
Podarunek Artemisa Księga 3
Autorzy
Lektury
202K
Rozdziały
44
Gorzki ból odrzucenia
CIARA
ROK TEMU
Obudziłam się dziś rano w moim pustym łóżku i westchnęłam. Dzisiaj były moje urodziny. Wiedziałam, że mogę w końcu poznać swojego przeznaczonego. Nareszcie!
Moja wilczyca też tańczyła z radości. Nie mogłyśmy się doczekać, aż znajdziemy partnera i w końcu założymy własną rodzinę. To było wszystko, o czym kiedykolwiek marzyłam, odkąd zostałam sierotą.
Wstałam z łóżka i założyłam swoją najładniejszą sukienkę.
Ponieważ nie miałam rodziców, musiałam pracować, żeby opłacić czynsz. Skończyłam szkołę średnią, ale teraz pracowałam jako stażystka. Właściwie było to dla mnie łatwe, ponieważ byłam uzdrowicielką.
Uzdrowiciele rzadko pojawiali się w stadach. To był dar, który z czasem zanikał. Dla mnie oznaczało to, że mogłam używać swojej mocy do leczenia fizycznych ran.
Nie radziłam sobie zbyt dobrze z ranami umysłu. Mój mentor powtarzał jednak, że wciąż mogę się wiele nauczyć, ponieważ byłam taka młoda.
Wyszłam z pokoju, żeby pójść na swój dyżur do szpitala. Nagle uderzył mnie potężny zapach. Skąd on pochodzi?
Podążyłam za nim i znalazłam syna mojego alfy. Był dziedzicem stada, który miesiąc temu skończył osiemnaście lat. Stał w korytarzu domu naszego stada.
Odwrócił się i wbił swoje jasnobrązowe oczy w moje, które były nieco ciemniejsze.
„Przeznaczony” – zawyła w moich myślach moja wilczyca.
Nie ma mowy! Przyszły alfa był moim przeznaczonym? Nie mogłam w to uwierzyć!
Był też niesamowicie przystojny. Jak na osiemnastolatka miał niezłe mięśnie, choć miał jeszcze czas, żeby urosnąć. Miał krótkie, ciemnobrązowe włosy i symetryczną twarz. Piękny. Mój.
Z szerokim uśmiechem na twarzy podeszłam do niego bliżej. On też się uśmiechał, ale jakoś...
Nie podobał mi się ten uśmiech. Przyprawiał o dreszcze. Nie był to uśmiech, który chciałabyś zobaczyć na twarzy swojego przeznaczonego, gdy po raz pierwszy się odnajdujecie.
„Ciara” – powiedział Devon, a po moim ciele przeszedł dreszcz.
„Taki seksowny...” – mruknęła moja wilczyca. Tym razem nie do końca się z nią zgadzałam. Coś było nie tak.
„Słucham?”
„Podejdź bliżej.” Przywołał mnie gestem dłoni.
Szłam powoli. Kiedy byłam wystarczająco blisko, złapał mnie za ramię. Jego uścisk był mocny, a ja chciałam się cofnąć. Dlaczego sprawiał mi ból? Co zrobiłam źle?
„Myślałaś, że możesz być moją przeznaczoną? Nie rozśmieszaj mnie! Jesteś słaba, ledwie masz w sobie coś z dominantki. Moja luna musi być silna.
„Nie chcę za partnerkę jakiejś płaczącej sieroty. Ja, Devon, odrzucam cię, Ciaro, jako moją przeznaczoną i lunę.”
Bolało jak skurwysyn. Czułam się tak, jakby świat przestał się kręcić. Nie mogłam nawet oddychać.
Ktoś zaczął się śmiać. Od razu wiedziałam, że to Lydia. Od zawsze chciała zostać luną Devona. Nie żeby go kochała. Chodziło jej tylko o tytuł.
Moja wilczyca skomlała w moich myślach. Bardzo mocno przeżywała to odrzucenie.
