
Miłosne Układy
Autorzy
OC Andrea (with S. S. Sahoo)
Lektury
204K
Rozdziały
32
Angela, spadkobierczyni imperium biznesowego Carsonów, wolałaby wieść życie bohemy-artystki. Tak przynajmniej było, dopóki po śmierci ukochanej babci nie znalazła się zamknięta w zakładzie psychiatrycznym. Na scenę wkracza zdyskredytowany doktor Xavier Knights, który trzyma w rękach klucz do jej wolności. Z zabójczym urokiem i zmysłem do interesów mógłby okazać się bezcennym sojusznikiem u jej boku, gdy będzie walczyć o odzyskanie władzy. Jest tylko jeden problem: on nienawidzi Carsonów.
Głupiutka blondynka
ADELINE
Moje życie się skończyło. Wiem to. Straciłam wszystko i wkrótce będzie tylko gorzej. Kiedy po raz kolejny rozglądam się wokół siebie, uświadamiam sobie, że sięgnęłam dna – w kaftanie bezpieczeństwa w wyściełanym pokoju. Wszystko spłonęło w jednej chwili. I właśnie teraz mogę zaakceptować swój los, poddając się temu, kto to zaplanował, albo walczyć. Walczyć, jakby jutra miało nie być... ponieważ nie ma gwarancji, że wyjdę z tego żywa. A już na pewno nie, jeśli to zależy od nich.
Możesz się zastanawiać, jak znalazłam się w tak beznadziejnej sytuacji. Sama bardzo chciałabym to wiedzieć. Nie zrobiłam niczego, co zasługiwałoby na taki wyrok.
Ale mogę ci opowiedzieć, kiedy to wszystko zaczęło się sypać. Może razem uda nam się to zrozumieć.
Wszystko zaczęło się wczoraj rano. Jak w każdy zwykły piątek, jadłam śniadanie z babcią, która czytała gazetę, podczas gdy ja przeglądałam na telefonie lawinę nowych artykułów plotkarskich na mój temat. Jednak coś sprawiało, że byłam bardziej niespokojna niż zwykle. Nazwij to przeczuciem, ale nie mogłam usiedzieć w miejscu. I miało to niewiele wspólnego z tymi wszystkimi niepochlebnymi artykułami, do których byłam już przyzwyczajona.
Dla prasy byłam Adeline, głupiutką blondynką, niedoszłą artystką i dziedziczką wielomilionowego imperium farmaceutycznego. Buntowniczką bez powodu, zupełnie jak moja matka. W rzeczywistości było to tak dalekie od prawdy, że nigdy nie czułam, by w tych tekstach opisywali właśnie mnie.
Jedyną rzeczą, którą miałam wspólną z moją mamą, był fakt, że obie byłyśmy idealnymi kopiami mojej babci, która w szacownym wieku osiemdziesięciu lat nadal była niezłą laską. Cóż, może nie dosłownie, ale wiecie, o co mi chodzi.
Jednakże w młodości Alitta Roberts była uosobieniem femme fatale. Zdecydowanie miała wszystko: eteryczne piękno, błyskotliwy umysł i dotyk Midasa, jeśli chodziło o zarabianie pieniędzy. Zaskoczyła świat biznesu, otwierając swoim urokiem każde zamknięte drzwi, chwytając każdą okazję za gardło, a potem rzucając ją na kolana. Kiedy na czymś zawiesiła oko, rzucała się na to z siłą huraganu: nieprzewidywalna i niepowstrzymana. Lubię myśleć, że to jedyna cecha, którą przekazała mi babcia. Oczywiście poza spektakularnymi genami.
Jasne, byłoby miło, gdyby w pakiecie znalazło się choć dziesięć procent jej smykałki do interesów; to znacznie ułatwiłoby nam życie. W przeciwieństwie do mojej mamy, bardzo chciałabym być prawą ręką mojej Nany, ucząc się od niej wszystkich tajników biznesu.
