Galatea Logo
ListyPomoc
Wilkołaki i zmiennokształtni
Mafia
Romans z miliarderem
Romans z dręczycielem
Powolnie rozwijający się romans
Od wrogów do kochanków
Romans paranormalny
Przeznaczeni sobie partnerzy
Historie sportowe
Powieści dziejące się na uniwersytecie
Historie o drugiej szansie
Zobacz wszystkie kategorie
Ocena 4,6 w App Store
Warunki korzystania z usługiPrywatnośćImprint
Galatea on FacebookGalatea on InstagramGalatea on TikTok
Cover image for Poza czasem

Poza czasem

Autorzy
Amber Kuhlman
Lektury
16,6K
Rozdziały
46
Autorzy
Amber Kuhlman
Lektury
16,6K
Rozdziały
46
🕵️‍♂️Tajemnica i suspens😱Suspens🕯️Slow Burn🎭Dramatyczne☯️Przeciwieństwa się przyciągają💪🏻Obrońca💪🏻Samce alfa💪SIlne kobiety🖤Mroczne

Addy zawodowo ratuje życie innym – ale nie potrafi uratować własnego. Gdy jedna brutalna noc odbiera jej ostatnie resztki sił, dziewczyna rzuca wszystko i ucieka, desperacko szukając ocalenia. Wtedy wpada na Jaya – nieznajomego z niebezpieczeństwem w oczach i zbyt wieloma grzechami na sumieniu. Jest jak sztorm, którego powinna unikać, ale przyciąganie między nimi jest silniejsze od rozsądku. On jest zdruzgotany. Ona krwawi. A jednak ich serca wciąż potrafią odnaleźć się w tym rumowisku. Gdy mroczne sekrety wychodzą na jaw, a demony przeszłości powracają, Addy musi zdecydować: uciekać dalej przed prawdą czy stawić jej czoła – nawet jeśli oznacza to pokochanie mężczyzny, który może ją doszczętnie zniszczyć.

