy, ale nie wyglądały na zaklinowane. Brak szkła. Żadnych odłamków na jego kolanach. Oparłam jedną dłoń na jego klatce piersiowej, a drugą powoli odpięłam pas bezpieczeństwa.
Jego ciało opadło ciężko do przodu, ale złapałam go najlepiej, jak umiałam. Był ciężki. Cholernie ciężki. Choć wyglądał na silnego, teraz czułam każdy jego kilogram. Wsunęłam ramię pod jego bark, próbując utrzymać jego głowę tak nieruchomo, jak to możliwe. Następnie delikatnie popchnęłam go trochę do tyłu.
„Musisz mi tu pomóc, wielkoludzie” – mruknęłam. – „Sama cię nie uniosę”.
Brak odpowiedzi. Żadnego ruchu. Tylko jego słaby, spowolniony oddech.
Powoli wyciągnęłam go częściowo z fotela. Zrobiłam to na tyle, by jego górna część ciała już nie opadała do przodu. Jego oddech brzmiał chropawo, ale był swobodniejszy niż wcześniej.
Dopiero wtedy wróciłam do swojego auta, złapałam butelkę z wodą i w pośpiechu rozpięłam plecak. Chusteczki. Cokolwiek przydatnego. Wtedy znalazłam starą ściereczkę do naczyń, którą kiedyś musiałam przez nieuwagę spakować.
Zwilżyłam ją wodą, ponownie się nad nim pochyliłam i ostrożnie wytarłam krew z jego czoła. Rana była głęboka, ale nie rozległa. Przestała krwawić. Wyglądał spokojnie. Zdecydowanie zbyt spokojnie jak na kogoś, kto wyglądał, jakby właśnie walczył ze śmiercią.
Przyglądałam mu się o chwilę za długo. Potem odchrząknęłam cicho, z poczuciem winy.
„Jesteś stanowczo za przystojny na tego typu bałagan”.
Nawet się nie poruszył. Moje serce jednak nadal biło szybciej.
Nie miałam innego wyjścia. Ponownie go podparłam, odsunęłam pas do końca i wsunęłam obie ręce pod jego pachy. Krok po kroku, centymetr po centymetrze, wyciągałam go coraz bardziej z auta. Jego ciężar naciskał na moje ramiona, plecy mi się spięły, ale nie puszczałam.
Jego tułów opierał się o mnie z wielkim ciężarem, gdy wyciągałam go tyłem z pojazdu. Powoli opuściłam go na ciepły asfalt. Jego nogi wysunęły się z wnęki na stopy, a jego głowa opadła na bok, na moją klatkę piersiową.
„Prawie gotowe” – mruknęłam. – „Tylko wydostańmy się stąd”. Położyłam go na ziemi, ułożyłam tak prosto, jak to było możliwe, i ponownie sprawdziłam jego pozycję. Jego klatka piersiowa. Już się nie poruszała.
Wpatrywałam się w jego klatkę piersiową. Nie unosiła się. Nie opadała.
„Nie, nie, nie”.
Natychmiast uklękłam obok niego, pochyliłam się do przodu i znowu sprawdziłam tętno. Nic.
„Szlag by to!” Umieściłam dwa palce pod jego podbródkiem, odchyliłam mu głowę lekko do tyłu, otworzyłam usta i nasłuchiwałam dźwięków oddechu. Nic. Żadnego ruchu, żadnego dźwięku, żadnego powietrza.
Serce waliło mi jak szalone, ale moje ręce się nie trzęsły. Jeszcze nie.
„Okej. Skup się”. Szybko jeszcze raz sprawdziłam jego usta. Brak widocznych przeszkód. Wtedy rozpoczęłam uciskanie klatki piersiowej. Trzydzieści szybkich, mocnych uciśnięć, dokładnie na samym środku klatki piersiowej. Wystarczająco mocnych, by przepompować krew do mózgu.
„Jeden, dwa, trzy…” – liczyłam w głowie, nie pozwalając sobie na utratę skupienia. Następnie odchyliłam jego głowę do tyłu, zacisnęłam mu nos dwoma palcami i wdmuchnęłam powietrze dwa razy do jego ust. Znowu sprawdziłam. Wciąż żadnej reakcji.
Wróciłam do uciskania klatki piersiowej.
„Dalej. Nie umrzesz mi tu, słyszysz?” Nie wiedziałam, kim był. Wiedziałam tylko, że muszę go uratować. Za wszelką cenę.

Listy książek

Wyświetl wszystko

Sięgnij do kolekcji romansów przygotowanych przez naszych czytelników

Do zakonczenia

by Agnieszka

liczba książek: 56

E🎯N📚D📌

by Diana Henao

liczba książek: 51

Brak zakończenia

by Hinatka118

liczba książek: 81

Przeczytane z serii

by Panna Anna

liczba książek: 83

Werewolves & shifters

by proud_fox_575

liczba książek: 158

Chętnie wrócę

by Panna Anna

liczba książek: 54

Zakończona

by Hinatka118

liczba książek: 157

Ksiązki które czytam

by Magdalena gajewska

liczba książek: 365

Subskrypcje

by Panna Anna

liczba książek: 17

Na później

by Panna Anna

liczba książek: 117

Aktualne

by Magdalena gajewska

liczba książek: 277

Good book mild action 🌶️

by Chicken Momma

liczba książek: 50

Read & Loved

by MeowCat21

liczba książek: 78

Already read 11

by baleyhottie

liczba książek: 69

Przeczytane bez kontynuacji

by Jo ann

liczba książek: 164

Odkryj Galateę

Czego w tobie nienawidzęCEO to mój współlokatorŚwiąteczna rozkoszKontrakt Carrero 3. Odnaleźć wolnośćSpaceBrigade II Zemsta Syndykatu

Najnowsze publikacje

Związani krwią i przeznaczeniemNasza miłość jest jak rzucanie po omackuPrzygoda na jedną nocDobrzy, źli i upiorniWrzące żądze