
Obiekt badań Księga 2
Autorzy
Lektury
1,9M
Rozdziały
27
Nowe, nowe życie
Test Subject Book 2
Gdyby ktoś powiedział mi zaledwie kilka miesięcy temu, że będę nie-do-końca-matką sześciu „malutkich” smoków, pracującą dla wielkiego złotego smoka, który jest miłością mojego życia, wysłałabym go do psychiatry. Ale teraz jestem tutaj, w tym świecie stworzonym przez samego Desa, zmienianym, kiedy tylko on lub ja mamy na to ochotę, dopasowując go do naszych potrzeb.
Nie tylko zaczęłam nowe życie, kiedy zaczęłam pracować dla Desa. Zaczęłam też nowe życie krótko potem, kiedy odkryłam, że bycie rżnięta przez wszelkiego rodzaju potwory to najlepsza rzecz, jaka mnie w życiu spotkała. A ta umiejętność zmieniania kształtu jest po prostu niesamowita. Odkąd Des powiększył mi piersi, naprawdę je uwielbiałam i nie mogłam przestać się nimi bawić.
To podniecało niektóre potwory i zaczęły narzekać, że Des ma już swoją matkę lęgową, a one muszą czekać, aż będę miała ochotę się z nimi przespać. I to podsunęło mi pewien pomysł, o którym jeszcze nie powiedziałam Desowi. Właśnie „jemy kolację”.
Co zwykle polega na tym, że małe smoki — teraz wielkości SUV-ów — biegają dookoła i próbują się o mnie ocierać. Bo jest tak: smoki nie muszą jeść, żywią się uczuciami. Des żywi się Pożądaniem, co oczywiste, dlatego uwielbia patrzeć, jak ktokolwiek mnie pieprzy. A maluchy nie mają jeszcze imion, więc ich uczucia nie są określone, co oznacza, że podążają za ojcem.
„Blue był pierwszy. Powinien być pierwszy do nazwania”, mówi spokojnie Mehdi. Zwykle jest gdzieś w pobliżu, kiedy nie dyskutuje z Lazarosem, nie pieprzy Sylvana albo nie dokucza innym potworom.
„Mówisz tak tylko dlatego, że on też jest niebieski.” Chichoczę i odpycham Reda, który jest tak ognisty, jak sugeruje jego kolor.
„No może.” Mehdi się uśmiecha. „Ale mimo wszystko. Jest dość spokojny w porównaniu z resztą, woli pomagać niż dostawać to, czego chce. Powinien dostać łagodne imię.”
„Jakie uczucie by pasowało?” pyta Des, a ja siadam po turecku i patrzę na Blue'a.
„Altruizm?” pytam.
Des przechyla głowę. „Nie jestem pewien, czy to naprawdę uczucie, ale Ruis byłoby ładne imię.”
„Zgoda.” Mehdi patrzy na Desa, który kiwa głową.
„Niech będzie Ruis.” Jego oczy na chwilę rozbłyskują, po czym dotyka czoła Ruisa, sprawiając, że jego oczy również się rozświetlają. „Jest już naznaczony. Altruizm to teraz jego przeznaczenie.”
„Okej, Greeny.” Mehdi zaciera ręce. „On zawsze wydaje się być w dobrym humorze.”
„Tak, jest bardzo radosny”, zgadza się Des, a ja się uśmiecham.
„To słodkie imię. Jovi.”
Des wydaje się zaskoczony, ale potem uśmiecha się i naznacza też Joviego.
„Reddy to oczywiście Pasja”, stwierdza Mehdi, a Des i ja kiwamy głowami jednocześnie. „Pas? Albo Sion?”
„Sion brzmi ładnie”, mówię, a Des się zgadza i naznacza go jako następnego.
„A co z Silverem? Jest cichy, ale… chętnie dogadza innym. Widział, jak minotaury się nawzajem szarpały, więc podszedł i ochłodził je wodą… nie były zachwycone, ale chciał, żeby były zadowolone”, wyjaśnia Mehdi, a ja się śmieję.
„No to może Satysfakcja? Satis?” proponuję, a Des wygląda na bardzo zadowolonego z tego, jak szybko dziś myślimy.
„Pinky-Lee nie potrafi przestać, cokolwiek robi”, narzeka Des, a ja chichoczę. „Trudno go wytrzymać.”
„On… jest wytrwały.” Uśmiecham się, a oni się śmieją. „Veran?”
„Jesteś w tym dobra. Skąd ci to nagle przychodzi? Myśleliśmy nad tym od trzech miesięcy”, przypomina mi Des, a ja wzruszam ramionami.
„Nie wiem”, mówię, chociaż mam pewne przeczucie. „Blackie jest… nie lada wyzwaniem.”
„To wszystko, co masz o nim do powiedzenia?” Des uśmiecha się złośliwie, a ja czuję, jak policzki mi czerwienieją.
Był pierwszym, który próbował mnie „dosiąść”. Nie powinni jeszcze tego robić. Ale on to zrobił i nie chciał przestać, dopóki nie byłam szczęśliwa.