Rozdział 1

Addy trzymała kierownicę tak mocno, że aż bolały ją palce. Woda uderzała w przednią szybę w gwałtownych strugach, a wycieraczki ledwo nadążały z jej zbieraniem.
Co kilka sekund droga znikała za rozmytą plamą czarnej nocy i srebrnego deszczu, przez co musiała mocno mrugać, żeby dobrze widzieć.
Powinna zatrzymać samochód. Wiedziała o tym.
Jej dłonie trzęsły się zbyt mocno, w klatce piersiowej czuła zbyt duży ucisk, a jej myśli były zbyt poszarpane. Ledwie mogła oddychać z powodu nacisku na żebra.
Ale na samą myśl o zatrzymaniu się, o siedzeniu w miejscu wystarczająco długo, by pomyśleć o tym, co przed chwilą wydarzyło się w tamtym domu, coś gorącego i panicznego podchodziło jej do gardła.
Więc jechała dalej.
Muzyka była wyłączona. Ogrzewanie wiało letnim powietrzem z nawiewów, ale wcale nie pomogło to rozgrzać chłodu ukrytego w jej kościach. Mokre ubrania kleiły się do skóry. Deszczówka spływała z jej włosów na szyję, i teraz wszystko wydawało się mokre, lepkie i po prostu złe.
Zatrzymała się na znaku stop i potarła twarz nasadą dłoni, ale nie potrafiła już odróżnić, co było deszczem, a co jej łzami.
Zanim dojechała do głównej drogi, miasto Seattle stało się tylko rozmytymi światłami w jej lusterku.
Jej oddech był krótki i urywany. Wdech nosem, wydech ustami. Zwolnij. Uspokój się. Próbowała narzucić sobie taki sam rytm, jakiego używała u pacjentów w kryzysie, te same spokojne, miarowe oddechy, których uczyła przy atakach paniki, bólu i szoku.
To nie zadziałało.
Jej umysł wciąż wracał do fragmentów tej nocy. Te myśli były bolesne i raniły ją za każdym razem, gdy sobie o nich przypominała.
Przypomniała sobie Ryana stojącego przed nią w deszczu. Jedną dłoń opierał o otwarte drzwi samochodu.
„Co robiłaś w łazience?”
Sposób, w jaki zmienił się jego głos, gdy o to zapytał — cichszy niż wcześniej, niemal trzeźwy. To była czasem jego najgorsza wersja. Nie ta głośna. Nie ta niechlujna, zataczająca się z pijaństwa. Ta cicha. Ta, w której zachowywał się jak najrozsądniejszy człowiek w towarzystwie. Ta, przez którą czuła się jak wariatka, gdy reagowała na jego czyny.
Palce Addy ześlizgnęły się z kierownicy. Chwyciła ją mocniej. Zacisnęła zęby tak mocno, że aż ją zabolało.
„Jesteś moją narzeczoną. Zależy mi na tobie.”
Od tych słów poczuła ucisk w klatce piersiowej. Wydała z siebie gorzki dźwięk, który przypominał śmiech, z tym że nie było w tym absolutnie nic zabawnego. Zależało mu na niej. Jasne. Zależało mu na tyle, by podnosić na nią rękę za każdym razem, gdy butelka wygrywała.
Zależało mu na tyle, by zostawiać siniaki w miejscach, które mogła ukryć pod swetrami, długimi rękawami i ostrożnymi uśmiechami. Zależało mu na tyle, by potem kupować jej kwiaty. Biżuterię. Drogie przeprosiny.
Spojrzała w dół na jedną chwilę na pierścionek lśniący na jej lewej dłoni.
Nawet w ciemności diament łapał mijające światła i odbijał je w jej stronę. Był piękny. Nieskazitelny. Twarda, błyszcząca rzecz osadzona na drżącej dłoni.
Dzisiejszej nocy go nienawidziła.
Świeża fala mdłości przetoczyła się przez nią. Przełknęła ją i usiadła prościej, starając się zignorować ból w klatce piersiowej, w miejscu, gdzie ją popchnął. Ostry ból przytępił się, przechodząc w głęboki, pulsujący ucisk, który, jak wiedziała, do rana zakwitnie paskudnie. Czarny i siny. Bolesny przy dotyku. Kolejna rzecz do ukrycia.
Pomyślała o Lisie siedzącej na kanapie. Lisa trzymała w dłoni czerwony kubek. Patrzyła na nią ze zmrużonymi z podejrzliwością oczami.
„Czy u was wszystko w porządku?”
„W porządku”, powiedziała Addy.
W porządku.
To kłamstwo miało teraz kwaśny smak. Siedziało na jej języku jak trucizna.
Wcisnęła mocniej pedał gazu.
Droga ciągnęła się dalej, ciemna, śliska i prawie pusta. Domy znikały. Latarnie uliczne stawały się rzadsze. Światła jej samochodu drążyły wąską ścieżkę w burzy, oświetlając mokre drzewa, rowy i sporadyczne błyszczące znaki.
Nie miała planu. Nie miała celu podróży. Wiedziała tylko, że potrzebuje dystansu między sobą a Ryanem, zanim straci te resztki kontroli, które jeszcze miała.
Kontrola.
To słowo uwięzło jej w piersi.
Prawe przedramię Addy rwało z bólu pod mokrą kurtką. Czuła to teraz z potworną wyrazistością, każdy cal zranionej skóry pulsował w rytm bicia jej serca. Nie musiała patrzeć, by wiedzieć, co kryje się pod ubraniem.
W swoim życiu widziała wystarczająco dużo krwi, by dokładnie to sobie wyobrazić. Poszarpane cięcia, zaognione i świeże, ukryte pod rękawem, który szarpnęła w dół przed wyjściem z łazienki.
Poczuła pustkę w żołądku.
Przez jedną straszną sekundę czuła się, jakby znów tam była.
Zamkniętej w łazience Lisy, z tuszem do rzęs rozmazanym na twarzy i basem z imprezy wibrującym w ścianach, lustro pokazało wszystko to, czego nie chciała widzieć. Jej pierścionek. Siniaki na starszych siniakach.
