
W rękach alfy: Własność Winterbornów
Autorzy
Lektury
323K
Rozdziały
9
Rozdział 1
Opowiadanie z cyklu Owned by the Alphas: Owned by the Winterborn
NIKOLAI
„Ten rytuał będzie inny niż pozostałe, Nikolai. Czujesz to?” zapytała Tabby, a jej duże, mądre oczy uśmiechały się z fotela na biegunach na werandzie. Patrzyła na bagna, a ja siedziałem na schodkach prowadzących do mętnej wody.
Nocne powietrze było chłodne. Niczym ostrzeżenie sprawiało, że włosy stawały mi dęba na ciele.
Skinąłem głową. „Czuję to”. Rzuciłem do wody kawałek mięsa z wiadra stojącego obok mnie. Był dla Ruby, aligatorzycy. Szybko go złapała i radośnie rzucała się w wodzie.
„Inny pod jakim względem?” Derik zmarszczył brwi, opierając się ze skrzyżowanymi ramionami o ścianę domu Tabby.
Uśmiechnęła się łagodnie, poprawiając dziergane koce na nogach. „Czas pokaże” powiedziała. Nie musiałem nawet używać naszej więzi, żeby wiedzieć, że ta odpowiedź potwornie wkurzy Derika.
I rzeczywiście, szybko wyczułem rosnącą w nim frustrację.
Spojrzałem na Braxa, który patrzył ponuro z krawędzi lasu. Stał tam obok powozu ze skwaszoną miną i odmawiał podejścia bliżej.
Tabby nie miała mu tego za złe, ale mnie to potwornie irytowało. To, co wydarzyło się w jego przeszłości, powinno tam zostać. On jednak wciąż karał za to Tabby.
Ja tego nie robiłem. Rozumiałem ją. Znałem jej serce lepiej niż inni – mój wilk dawał mi głębsze zrozumienie emocji. Jej serce było czyste. Gdyby tak nie było, nie mogłaby nosić w sobie dziecka, tak jak to zrobiła. Żadna czarownica by nie potrafiła. A jednak Cain się urodził.
To mówiło mi wszystko, co musiałem wiedzieć.
„Nie lubię słowa inny” mruknął Derik. „Inny oznacza kłopoty. A nie możemy sobie na nie pozwolić, jeśli chodzi o granicę”.
„Odrobina kłopotów nigdy mnie nie przerażała” uśmiechnąłem się krzywo, żeby wkurzyć Derika. „Nudzi mnie już to okazjonalne walczenie z samotnikami. Nudzi mnie straszenie ludzi dla zabawy. Dajcie mi dziewicę, która potrafi possać mojego kutasa lepiej niż samice w naszym stadzie. To by dopiero oznaczało kłopoty”.
Tabby uderzyła mnie lekko w tył głowy, a ja skrzywiłem się, rzucając Ruby kolejny kawałek mięsa.
„W jednym zdaniu z uroczego chłopca zmieniasz się w gbura, Nikolai. Ostrzegam jednak, uważaj, czego sobie życzysz”. Spojrzała na mnie, unosząc brew.
Uśmiechnąłem się złośliwie i wzruszyłem ramionami. „A kiedy ja w ogóle uważam, Tab?”
Zaśmiała się, a wokół jej oczu pojawiły się zmarszczki, gdy z westchnieniem spojrzała na swoje bagna. „To prawda. A teraz wy trzej lepiej już idźcie, co? Macie rytuał do przygotowania”.
Derik oderwał się od ściany domu i zabrał nasze filiżanki do środka, a ja wstałem i wrzuciłem do bagna resztkę mięsa dla Ruby.
Tabby wstała powoli i owinęła sobie koc wokół ramion niczym szal. „Nikolai” powiedziała cicho, gdy chwyciłem ją za ramię i pomogłem jej wkuśtykać do środka. „Zaufaj swojemu instynktowi podczas tego rytuału, słyszysz? On poprowadzi cię właściwą ścieżką”.
„Moją ścieżką? Myślisz, że ten krwawy księżyc będzie jakimś przełomowym momentem?” odpowiedziałem z nutą sarkazmu. Jej gadki o przeznaczeniu zazwyczaj nie zmieniały tego, co i tak zamierzałem zrobić.