I starałam się ze wszystkich sił, chodząc za nią krok w krok odkąd byłam nastolatką, spędzając cały wolny czas w jej biurze i wypytując ją o wszystko przy każdej okazji. Ale ostatecznie, mimo świetnego opanowania teorii, w kwestii nawiązywania kontaktów, wyczuwania nastrojów w pokoju i dobijania najlepszych targów, byłam absolutnie bezradna.
Hm, czy to możliwe, że naprawdę jestem taką pustą lalką, za jaką wszyscy mnie mają? Jakby wyczuwając, że znów znajduję się na krawędzi ataku paniki, Nana wstała, chwyciła mnie za rękę i uśmiechnęła się do mnie ciepło.
„Jesteś idealna taka, jaka jesteś, moje kochanie” – powiedziała mi łagodnie. – „Nigdy nie pozwól, by ktokolwiek wmówił ci coś innego”. Następnie przytuliła mnie, złożyła ostatni pocałunek na moim czole i wróciła do swoich spraw. A to zawsze wystarczało, abym od razu poczuła się lepiej.
Z odzyskaną pewnością siebie odegnałam chmurę niepewności, wróciłam do pracowni i wznowiłam malowanie. Zatopienie się w sztuce to coś, co pomaga mi przetrwać większość dni, a ten wcale nie różnił się od pozostałych.
Następnie, w mgnieniu oka nadszedł wieczór, a Lory i ja wchodziłyśmy ramię w ramię na głośną, zatłoczoną imprezę, podczas gdy ja marzyłam tylko o tym, by być gdziekolwiek indziej. Ponieważ nie chciałam psuć atmosfery swoim złym nastrojem, zajęłam się po prostu obserwowaniem ludzi, odliczając minuty do momentu, w którym będę mogła stamtąd wyjść.
„Ziemia do Adeline! O czym tak usilnie myślisz?” – jej piskliwy głos przebił się przez otaczający nas hałas. – „Wydawałaś się być w innym świecie. Właściwie, nieważne; powiesz mi później. Widziałam w rogu kilku przystojniaków, dopiero weszli. Zrób to, co zawsze, i sprowadź ich tutaj. Zaczynało tu wiać nudą”.
Gdy wyrwałam się z plątaniny myśli, napotkałam zdezorientowane spojrzenie pary niebieskich oczu. Z idealnie ułożonymi, kruczoczarnymi długimi włosami i porcelanową skórą, pod względem wyglądu stanowiła moje całkowite przeciwieństwo. Ogólnie rzecz biorąc, jest niezaprzeczalnie piękną kobietą. I moją najlepszą przyjaciółką. Właściwie to nie, jest kimś więcej. Lory to moja przyjaciółka na śmierć i życie.
Praktycznie dorastałyśmy razem, ponieważ jej ojciec był księgowym mojej babci. Dla Lory, wychowywanej przez samotnego ojca, Nana była równie ważną figurą matki co dla mnie. Jej obecność w moim życiu była błogosławieństwem i bardzo się cieszyłam, że ona po prostu mnie rozumie – tę prawdziwą mnie.
Jednak moja najlepsza przyjaciółka jest o wiele bardziej ekstrawertyczna, niż ja kiedykolwiek będę. Nie mogę powiedzieć, bym uwielbiała być w świetle reflektorów, ale biorąc pod uwagę to, kim jestem, było to po prostu nieuniknione. Lory z kolei rozkwitała, gdy wszystkie oczy były zwrócone na nią, a mi nigdy nie przeszkadzało pomagać jej błyszczeć. Wczorajszego wieczoru niespecjalnie miałam nastrój na imprezowanie, ale przekonała mnie do wyjścia i sprawdzenia tego nowego, modnego klubu. Spokojne domówki – na których można było normalnie porozmawiać i zobaczyć ludzi – bardziej mi odpowiadały, a wyciągnęłam ją na tyle z nich, że w sumie byłam jej to winna.
„Pewnie, Lo” – odpowiedziałam, próbując wykrzesać z siebie trochę entuzjazmu. – „Ale najpierw weźmy coś do picia. Muszę rozładować trochę nagromadzonego stresu na parkiecie i zdecydowanie chcę odrobinę zaszumieć w głowie, zanim zacznę tańczyć”.