Różowe zgrubienia zagojonych blizn. Dziewczynę, która przez lata harowała do upadłego, która właśnie dostała się na studia medyczne, miała przed sobą całe życie, a jednak jakimś cudem wciąż nie potrafiła wymyślić, jak uratować samą siebie.
Wtedy zobaczyła na podłodze dodatkowe ostrze maszynki do golenia.
Zobaczyła błyszczący metal w swoich trzęsących się palcach.
Poczuła pierwszy ostry ból.
Addy wzięła oddech tak głęboki, że aż zabolało ją w klatce piersiowej. „Nie”. Jej głos zabrzmiał bardzo cicho wewnątrz samochodu. „Nie, nie, nie”.
Zamrugała mocno, by odepchnąć te wspomnienia. Jednak one i tak pozostały w jej głowie. Podłoga w łazience. Krew. Papier toaletowy przyciśnięty do skóry. Jej własny, urywany szloch pochłonięty przez muzykę na zewnątrz. Już wtedy wiedziała, że to czyste szaleństwo.
Że to niczego nie zmieniało. Ryan nadal był Ryanem. Ona wciąż tam była. Rany będą jutro piec, a ona będzie musiała zwlec się z łóżka na kolejny dzień, udając, że wszystko u niej w porządku.
A jednak, przez te kilka sekund z ostrzem w dłoni, poczuła coś, czego już prawie nigdy nie czuła.
Ulgę.
Przyznanie się do tego sprawiło, że poczuła ogromny wstyd. Addy zacisnęła mocniej jedną dłoń na kierownicy. Drugą ręką znów otarła twarz. Czuła się głupio, była zraniona i zmęczona. Była tak zmęczona, że nawet sen nie mógłby pomóc.
Była zmęczona w kościach. Była zmęczona w duszy. Miała dość ciągłego strachu. Bała się Ryana, kiedy pił. Bała się go zostawić. Bała się tego, co pomyślą ludzie, gdyby się dowiedzieli. Bała się samej siebie, bo z nim zostawała.
Deszcz padał jeszcze mocniej.
Gdzieś w oddali rozległ się niski, długi grzmot. Opony SUV-a szumiały na stojącej wodzie. Addy pochyliła się do przodu, mrużąc oczy przez przednią szybę i próbując dostrzec linie na drodze.
Jak to wszystko zaszło aż tak daleko?
Nigdy nie pozwalała sobie myśleć o tym zbyt długo. Odpowiedzi były po prostu zbyt trudne do zniesienia.
Kiedy Ryan uderzył ją po raz pierwszy, odeszła od niego.
Pamiętała tamtą noc z upokarzającą wyrazistością. Podbite oko. Dudnienie w czaszce. Jego trzęsące się dłonie, kiedy błagał ją, żeby nie odchodziła. Łzy spływające mu po twarzy, gdy przysięgał, że to się nigdy więcej nie powtórzy.
Wtedy mu uwierzyła. Może dlatego, że chciała. Może dlatego, że wersja Ryana, którą kochała, wciąż wydawała się bardziej prawdziwa niż ta wersja, która ją raniła. W tamtym czasie jego przemoc wydawała się anomalią, jakimś okropnym błędem w czymś, co poza tym było piękne.
Teraz znała już prawdę.
Teraz wiedziała, że miłość może zgnić. Że przeprosiny mogą stać się rutyną. Że bukiet róż może bardzo przypominać ostrzeżenie, jeśli patrzy się na niego odpowiednio długo.
Następnie przez głowę przemknął jej list o przyjęciu na uczelnię, leżący na stoliku kawowym z kroplami kondensacji zbierającymi się na wierzchu. Wydział Lekarski Uniwersytetu Waszyngtońskiego. Te słowa wydawały się nierealne nawet po tym, jak otworzyła kopertę.
Dzisiejszej nocy powinna być szczęśliwa. Lisa tego dla niej chciała, nawet jeśli zabrała się za to w najgłośniejszy i najbardziej chaotyczny z możliwych sposobów. Impreza. Drinki. Muzyka. Zbyt wiele osób upchniętych w mieszkaniu. A Addy przez całe dziesięć minut próbowała udawać, że może się tym cieszyć.
Potem Ryan poszedł za nią po schodach.
Jej serce zabiło szybciej.
Wciąż czuła zapach whisky z jego ust. Czuła ucisk jego dłoni wokół jej nadgarstka. Słyszała ostry ton w jego głosie, kiedy powiedziała mu „nie”.
„Nie mów mi, co mam robić.”
Addy poruszyła się w fotelu, gdy przez jej klatkę piersiową znów promieniował głęboki i gorący ból. Jej palce musnęły kołnierz kurtki, jakby mogła dotknąć siniaka przez warstwy ubrań. Popchnął ją na tyle mocno, że zatoczyła się do tyłu.
Na tyle mocno, że straciła oddech. Na tyle mocno, że kiedy spojrzała w górę, miał zaciśniętą pięść, jakby tym razem miał nie przestać.
Zrobiło jej się niedobrze.
Zawsze pamiętała właśnie ten moment. Nie tylko to, co zrobił, ale ten ułamek sekundy tuż przed, kiedy widziała decyzję na jego twarzy i wiedziała, że jest na jego łasce.
Z naprzeciwka przejechał samochód, którego światła wypełniły wnętrze SUV-a białym blaskiem, zanim zniknął w burzy. Addy i tak wzdrygnęła się. Jej serce nie chciało zwolnić. Poruszyła ramionami i spróbowała rozluźnić sztywny kark, ale napięcie tylko się nasiliło.
Co ona robiła?
Jadąc donikąd w środku nocy, z mokrymi włosami, krwawiącym ramieniem i mężczyzną, za którego miała wyjść, prawdopodobnie dzwoniącym do niej raz za razem. Jej telefon leżał ekranem do dołu na siedzeniu pasażera, milcząc tylko dlatego, że wyłączyła dźwięk przed ruszeniem.
Nie musiała widzieć jego imienia błyskającego na ekranie. Nie potrzebowała wiadomości głosowych. Przeprosin. Żądań, żeby wróciła, by mogli porozmawiać.
Porozmawiać.
Z jej ust wydobył się kolejny smutny dźwięk przypominający śmiech.
