
Pakt
Autorzy
Jessica Morel
Lektury
1,1M
Rozdziały
26
Rozdział 1
Pakt
[rzeczownik]
Oficjalne porozumienie między osobami lub stronami
Pochodzenie: późnośrednioangielski, ze starofrancuskiego, od łacińskiego pactum „coś uzgodnionego”.
FRANCESCA
„Życzy pani sobie kieliszek szampana przed startem?”
Pytanie ledwie do mnie dociera. Jestem zbyt pochłonięta faktem, że siedzę w pierwszej klasie. Pierwsza klasa w Airbusie A380. Lot z Nowego Jorku do Londynu.
„Panno Barton?”
„Hę?”
„Szampan przed startem?”
„Och! Tak, poproszę”.
Nie potrafię powstrzymać uśmiechu. Ta uwaga sprawia, że kręci mi się w głowie ze szczęścia. Stewardesa odwzajemnia uśmiech. Podaje mi kieliszek szampana i idzie do kolejnego pasażera.
Kiedy Leo przysłał mi bilety, nie miałam pojęcia, że polecę pierwszą klasą. Z drugiej strony nie powinnam była spodziewać się niczego innego po Leo Chambersie. Jest w końcu najmłodszym miliarderem na świecie.
Minęło dziesięć lat, od kiedy ostatni raz widziałam Leo. Utrzymujemy kontakt przez maile i telefon, ale tak naprawdę go nie widziałam.
Jest niesamowicie przystojny. Wygląda jak grecki bóg. W liceum był rozgrywającym i kapitanem drużyny futbolowej, a od przedszkola moim najlepszym przyjacielem.
Kocham Leo. Zawsze go kochałam. Ale utknęłam we friendzonie na stanowczo zbyt długo.
Pocałowałam go tylko raz, w dniu zakończenia szkoły. Byliśmy w tunelu prowadzącym na boisko do futbolu. Nigdy nie zapomnę tamtego dnia. Wtedy właśnie zawarliśmy nasz pakt.
Wyciągam telefon i wysyłam krótką wiadomość. Wiem, że Leo będzie chciał wiedzieć, że jestem w drodze.
Francesca
Już w samolocie. Dzięki za pierwszą klasę. Jestem ci dłużna. Do zobaczenia, F x
Mój telefon wibruje niemal od razu.
QB
Tylko to, co najlepsze dla ciebie, Cheer. Uważaj na siebie. Nie mogę się doczekać spotkania. QB x
Uśmiecham się, wyłączam telefon i chowam go do torebki. Stewardesa podchodzi ponownie i umieszcza moją torbę w schowku nad głową, a ja wracam do popijania szampana.
Och, przywileje bogactwa.
„Pierwszy raz w pierwszej klasie?” – pyta głęboki głos obok mnie. Wzdycham z zaskoczenia na widok mężczyzny po drugiej stronie przejścia.
„Eee…”
Na jego ustach pojawia się arogancki uśmieszek, gdy bezwstydnie mu się przyglądam.
Weź się w garść, Francesca.
Ten facet ocieka bogactwem. Jego włosy są idealnie ułożone, a garnitur wygląda, jakby kosztował więcej niż mój samochód.
Zastanawiam się, dlaczego w ogóle leci tym samolotem. Prawdopodobnie stać go na własny.
„Masz rację” – mówi pan w garniturze od Armaniego, przerywając moje rozmyślania.
„Słucham?”
„Mam własny samolot. Ale mój pilot jest na urlopie tacierzyńskim. Jego żona właśnie urodziła bliźniaki”.
„Och”.
Moja krótka odpowiedź wywołuje kolejny uśmieszek na jego twarzy. W myślach kopię samą siebie.
„Nie odpowiedziałaś na moje pytanie”.
„Jakie?”
„Czy to twój pierwszy raz w pierwszej klasie?” – powtarza swoje wcześniejsze pytanie i bierze łyk szkockiej.
„Tak” – przyznaję z zakłopotaniem.
„Interesujące” – mruczy pod nosem. Podnosi pustą szklankę, żeby dać znak stewardesie, a ona natychmiast zjawia się u jego boku.
„Słucham, panie De Luca?”
„Poproszę o dolewkę i więcej szampana dla mojej przyjaciółki”. Pan De Luca kiwa głową w moją stronę.
Stewardesa szybko odchodzi, a ja uśmiecham się do mojego nowego przyjaciela.
„Francesca” – mówię cicho, a pan De Luca unosi brew. „To moje imię” – wyjaśniam. „Mam na imię Francesca. Francesca Barton”.
„Christian De Luca” – przedstawia się z uśmiechem, który powaliłby na kolana każdą kobietę. Wyciąga rękę przez przejście między nami.
Kiedy wypowiada swoje nazwisko, wyłapuję lekki włoski akcent. Chwytam jego dłoń. Staram się nie oblać rumieńcem, gdy czuję iskrę między nami.