Uśmiechnęła się tak, jakby doskonale wiedziała, o czym myślę, i poklepała mnie po ramieniu. „Tak. Nie musisz w to wierzyć, żeby to była prawda. Ale poczujesz to. Ta różnica w ciebie uderzy i wtedy zrozumiesz. A kiedy to się stanie, posłuchaj. Choć wiem, jakie to dla ciebie trudne. Twoje instynkty są bardzo wyostrzone i pomogą tobie oraz pozostałym Alfom podążać właściwą ścieżką”.
Skinąłem głową. Z jednej strony zignorowałem to, co mówiła, ale z drugiej miałem nadzieję, że ma rację. Miałem już dość tego rytuału.
Ludzie byli nudni w łóżku. Zwłaszcza dziewice.
Jedyne, co robiły, to leżały. Niektóre płakały, a ja musiałem udawać, że mnie to rusza. Musiałem je uspokajać. Udawanie emocji nie było moją mocną stroną.
Brax miał łatwiej. Kiedy stąd wyjeżdżaliśmy, potrafił się ciągle uśmiechać i ludzie myśleli, że jest przyjazny. To było piękne kłamstwo. W rzeczywistości potrafił być tak samo brutalny jak reszta z nas.
Derik był bardzo oficjalny. Przedstawiał im zasady i mówił, że robimy to dla nich. Sprawiał, że czuły się tak, jakby miały wybór. Ale go nie miały. My zresztą też nie.
Musieliśmy sypiać z dziewicami, żeby utrzymać w mocy magię naszej granicy. To była jedyna rzecz, która trzymała wampiry z dala od nas na ich terytorium. Ludzie tego nie doceniali, ale my i tak to robiliśmy. Dla nich.
Derik zrobiłby dla nich wszystko, nawet własnym kosztem. Braxa nie obchodziło, co robimy, po prostu robił to, co inni. A ja? Zrezygnowałbym z tego, gdybym tylko mógł.
Sypianie z kobietami to była fajna rozrywka i robiłem to regularnie — z wilczycami. Z ludźmi — z dziewicami — już nie tak bardzo. Zwłaszcza z takimi, które nie miały doświadczenia i chciały tylko, by wypełnił je kutas, żeby mogły potem powiedzieć, że złożyły z siebie ofiarę dla wioski, a następnie wyjść za mąż za swojego.
To nie był mój styl, ale spełniałem swój obowiązek jako Alfa.
I jeśli to, co mówiła Tabby, było prawdą i ten rytuał miał być inny, to chociaż bardzo sprzeciwiało się to mojej naturze, byłem skłonny jej posłuchać.
Wprowadziłem Tabby do środka i posadziłem w jej starym fotelu, ponownie przykrywając ją kocem. Derik przyniósł jej świeżo zaparzoną herbatę, po czym się wyprostował. „Dziękujemy za gościnę, Tabitho. Będziemy się zbierać”.
Tabby skinęła głową. „Oczywiście. Idźcie” powiedziała, odpędzając nas gestem dłoni. Pochyliłem się, żeby pocałować ją w policzek, a potem wyszedłem z Derikiem z małej chaty.
Zeszliśmy po rampie, przechodząc kilka kroków przez płytką część bagna. Następnie wsiedliśmy do powozu, w którym siedział już Brax.
Zajął lewy róg. Miał skrzyżowane ramiona i naciągnięty kaptur, gdy ponuro gapił się przez okno.
„Nie to okno, patrzysz na las. Jeśli chcesz patrzeć na dom Tabby, powinieneś usiąść po drugiej stronie” rzuciłem kpiąco.
Brax przeniósł swój wściekły wzrok na mnie. „Mówiłem, żebyście zostawili mnie w spokoju”.
Derik westchnął, siadając i zamykając za nami drzwi. „A ja ci mówiłem, że to byłoby pozbawione szacunku. Idziemy wszyscy. Takie są na razie zasady Tabby”.
Brax nic nie powiedział i dalej wpatrywał się gniewnie w okno. Oparłem się wygodnie na siedzeniu, a powóz ruszył z powrotem w stronę miasta.