Nigdy nie rozmawiali. Ryan mówił. Ryan tłumaczył. Ryan przepraszał. Ryan płakał. Ryan obiecywał. Addy słuchała. Addy wybaczała. Addy zostawała. I jakoś, na samym końcu, to Ryan zawsze stawał się tym zranionym, a ona była tą nieracjonalną narzeczoną, która oczekiwała zbyt wiele.
Jej oczy znów zaszły mgłą. Tym razem nie potrafiła ocenić, czy to łzy, czy deszcz. Może jedno i drugie.
Powinna do kogoś zadzwonić.
Może do Lisy. Ale na myśl o tym, że Lisa usłyszy drżenie w jej głosie i od razu zorientuje się, że coś jest nie tak, poczuła ucisk w klatce piersiowej. Jej najlepsza przyjaciółka nie była głupia. Lisa domyślała się o wiele więcej, niż Addy kiedykolwiek przyznała. Jedna szczera rozmowa, jedna chwila uczciwości, a cała zgniła konstrukcja życia Addy rozpadłaby się na kawałki.
Nagle przypomniała sobie twarz swojego ojca. Potem przypomniała sobie, co Lisa powiedziała jej wcześniej.
„Nie chcę, żebyś skończyła z facetem takim jak twój ojciec, Addy.”
Przełknęła ciężko ślinę.
Na to było już za późno.
Droga ostro skręcała. Pojechała za nią. Zwolniła tylko trochę. Sosny rosły teraz bardzo blisko po obu stronach jezdni. Były ciemne i kołysały się na wietrze. Im dalej odjeżdżała od miasta, tym bardziej czuła się samotna.
To powinno ją przerażać. Zamiast tego pustka była niemalże pocieszeniem. Żadnych imprezowiczów. Żadnych ciekawskich spojrzeń. Żadnego Ryana stojącego przed nią z tą irytującą, wyuczoną czułością.
Tylko deszcz. Droga. Ból w jej wnętrzu.
Addy znów poruszyła ramionami i rozprostowała palce. Ten ruch pociągnął za cięcia ukryte pod rękawem i syknęła z bólu. Powinna była lepiej je owinąć. Powinna była lepiej je oczyścić. Wiedziała o tym. Ona jedna wiedziała to najlepiej. Ale chciała się tylko stamtąd wyrwać. Wyrwać z łazienki. Wyrwać z mieszkania. Wyrwać z jego zasięgu.
Światła jej samochodu oświetliły coś z przodu — błyszczący znak, potem spękany fragment pobocza, a potem dziurę w asfalcie wystarczająco dużą, by pochłonąć oponę. Skręciła, żeby ją ominąć, a opony lekko wpadły w poślizg na mokrej nawierzchni. Wstrzymała oddech. SUV zarzucił tyłem raz, zanim wyrównała tor jazdy. Zamarła, a każdy mięsień w jej ciele był napięty, dopóki samochód się nie ustabilizował.
„Jezu Chryste”. Jej głos był teraz głośniejszy. Brzmiała na bardzo wystraszoną.
Serce waliło jej o żebra. Zmusiła się do poluzowania uścisku, ale na próżno. Całe jej ciało było napięte, rozedrgane i kruche. Nie mogła tego dalej ciągnąć. Nie mogła dalej jechać na oślep przez burzę jak wariatka.
Szukała miejsca, w którym mogłaby zjechać na pobocze, ale niczego takiego nie było. Żadnej stacji benzynowej, żadnej przydrożnej knajpki, żadnego skupiska świateł w oddali. Tylko drzewa, ciemność i deszcz.
Poczuła w gardle chęć płaczu. Zmusiła się, by jednak nie płakać.
Musiała się uspokoić.
Addy zdjęła jedną rękę z kierownicy i podkręciła ogrzewanie. Następnie, bez zastanowienia, sięgnęła na siedzenie obok i podniosła telefon. Ekran oświetlił jej twarz niebieskim światłem. Miała sześć nieodebranych połączeń i cztery wiadomości tekstowe.
Ryan.
Oczywiście.
Jej kciuk zatrzymał się nad powiadomieniami, a w żołądku narastały mdłości. Ale zanim zdążyła podjąć decyzję, czy ma wyrzucić telefon przez okno, czy wyłączyć go całkowicie, SUV uderzył w coś twardego.
Rozległ się głośny trzask. Kierownica mocno szarpnęła w jej dłoniach.
„Co jest…”
Z przodu pojazdu dobiegł okropny, trzepoczący dźwięk, a następnie samochód pociągnęło mocno na prawą stronę drogi. Addy krzyknęła i zaczęła siłować się z kierownicą, próbując utrzymać kontrolę, gdy SUV zmierzał w stronę pobocza.
Telefon wyślizgnął się z jej palców i upadł gdzieś w pobliżu stóp. Opony wypluły żwir. Cały SUV zatrząsł się i zaszurał, zanim w końcu zatrzymał się ze wstrząsem na poboczu drogi.
Przez chwilę mogła tylko tam siedzieć.
Deszcz bębnił o dach. Oddech rwał się w jej płucach. Dłonie pozostały zaciśnięte na kierownicy, chociaż silnik wciąż pracował na biegu jałowym, a samochód już się nie poruszał.
Potem powoli, w potworny sposób, dotarła do niej rzeczywistość.
„Proszę, nie rób mi tego”. Jej głos się załamał.
Addy pochyliła się do przodu i oparła głowę o kierownicę. Na zewnątrz wciąż trwała burza. Pusta droga była ciemna z przodu i z tyłu. Była zupełnie sama.
Było po północy. Nie miała pojęcia, gdzie jest. Jej telefon upadł w miejsce, do którego nie mogła sięgnąć, i sądząc po okropnym kącie, pod jakim był przechylony SUV, oraz po dźwięku, który nastąpił po tym trzasku, dokładnie wiedziała, co się stało.
Pękła jej opona.
Jej śmiech tym razem był bliższy szlochu. Usiadła prosto i wpatrywała się w omiataną deszczem drogę przed sobą, a każdy nerw w jej ciele brzęczał, gdy w jej klatce piersiowej zagnieździło się przerażenie.
Następnie, z trudem przełykając ślinę, sięgnęła do klamki drzwi.