„Doprowadził cię do orgazmu, ocierając ogon między twoimi nogami, Cat”, przypomina mi Mehdi, a ja czuję, jak moja twarz robi się jeszcze bardziej czerwona, co go rozśmiesza.
„Nie rozumiem tego nagłego zawstydzenia. Dlaczego teraz się wstydzisz? Widzieliśmy wszystko.” Des wygląda na zdezorientowanego.
„Ale… to nie ja dałam im życie”, mówię cicho.
„Musisz przestać myśleć o nich jak o swoich dzieciach. One nimi nie są. Ponieważ istnieją tylko samce smoków, nie mają matek, mają jedynie ciała lęgowe”, wyjaśnia, a ja prycham.
„Jak miło. Czuję się naprawdę doceniona”, mówię ironicznie, co sprawia, że Silver — nie, Satis — podchodzi do mnie i ociera pysk o moją twarz. „Jesteś taki słodziutki!”
„A może Lima?” mówi Mehdi, a my patrzymy na niego zdziwieni. „Climax. Lima.”
„Czemu nie.” Patrzę na ogromne śpiące maleństwo, które otwiera oczy, gdy odwracam głowę. „Zawsze mam wrażenie, że jest z nich wszystkich najbardziej dojrzały.”
„Wiem, że się do niego przywiązałaś.” Des uśmiecha się. „Nawet bardziej niż do reszty.”
„Kocham je wszystkie jednakowo!” wykrzykuję, ale Des chichocze.
„To normalne, że jednego lubisz bardziej niż inne. On będzie pierwszym, który cię zapłodni, kiedy nadejdzie czas”, mówi spokojnie, a to jest takie dziwne.
„Nie… przeszkadza ci, że twoi własni synowie będą się ze mną kochać?” pytam, a Des kręci głową.
„Wręcz przeciwnie. To największy zaszczyt — wiedzieć, że ich krew będzie przekazywana przez pokolenia, z tak wspaniałym obiek… kobietą”, poprawia się, a ja się uśmiecham.
„Takie dziwne, ale podoba mi się to.”
Teraz, gdy maluchy mają imiona, wraca nuda. To po prostu… za mało. Zostało mi jedno zadanie, a wydaje się nieosiągalne. Richard.
Patrzę, jak bawi się z małymi smokami, bo przy nim zachowują się jak prawdziwe dzieci. Nie ma w ich interakcji absolutnie niczego seksualnego, co zwykle ma miejsce. Des nie chce dzielić się żadnymi informacjami na jego temat, a sam Richard jest jak zwykle małomówny.
Ale to nie wystarcza, żeby mnie zaspokoić. Chcę… więcej.
„Wydajesz się nietypowo… melancholijna.”
Lazaros siada obok mnie, a ja wciąż muszę się przyzwyczajać do tego, jak siada. Wygląda to raczej jak koń, który się kładzie, co jest dość oczywiste. Ale nadal dziwne.
„Nic takiego”, mówię, ale on chichocze.
„Wiedziałaś, że te legendy są prawdziwe? Centaury pochodzą z greckiej mitologii. Żyliśmy pośród bogów i bogiń — i uwierz mi, oni wiedzieli, jak się bawić”, opowiada, a ja się uśmiecham. „I nauczyłem się wyczuwać kłamstwo, kiedy je słyszę.”
„Nie chcę, żeby Des pomyślał, że jestem… zachłanna albo nieszczęśliwa”, szepczę, ale Lazaros kręci głową.
„On jest smokiem, Cat. Nie żyje według ludzkich zasad moralnych, nie zależy mu na tych samych rzeczach i nie czuje tych samych emocji. Rozumie o wiele więcej, niż ci się wydaje.”
„Co masz na myśli?”
„Powiedz mu, co myślisz, czego pragniesz. Będziesz zaskoczona, i to… bardzo przyjemnie. Jestem pewien.” Lazaros mruga do mnie, a ja muszę się uśmiechnąć, chociaż nie chcę.
„Ale… czy nie jestem zbyt zachłanna? To znaczy… mam dosłownie cztery wielkie kutasy do dyspozycji, kiedy tylko chcę, jeszcze więcej, jeśli znajdę inne potwory w okolicy, a wkrótce dojdzie sześć następnych. Ale i tak… czuję, jakby czegoś brakowało.”
„I chcesz się dowiedzieć, czego?” pyta Lazaros.
Patrzę na niego z ciekawością i kiwam głową.
„W takim razie powinnaś zapytać szefa.”
„Nie jest już naprawdę twoim szefem. Ani moim.” Śmieję się, ale Lazaros kręci głową.
„Uratował nas od pewnej śmierci, ale to ty wypuściłaś nas do tego raju. I on o tym wie. Zrobi to, czego chcesz, jeśli powiesz mu, co czujesz. Nie jest człowiekiem, sam się nie domyśli. Porozmawiaj z nim, będziesz zaskoczona, obiecuję.”