„Włoch?” – pytam, a on lekko ściska moją dłoń.
„Si”.
To sprawia, że się rumienię. Tłumię chichot, żeby nie wyjść na kompletną idiotkę.
Trzyma moją dłoń o chwilę dłużej, niż to konieczne. Potem ją puszcza, a ja żałuję, że to zrobił.
„Więc jak to się stało, że wylądowałaś w pierwszej klasie, panno Barton?”
„Mój przyjaciel podarował mi bilet. Przylatuję w odwiedziny na lato”.
Stewardesa przynosi nasze drinki i zwraca naszą uwagę na film o bezpieczeństwie.
Zanim film się kończy, pan De Luca ma już na uszach słuchawki. Jest całkowicie pochłonięty swoim eleganckim, drogim laptopem.
Cóż, było miło, dopóki trwało.
Wzruszam lekko ramionami. Biorę książkę z kolan i otwieram na zagiętej stronie. To chyba pięćdziesiąty raz, kiedy zaczynam czytać serię Harry Potter. To moja mała słabość.
Mam wszystkie osiem książek w torbie. Myślę, że uda mi się przeczytać przynajmniej dwie podczas mojego siedmiogodzinnego lotu do Londynu.
Nigdy nie potrafiłam spać w samolotach. Nie latam często. Może leciałam z sześć razy w moim dwudziestoośmioletnim życiu.
Z jakiegoś powodu po prostu nie umiem spać podczas lotu. Nie boję się latać, ale jestem ostrożna.
Światła w kabinie zostają przygaszone. Kilku pasażerów wokół mnie już śpi.
Pan De Luca nadal jest skupiony na komputerze. Jego palce śmigają po klawiaturze. Zastanawiam się, czym zajmuje się zawodowo. Jasne jest, że ma mnóstwo pieniędzy, ale ciekawi mnie, jak je zarabia.
Jedną z zalet pierwszej klasy jest stały dostęp do jedzenia i alkoholu. Nie zdziwię się, jeśli po tym locie będę kilka kilogramów cięższa.
Mniej więcej w piątej godzinie lotu chrupię darmowe orzeszki. Nagle światła w kabinie zaczynają migać.
Samolot lekko opada, a mój żołądek wywraca się do góry nogami. Książka wypada mi z rąk. Mocno chwytam za podłokietniki.
Zamykam oczy i staram się skupić na oddychaniu. Moje serce bije jak szalone.
„Panie i panowie, wlecieliśmy w strefę turbulencji. Przepraszamy za niedogodności.
Włączyliśmy sygnalizację zapięcia pasów. Prosimy o pozostanie na miejscach i upewnienie się, że państwa pasy są bezpiecznie zapięte.
Drugi pilot i ja robimy wszystko, co w naszej mocy, aby jak najszybciej opanować sytuację”.
Głos kapitana nie bardzo uspokaja moje nerwy. Z całej siły ściskam podłokietniki mojego miękkiego fotela.
Nie wiem, jak długo samolot tkwi w turbulencjach. Przez cały ten czas mocno zaciskam powieki.
W końcu samolot się stabilizuje. Kapitan odwołuje alarm, a ja rozluźniam uścisk. Otwieram oczy i rozglądam się po kabinie. Zauważam, że pan De Luca chichocze pod nosem.
„Co?” – warczę, nie rozumiejąc, co go tak bawi.
„Jesteś świetna w roli damy w opałach, kotku”. Uśmiecha się arogancko.
„Wcale nie udawałam! To było—”
„Jeśli chciałaś zwrócić moją uwagę, wystarczyło poprosić. Czego pragniesz, kotku? Chcesz się pieprzyć w samolotowej łazience?”
„Słucham?!”
Teraz jestem po prostu wkurzona. Cały urok, jaki ten facet miał wcześniej, właśnie wyparował.
Jasne, jest przystojny. Cholera, może jest nawet bardziej seksowny niż Leo, ale tylko odrobinę. Jednak pomijając wygląd, to po prostu zapatrzony w siebie palant!
„Nie chcę twojej uwagi” – warczę na niego, a on po prostu uśmiecha się cynicznie.
„Jasne, kotku”.
„Ty—” Przerywa mi kolejne wstrząśnięcie wywołane turbulencjami. Na chwilę tracę wątek i znowu łapię za podłokietniki.
„Wszystko w porządku?” – pyta inny pasażer, przechodząc obok mojego siedzenia w stronę łazienki.
„Z nią wszystko dobrze” – warczy pan De Luca. Ku mojej irytacji żołądek podchodzi mi do gardła z emocji. Ale na drugim pasażerze ten pokaz męskości nie robi wrażenia.
„Pytałem panią” – odpowiada mężczyzna. Wydaje się miły. Nic nadzwyczajnego, ale porządny facet.