Odkryj Galateę

Seria KryminaliściBracia Brimstone Książka 4: AxelProjekt hybryda bonusowy rozdział: Dziesięć latZabawa z morderstwem w tleZłamani Aniołowie MC Książka 4

Najnowsze publikacje

Róża diabła 2: Miłość w kajdanachZałamani 3: Złamani na zawszeLuna de Verano Księga 1: Mate AlfyZwiązani krwią i przeznaczeniemNasza miłość jest jak rzucanie po omacku

Listy książek

Wyświetl wszystko

Sięgnij do kolekcji romansów przygotowanych przez naszych czytelników

Vivienne Wren

by goshka

liczba książek: 7

Najlepsze

by IwonaT

liczba książek: 62

Zakończona

by Hinatka118

liczba książek: 157

Jen Cooper

by goshka

liczba książek: 11

Annie Wipple UpP

by Izabela28

liczba książek: 4

Evelyn Miller

by goshka

liczba książek: 6

Brak zakończenia

by Hinatka118

liczba książek: 81

Całe

by Aassiiaa

liczba książek: 69

Bestsellery

by Agnieszka

liczba książek: 15

Czytam

by Iwonna

liczba książek: 11

Gotowe

by Marlena R

liczba książek: 20

Fajne

by Aleksandra W

liczba książek: 34

Fajne

by soft_melon_300

liczba książek: 74

Czekające

by Martita

liczba książek: 11

Fajne, ale na raz

by Panna Anna

liczba książek: 28