„Wszystko będzie dobrze, maleńka. Dla mnie jesteś idealna” – powiedziałam jej, gdy po moich policzkach zaczęły płynąć łzy.
„To twój wybór” – powiedziałam. „Ja, Ciara, akceptuję twoje odrzucenie.”
Więź między nami pękła. Nie czułam już do niego zupełnie nic.
Uśmiechnął się z satysfakcją. Odszedł, jakby mnie tam w ogóle nie było.
Bolało tak bardzo, że nie mogłam tam dłużej zostać. Pobiegłam do szpitala i przebrałam się w robocze ubrania. Praca pomoże mi o tym zapomnieć. Ach, i wszystkiego najlepszego z okazji urodzin dla mnie.
***
OBECNIE
Odkąd Devon mnie odrzucił i zajął pozycję alfy, moje życie stało się prawdziwym piekłem.
Upewniał się, że byłam upokarzana na każdym kroku. Wszystkie wilczyce w stadzie warczały na mnie, gdy tylko zbytnio zbliżałam się do ich partnerów.
Nadal potrzebowały mnie do opatrywania ich ran, bo byłam w tym najlepsza. Ale to by było na tyle. Poza tym unikały mnie jak zarazy.
Byłam wyrzutkiem. Nie zrobiłam nic złego, ale Devon najwyraźniej pragnął mojej śmierci. Nie mógł znaleźć dla siebie wybranki, ponieważ jego wilk nie pozwalał mu nikogo naznaczyć.
To nie przeszkodziło mu pieprzyć prawie wszystkich wilczyc w stadzie. Z wyjątkiem mnie. Mnie nigdy by nie dotknął. I dobrze. Zbyt bardzo by bolało, gdyby to zrobił.
Cofam to. Bił mnie przy każdej możliwej okazji. Nikt nigdy mi nie pomógł, więc starałam się schodzić mu z drogi tak często, jak tylko mogłam.
Znowu pracowałam dzisiaj na późnej zmianie. Kiedy wracałam do domu stada, gdzie znajdował się mój pokój, byłam wykończona.
Powłóczyłam nogami, marząc o gorącym prysznicu. Tak bardzo by mi się to przydało... Bogini, daj mi siłę, żebym szybko tam dotarła.
Weszłam do budynku i ruszyłam prawym korytarzem w stronę windy. Nagle rozległ się dźwięk dzwonka. Devon wysiadł z kabiny i rzucił mi paskudne spojrzenie.
Opuściłam wzrok w geście uległości. Modliłam się, żeby po prostu mnie minął. Oczywiście nie miałam tyle szczęścia.
„Zejdź mi z oczu, ty hańbo” – warknął. Potem uderzył mnie w twarz tak mocno, że odrzuciło mnie na ścianę.
Stłumiłam jęknięcie. Wiedziałam, że skrzywdzi mnie jeszcze bardziej, jeśli wydam z siebie jakiś dźwięk. Zostałam na miejscu, dopóki nie odszedł, a potem się podniosłam.
Powstrzymując łzy, weszłam do windy i nacisnęłam przycisk mojego piętra. Kiedy drzwi się zamknęły, pozwoliłam sobie na cichy płacz.
Czym sobie na to zasłużyłam? Przecież to on mnie odrzucił. Czasami żałowałam, że mnie po prostu nie zabił. Tak byłoby dużo lepiej.
Weszłam do swojego mieszkania i zaczęłam się rozbierać przed prysznicem. Było małe, ale przecież mieszkałam sama. Nie potrzebowałam niczego więcej.
Zobaczyłam kilka nowych siniaków, które zaczynały wykwitać na mojej skórze. Świetnie. Poprzednie jeszcze się nie zagoiły, ponieważ byłam taka słaba. Niech to szlag.
Weszłam pod prysznic i pozwoliłam, by gorąca woda złagodziła napięcie w moich mięśniach. Mogło być gorzej. Mógł dalej mnie kopać, kiedy już leżałam na ziemi.