Krwawy księżyc wyłonił się już zza horyzontu. Wyjrzałem przez okno powozu, by się w niego zapatrzyć.
I mógłbym przysiąc, że też na mnie patrzył. Szeptał. Po mojej skórze przebiegł dreszcz.
„Tabby ma rację”. Przełknąłem ślinę. „Tym razem jest w tym coś innego”.
„Nie ufam niczemu, co mówi ta czarownica” mruknął Brax. „Jeśli jest inaczej, to tylko dlatego, że ona o to zadbała”.
Przewróciłem oczami.
Derik uszczypnął się w nasadę nosa. „Weźcie się w garść. Mamy dziś w nocy obowiązek do spełnienia. Wszyscy wiemy, że granica jest w swoim najsłabszym punkcie. Nie wzmocni się, jeśli obaj nie potraktujecie tego jak rytuału, którym to ma być”.
„Ty i te twoje zasady, D” uśmiechnąłem się pod nosem.
„To nie są moje zasady” stwierdził.
Wiedziałem o tym, ale i tak z niego kpiłem. Niewiele było zasad, których przestrzegałem w ciemno. Jednak rytuał krwawego księżyca był czymś, z czym żaden z nas nie chciał igrać.
Nasi rodzice oddali wszystko, żeby wznieść granicę i powstrzymać wampiry podczas wojny. Musieliśmy to uszanować, wypełniając rytuał, by utrzymać magię w tej granicy.
Zresztą nie było tak źle. Pieprzenie przez całą noc miało swoje zalety. Jak chociażby brak patroli.
I to by było na tyle.
Ludzie nie mieli tego, czego trzeba, żeby nas zadowolić, ale w tej nocy wcale nie chodziło o satysfakcję. Właśnie dlatego istniały zasady.
Takie, których nigdy nie złamałem.
Na tę myśl poczułem ucisk w piersi i zmarszczyłem brwi. Czy to właśnie Tabby miała na myśli, mówiąc „inny”? Czy to dzisiejszej nocy złamię zasady?
Choć ta myśl mnie podniecała, szybko ją odepchnąłem. Nie miałem zamiaru tego spierdolić. Nie mogliśmy sobie pozwolić na konsekwencje.
Każda pełnoletnia ludzka dziewica musiała złożyć w ofierze swoją czystość. Nie było wyjątków.
Wróciliśmy do miasta i wszystkie wilki były bardzo spięte. Stado wiedziało, że nadchodzą ludzie, a to zawsze wystawiało ich samokontrolę na próbę.
Większość z nich albo się pieprzyła, albo pozostawała w wilczej postaci, albo po prostu chowała się z dala od innych.
Dziewic nie mógł dotknąć żaden wilk, który nie był alfą. Wyjątkiem był Galen, najstarszy wilk w naszym mieście. Zdawały się go nie obowiązywać te same zasady co resztę z nas.
Jednak w tym czasie on nigdy nie opuszczał swojej chatki. Zostawał po prostu w pobliżu, zamiast iść do lasu, na wypadek gdyby któryś z nas postanowił zrobić coś więcej niż tylko pieprzyć ludzi.
A istniała na to niewielka szansa.
Poprzedni alfowie byli znani z tego, że pozwalali swoim wilkom przejąć kontrolę i zabijać dziewice. Ale Derik, Brax i ja o wiele lepiej kontrolowaliśmy nasze wilki niż nasi rodzice. Nigdy nie przytrafił nam się taki wypadek, jak im.
Poszliśmy do rezydencji, żeby się przygotować, udając się prosto do pokoi przeznaczonych dla ludzi. Zapewniliśmy im wszystkie luksusy, o jakich tylko mogliśmy pomyśleć, tak jak co roku. Było łatwiej, gdy były tak zrelaksowane, jak to tylko możliwe.
„Zacytujcie zasady” powiedział Derik, gdy sprawdzaliśmy, czy ponczu jest pod dostatkiem i czy jest doprawiony alkoholem. Kielichy przysięgi były gotowe. Łazienki zostały przygotowane.
„Musimy to robić za każdym razem?” zapytałem, chwytając kubek i próbując ponczu. Derik odwrócił się od ognia i rzucił mi mordercze spojrzenie.
To oznaczało „tak”.