„Dziewczyno, ty potrzebujesz porządnego rżnięcia” – niemal wykrzyczała. – „Kiedy ostatni raz zdarłaś sobie gardło krzycząc przez jakiegoś przypadkowego kolesia z wielkim kutasem?”
To sprawiło, że wyplułam resztki mojego koktajlu i wybuchnęłam głośnym śmiechem, po czym w końcu odpowiedziałam ze wstydem: „Doskonale wiesz, że to mi się nigdy nie zdarzyło. I to nie w moim stylu. Potrzebuję czegoś więcej niż ulotnych, jednonocnych przygód. A odkąd Bruce... cóż...”
„Adeline Marie Roberts, czy ty mi próbujesz wmówić, że odkąd rok temu zerwałaś z tym jebanym fagasem Sprucem, żyjesz w... celibacie?” – wycedziła, a jej twarz wykrzywiła się z obrzydzenia. – „Myślałam, że po prostu wstydzisz się o tym przy mnie mówić, albo ukrywasz swoje seks-przygody, ale to gorsze, niż myślałam. Suko, jak ty w ogóle jeszcze żyjesz?! Ja bym tak nie mogła...” – zakończyła, a przez jej ciało przeszedł dreszcz odrazy. Czasami bywała aż do przesady dramatyczna, ale to nie był ani czas, ani miejsce na jej teatrzyki.
„Mogłabyś mówić ciszej?” – powiedziałam, przyciągając ją bliżej siebie i próbując ją uciszyć, zanim więcej moich sekretów zostanie rozgłoszonych na cały klub. Następnie dodałam: „Kolumny plotkarskie mają już o mnie wystarczająco dużo materiału. Poza tym to nie tak, że Bruce był jakimś guru seksu; to ja odwalałam większość roboty, więc teraz nie ma dla mnie dużej różnicy. Mam swoje zabawki. One utrzymują mnie... na powierzchni”.
„Nie, oj nie. Musimy dziś w nocy zakończyć ten suchy okres, a porządny kutas w tobie to dokładnie to, co przepisał lekarz. Czekaj tu. Idę na mały zwiad”.
I odeszła, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. Prawda była taka, że kiedy Lory na coś się uparła, trudno było ją powstrzymać; trzeba było po prostu płynąć z prądem. Głównie dlatego wpakowałyśmy się razem w tyle kłopotów. Była to też cecha, którą w niej podziwiałam: zawsze potrafiła postawić na swoim i zaspokoić swoje potrzeby, nawet jeśli wymagało to delikatnego naginania zasad. To, w połączeniu z faktem, że była matematycznym geniuszem, czyniłoby z niej idealną kandydatkę na stanowisko dyrektora generalnego, które obecnie zajmowała moja babcia. Obie wielokrotnie proponowałyśmy to Nanie, ale ta zawsze grzecznie odmawiała, twierdząc, że zarząd niepotrzebnie utrudniałby Lory życie.
Potem nadszedł ten przerażający telefon... Patrząc wstecz na wczorajszą noc, żałuję, że nie skończyła się na udawaniu przeze mnie orgazmu w łóżku jakiegoś przypadkowego faceta, zanim wróciłabym popijać poranną kawę z moją babcią. Cholera, zgodziłabym się nawet na każdy najdzikszy pomysł, jaki Lory mogłaby wymyślić na afterparty. A może gdybym po prostu pojechała do domu, albo w ogóle nigdzie nie wychodziła... może gdybym tam była, udałoby mi się ją uratować.
Jednak jednej rzeczy jestem całkowicie pewna: wczoraj w nocy Nana nie była jedyną osobą, która zginęła. Stara Adeline, głupiutka blondynka ze swoją naiwnością i prostolinijnością, również odeszła. Było to konieczne, jeśli miałam mieć jakiekolwiek szanse na wyjście z tego cało. A ja zamierzam zaryzykować absolutnie wszystko.










