Po prysznicu położyłam się w moim małym łóżku. Właśnie miałam zamknąć oczy, kiedy moje drzwi wyleciały z zawiasów.
W progu stała Lydia. Wyglądała na wściekłą. Zabrała już mojego przeznaczonego. Czego jeszcze ode mnie chciała?
„Devon znowu nie mógł mnie dzisiaj naznaczyć. A to wszystko przez ciebie, suko” – warknęła. „Zabronił mi cię zabijać. Ale skoro oboje odrzuciliście więź przeznaczenia, to myślę, że mogę się ciebie bezpiecznie pozbyć.”
Mówiła poważnie? Patrząc w jej obłąkane oczy, wiedziałam, że tak. Chciała mojej śmierci, bo myślała, że dzięki temu Devon w końcu ją naznaczy.
To poczucie winy i żałoba jego wilka powstrzymywały go przed naznaczeniem jej. Czas by to wyleczył, ale ona była gotowa mnie zabić. Widziałam to w jej oczach.
Musiałam stamtąd spierdalać.
Przemieniłam się w moją płową wilczycę i rzuciłam się do drzwi. Biegłam tak szybko, jak tylko potrafiłam. Słyszałam ją jednak tuż za sobą. Jeśli mnie złapie, zginę.
Zbiegłam po schodach na dół. Przebiegłam przez hol i zobaczyłam Devona. Warknął w czystej złości, ale potem dostrzegł za mną Lydię. Wypadłam przez drzwi, a on krzyknął, żeby przestała.
Biegłam w takim tempie, do jakiego moje ciało nie było przyzwyczajone. Moje płuca zaczynały płonąć. Mimo to nie zwalniałam. Biegłam dalej.
Byłam już prawie na granicy terytorium. Wiedziałam, że nie mogę jej przekroczyć. Gdybym to zrobiła, uznano by mnie za samotnika. Wilki ze stada zabiłyby mnie na miejscu. Niech to szlag.
Zaczęłam krążyć wzdłuż niewidzialnej linii, próbując wymyślić, co powinnam zrobić. Nagle dopadła mnie srebrna wilczyca Lydii. Warczała i obnażała na mnie swoje ostre, białe kły.
Miała w sobie dość dominacji, żeby ze mną walczyć i wygrać. Zwłaszcza, że sypiała z alfą. Nie miałam szans na zwycięstwo. To był mój koniec.
„Teraz cię zabiję. I tak nikt nie będzie za tobą tęsknił. Więc bez urazy, co?”
„Nigdy ci tego nie wybaczy” – odpowiedziałam.
To była marna szansa. Devon był jedyną osobą, na której jej zależało. Ale tylko dlatego, że był alfą. W innym wypadku miałaby go zupełnie w dupie.
„Zobaczymy. Potrafię być naprawdę przekonująca.” Zaśmiała się złośliwie. „Ty jednak nie będziesz tutaj, żeby to zobaczyć.”
„Lydia, przestań natychmiast!” Warknął ciemnobrązowy wilk Devona. „Zostaw ją w spokoju. Ona nie jest ważna.”
„Więc dlaczego nie możesz mnie naznaczyć?! Ona musi umrzeć, żebyśmy w końcu mogli być razem!” – warknęła Lydia.
Devon spojrzał na mnie smutno swoimi jasnymi, żółtymi oczami.
Moja wilczyca skończyła już swoją żałobę. Nie czuła do niego zupełnie nic.
Lydia rzuciła się na mnie, a ja zrobiłam krok w tył. Oficjalnie znalazłam się poza terytorium mojego stada. Zostałam samotnikiem. Lydia przestała jednak na mnie warczeć.
Nie słyszałam jej już wcale. Czułam się wolna... Dopóki nie powalił mnie na ziemię gigantyczny, rudy wilk.
















