Kiedy słońce zachodzi, odważam się zapytać. Jesteśmy teraz sami — Des i ja — bo lubi zasypiać sam ze mną u boku, zwykle w swojej smoczej postaci.
Ale zanim się dziś przemienia, chwytam go za rękę.
„Chcę ci powiedzieć, że cię kocham i doceniam wszystko, co dla nas robisz”, mówię, a on przechyla głowę.
„Nas?” uśmiecha się. „Uważasz się teraz za jednego z potworów?”
„Cóż… jestem zmiennokształtna, poza tym nie chcę się od nich oddzielać”, przyznaję, a on kiwa głową.
„A ja kocham cię całym sercem, wiesz o tym. Ale wiem wystarczająco dużo o ludziach, żeby wiedzieć, że nie mówisz mi tego po prostu tak sobie. Co cię trapi?”
„Zastanawiałam się… Czy to… tyle? Czy to wszystko? Mam rodzić smocze jaja do końca życia?”
„Och, kochanie, ty nigdy nie umrzesz.” Des się śmieje, a mnie dosłownie zatkało.
„Co?!”
„Jesteś teraz zmiennokształtna. To oznacza, że twoje organy i całe ciało… resetują się za każdym razem, kiedy się zmieniasz. A wiesz kiedy się zmieniasz.” Chichocze.
„Więc… mówisz, że… im więcej się pieprzę, tym dłużej będę żyć?!” piszczę, a Des wybucha śmiechem i kiwa głową.
„Można tak powiedzieć. Twoje ciało już się nie starzeje, a cokolwiek ci się nie podoba, możesz zmienić.” Głaszcze mnie po twarzy. „Ale gdyby to ode mnie zależało, nie zmieniłbym niczego, bo jesteś idealna i wspaniała od dnia, kiedy weszłaś do mojego biura.”
„Umiesz się pięknie wysławiać.” Chichoczę. „Ale naprawdę nie miałabym nic przeciwko, żeby być większa, tak żeby zmieścić w sobie całego twojego smoczego kutasa.”
„Kochanie, jesteś teraz zmiennokształtna, z narodzinami jaj przeszłaś przemianę. Nie musisz rosnąć. Cokolwiek sobie zażyczysz, to się stanie. Spróbuj. Wyobraź sobie coś.”
„Hmm…” chichoczę i zamykam oczy.
Wyobrażam sobie siebie z wyrzeźbionym brzuchem, szerokimi biodrami i soczystym, jędrnym, ale krągłym tyłkiem — coś, co normalnie jest możliwe tylko dzięki operacji albo photoshopowi. A kiedy otwieram oczy, patrzę w dół i… widzę dokładnie to, co sobie wyobraziłam.
„Co do kurwy”, szepczę, a on się śmieje, przesuwając dłonią po moim tyłku.
„Nie ma żadnych ograniczeń. Mogłabyś nawet zamienić się w smoka.”
„Ale… myślałam, że nie ma samic smoków.”
„I nie ma. To byłaby tylko… kopia, w pewnym sensie. Nie byłabyś prawdziwym smokiem. Ale kochanie… powiedz mi, czego teraz pragniesz.” Uśmiecha się, chwytając kosmyk moich włosów w pięść.
„Czy są tam gdzieś jeszcze inne potwory?” szepczę, a oczy Desa lekko się rozszerzają. „Nie mogą istnieć tylko te, prawda?”
„Jest ich znacznie więcej.”
„Uratujmy je”, mówię pod nosem, a Des przechyla głowę. „Chcę dać im nowe życie w bezpieczeństwie, chronić je i zapewnić przetrwanie ich gatunków.”
„Czy… chcesz się z nimi wszystkimi rozmnażać?” pyta Des z wahaniem, a ja powoli kiwam głową.
„Widzę, jakie niektóre z nich są samotne. Mehdi chętnie spotkałby innego dżinna. Wilkołak jest tak samotny, że ledwo mnie już pieprzy, chce tylko uwagi i przytulania. A wyobraź sobie wszystkie potwory, które wyglądają jak Sylvan albo jeszcze gorzej? Ludzie zabiliby je na miejscu, ale my moglibyśmy je uratować!”
„Czy wiesz, o co mnie prosisz, Cat?”
„Nie… do końca.”
„Takie potwory istnieją. I większość z nich znajduje się w jednym miejscu. Ale to bardzo niebezpieczne i musielibyśmy na jakiś czas opuścić nasz dom.”
„My?” uśmiecham się i biorę go za rękę. „Poszedłbyś ze mną?”
„Już nigdy nie odejdę od twojego boku, moje serce. Ale będziemy potrzebować pomocy kogoś jeszcze.”
„Kogo?”
„Kogoś, kto zna to miejsce, dokąd się wybieramy. Kogoś, kto… kiedyś je posiadał.”
„Kto to jest?”
„Richard.”
















