„Żadnego całowania ofiar. Żadnego dotykania ofiar” zaczął Brax, wiedząc, że lepiej nie zaczynać z Derikiem kłótni o zasady.
Uśmiechnąłem się złośliwie. „Nie rozumiem dlaczego. Byłoby o wiele zabawniej, gdybyśmy mogli zapewnić im pełne wrażenia”.
Derika wcale to nie rozbawiło.
Brax jednak skopiował mój uśmiech. „Wyobraźcie sobie ich miny. Pokazać im, co potrafi wilk, a potem odesłać z powrotem, by przez resztę życia zadowalały się przeciętnym ludzkim fiutem. To by było wielkie rozczarowanie”. Brax roześmiał się, kręcąc głową. Wrócił do normy, gdy tylko znaleźliśmy się z dala od Tabby.
Zaśmiałem się i chwyciłem kolejny kubek ponczu, opierając się o stół. „Byłyby pod naszymi drzwiami już następnego dnia, błagając o orgazm, którego ich ludzki kochanek nie potrafił im dać”. Na samą myśl uśmiechnąłem się szeroko. Zaczęło we mnie narastać ekscytujące napięcie przed tą nocą.
„To wbrew zasadom, zarówno jeśli chodzi o nasz rytuał, jak i ich umowę” westchnął Derik. „Ale przyznaję, że ruchanie na kłodę jest dość nudne”. Pozwolił, by na jego wargach zagościł cień uśmiechu, gdy wpatrywał się w ogień. Uśmiechnąłem się szeroko i odłożyłem poncz – zaspokajał pragnienie, ale nie wywoływał u mnie żadnego upojenia, które poczułby po nim człowiek.
„I prawda wychodzi na jaw” rzuciłem zaczepnie.
„Nigdy nie twierdziłem, że jest inaczej, albo że nie podzielam waszych odczuć. Twierdzę tylko, że nie ma znaczenia, czego my chcemy od tej nocy. Odbieramy ofiarom czystość i oddajemy ją królestwu. Takie są zasady. Przestrzegamy ich”.
Nagle moja skóra zaczęła mrowić, tak jakby poncz jednak na mnie podziałał. Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na kubek, jakby miał mi dać jakieś odpowiedzi, po czym odchrząknąłem, opierając dłonie na biodrach.
„Albo i nie. Tabby mówiła, że dzisiejsza noc będzie inna”. Gdy to wypowiedziałem, naprawdę poczułem coś innego. Zazwyczaj chciałem od seksu czegoś więcej podczas rytuału krwawego księżyca. Jednak to napięte i podniecające uczucie w mojej piersi podpowiadało mi, że może właśnie dzisiaj to dostanę.
„To niemożliwe. To rytuał. Musi być—”
„Rozumiem, D. Będę przestrzegał zasad” przerwałem mu. Nie chciałem znowu słuchać o naszym obowiązku.
„A może byśmy tak poszli, zanim ludzie pomyślą, że ich porzuciliśmy, co?” powiedział Brax, podchodząc, by poklepać mnie i Derika po plecach.
Derik skinął głową i ruszył w stronę drzwi. „Wysłałem wcześniej wioskom nasz wybór strojów”.
Oblizałem wargi. Biały — to był jedyny wymóg. Coś tam o tradycji i oddaniu hołdu czystości, którą miały poświęcić.
Mnie było obojętne, jaki kolor miały na sobie. Szczerze mówiąc, w ogóle mnie to nie obchodziło.
Ale im mniej ubrań, tym lepiej.
Choć mogło im być przez to zimno, ułatwiało to znacznie szybsze załatwienie sprawy. Zazwyczaj zresztą w ogóle nie zdejmowały ubrań.
„Dzięki, D” powiedział Brax, ruszając za nim do wyjścia. Wyszedłem ostatni i zamknąłem za sobą drzwi. Nie byłem pewien, jak potoczy się ta noc, ale teraz bardziej niż kiedykolwiek byłem przekonany, że Tabby miała rację. Będzie inaczej.
Pozostawało tylko pytanie, czy to będzie dobra, czy zła zmiana?
















