„Wszystko w porządku, ale dziękuję”. Uśmiecham się uprzejmie. Mężczyzna delikatnie klepie mnie po ramieniu, po czym rusza w swoją stronę.
Pan De Luca prycha. Kiedy na niego spoglądam, przewraca oczami i z powrotem skupia uwagę na laptopie.
„Dupek” – mruczę pod nosem, po czym podnoszę książkę z podłogi.
Reszta lotu mija bez zakłóceń. Zostają mi tylko trzy rozdziały drugiej części, kiedy samolot zaczyna zniżać lot w kierunku Heathrow.
Odkładam książkę. Wrzucam do ust gumę do żucia, żeby pomóc odetkać uszy. Kiedy maszyna znowu opada, ponownie chwytam za podłokietnik.
Podczas lądowania patrzę przez okno. Mimo mojego strachu przed lataniem nie mogę zaprzeczyć, że widok jest całkiem spektakularny.
Pan De Luca również wygląda przez okno. Kiedy gaśnie sygnalizacja zapięcia pasów, szybko wstaję i sięgam po moją torbę do schowka nad głową.
„Pozwól, że ja to wezmę, kotku”. Czuję jego ciepły oddech na moim uchu, gdy pomaga mi z bagażem. Wyrywam mu torbę z rąk.
„Nie potrzebowałam pomocy”.
„Twój wzrost sugeruje co innego”.
„Dupek” – mruczę pod nosem. Przepycham się obok niego i ruszam do wyjścia z samolotu.
Wychodząc z samolotu, dziękuję stewardesom. Idę przez rękaw prosto do hali przylotów.
Nagle zaczynam się uśmiechać od ucha do ucha. Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć Leo. Zauważam go prawie od razu. Wygląda tak samo, ale chyba trochę przypakował, odkąd widziałam go po raz ostatni.
„Leo!” – krzyczę i patrzę, jak jego oczy szukają mnie w tłumie.
Kiedy mnie dostrzega, jego twarz się rozpromienia. To przypomina scenę ze starego filmu. Biegniemy ku sobie. Podnosi mnie z ziemi, okręca w powietrzu, a my oboje wybuchamy śmiechem.
„Cześć, Cheer” – szepcze mi do ucha, a ja mocno go przytulam.
„Cześć, QB”.
„Boże, tak bardzo za tobą tęskniłem” – wzdycha i niechętnie stawia mnie z powrotem na ziemi.
„Ja też”.
„Więc witaj w Londynie”. Rozkłada szeroko ramiona.
„Dzięki. Jestem zaskoczona, że Pan Wielki Dyrektor znalazł czas, żeby po mnie wyjść”.
„Dla ciebie zawsze mam czas, Francesca. Poza tym dyrektor może robić, co mu się kurwa podoba”.
„Słownictwo!” Udaję zszokowaną, a on się śmieje.
„Okej, Cheer, daj mi pójść po twój bagaż. Jak wygląda?”
„Granatowa torba podróżna z różową kokardą”.
Z uśmiechem na twarzy patrzę, jak Leo podchodzi do taśmy bagażowej.
„Nadal tu jesteś, kotku?” Znajomy włoski akcent pojawia się tuż obok mnie.
„Nie masz kogoś innego do dręczenia?”
„Przepraszam, jeśli cię zdenerwowałem, panno Barton” – mówi, a ja nie potrafię stwierdzić, czy jest szczery.
„Dzięki” – mruczę.
„To po prostu przez ten ubiór”. Wskazuje na moje podarte rurki i czarny krótki top. „A zgrywanie niewinnej blondynki jest bardzo… kurewskie”.
„Słucham?”
„Czy to złe słowo?”
„O mój Boże, mam taką nadzieję!”
„Łatwa? Zdesperowana? Dziwkarska? Wybierz sobie”.
Pan De Luca nadal się we mnie wpatruje, a krew zalewa mi mózg. Podnoszę rękę, by wymierzyć mu policzek. Nie pragnę niczego więcej, niż zetrzeć ten arogancki uśmieszek z jego twarzy.
Jak on śmie nazywać mnie dziwką, skoro to on proponował mi „pieprzenie” w łazience.
Moja dłoń już ma spotkać się z jego twarzą, kiedy obok pojawia się Leo. Jestem na tyle zaskoczona, że pan De Luca zdążył złapać mnie za nadgarstek i powstrzymać uderzenie.
„Świetnie! Więc już się poznaliście” – mówi Leo, posyłając nam obu uśmiech.
„Co?” – pytamy jednocześnie z panem De Lucą.
„Chris, to jest moja najlepsza przyjaciółka Frankie, albo Cheer dla wtajemniczonych” – tłumaczy Leo i przyciąga mnie do siebie.
„A to, Cheer, jest Chris. Mój najlepszy kumpel ze studiów i najlepszy partner biznesowy, o jakiego facet mógłby prosić”.



























