
Szukając Amelii Książka 2: Stać się Amelią
Autorzy
Lektury
25,8K
Rozdziały
31
Rozdział 1
Księga 2: Stając się Amelią
AMELIA
PIĘĆDZIESIĄT LAT PÓŹNIEJ
Ciemna czerwień. Rdzawy pomarańcz. Jasność.
Zeszłej nocy na niebie pojawił się krwawy księżyc — pierwszy, jaki ukazał się od bardzo długiego czasu.
Moja matka, opowiadając historię moich narodzin, mawiała, że pierwszy krwawy księżyc od setek lat wzeszedł w przeddzień mojego przyjścia na świat.
Wypuściłam ciężkie westchnienie, wpatrując się w okno, obserwując, jak żywe kolory księżyca rzucają cienie w naszym pokoju.
Alexander spał głęboko u mojego boku. Jego oddech był odległym szumem w spokojną noc, dźwiękiem, którego nie potrafiłam do końca rozpoznać, ale w głębi duszy czułam, że jest mi znajomy.
W końcu zasnęłam, bardziej z własnej potrzeby snu niż z jakiegokolwiek innego powodu.
Obudziłam się, zanim słońce choćby dotknęło horyzontu.
Słabe, niebieskie światło świtu jarzyło się na koronkowych zasłonach. Oddech Alexandra był powolny i miarowy, a jego ramię spoczywało ciężko na mojej talii, zakotwiczając mnie gdzieś pomiędzy rzeczywistością a snami.
Ale już nie śniłam. Nie tak naprawdę.
Tym razem to nie był zły sen.
To było jak wspomnienie.
Tego rodzaju wspomnienie, które nie pojawia się po prostu w obrazach, ale zamiast tego w doznaniach — metaliczny posmak krwi z tyłu gardła, nieznośne gorąco ognia pełznącego po mojej skórze, dźwięk mojego własnego krzyku odbijającego się od kamiennych ścian. Był tam też głos — chyba Alexandra — w akcie desperacji wołający moje imię. A potem już tylko zimna cisza, która nadchodzi po stracie.
Wzięłam powolny oddech i ostrożnie wypuściłam powietrze. Starałam się go nie obudzić.
Przez pięćdziesiąt lat żyliśmy w ten sposób — bezpieczni, spokojni i w większości zapomniani.
Ale kiedy wspomnienie zniknęło, na jego miejsce przyszło nowe uczucie.
Ostre kłucie.
Uczucie bycia obserwowaną.
Może nawet ostrzeżenie.
Wysunęłam się spod lnianego koca, a moje bose stopy dotknęły zniszczonych, drewnianych desek, gdy wypuściłam z ust powietrze. Podłogi chaty skrzypiały jak zawsze, a stare, kamienne kości szeptały pod ciężarem mojej obecności. Naciągnęłam na koszulę nocną jeden z szarych, wełnianych swetrów Alexandra i ruszyłam w stronę kuchni.
Za oknem las wznosił się jak odrębny mur — kora przybrała postać betonu, gdy brzozy i ciemne jodły prężyły się dumnie, a ich gałęzie oplatał pokryty szronem bluszcz i porastał mech. Łotewskie lasy były starożytne, starsze nawet niż częściowo odbudowany dom, który teraz nazywaliśmy naszym.
Nalałam sobie kubek parującej herbaty — z rumianku i melisy, które ususzyłam zeszłej jesieni. Para musnęła moją twarz, gdy wciągnęłam w płuca ten upajający zapach.
Minęło ponad pięćdziesiąt lat, odkąd obudziłam się w ciele Rachelle, z jej umysłem, ale bez moich własnych wspomnień.
Minęło pięćdziesiąt lat, odkąd znów odnalazłam Alexandra.
Czasami zapominam, jak to było przedtem. Czasami budzę się i zastanawiam, czy czas, który straciłam, był tylko snem.
Ale potem widzę jego — jego zielone oczy na tle pięknego ogrodu, który razem zbudowaliśmy, ciepło jego dłoni w mojej, sposób, w jaki wypowiada moje imię, jakby to była obietnica, a nie tylko słowo.
Amelia.
To w zupełności wystarczy, aby dać mi oparcie.
Ale tego ranka cisza w lesie wydawała się inna.
Odstawiłam kubek, podeszłam do drzwi frontowych i wyszłam na werandę. Kiedy mój wzrok śledził nasze granice, wędrując za grządki z ziołami i drzewa, moje oczy zatrzymały się na lesie w oddali.
Magia zawsze tętniła tu pod ziemią — świece zapalały się na jedno ciche słowo, a zioła rosły w kilka dni zamiast tygodni. Ale ostatnio to tętno zmieniło się w szept.
A teraz... mocne bicie.
Przez ułamek sekundy skraj lasu zaiskrzył i zajaśniał, jakby samo powietrze przemieściło się między światami.
Spojrzałam na miejsce, w którym niegdyś plamił mnie mroczny znak. Już go nie było, ale nieustępliwe uczucie wciąż trwało pomimo jego braku.
Mrugnęłam i to zniknęło.
Za mną rozległy się kroki.
Odwróciłam się i zobaczyłam jego poważne spojrzenie.
„Wcześnie wstałaś”, powiedział Alexander. Jego głos był miękki i spokojny.
„Przypomniałam sobie coś”.
Stanął u mego boku, zarzucając mi na ramiona wełniany, rdzawopomarańczowy szal z fotela na biegunach. „Może to był sen?”
„Nie”, szepnęłam. „Wspomnienie”.
Jego twarz stała się napięta. „Z tamtego czasu?”
Pokiwałam głową.
Nie zapytał, o które z nich chodzi — było ich zbyt wiele, by w ogóle je nazwać, a niektórych wspomnień lepiej było w ogóle nie dotykać.
Chwyciłam szal mocniej. „Myślę, że coś tu jest”.
„Od wielu lat nie mieliśmy problemów”, powiedział ze spokojem.
„Magia nie znika całkowicie”, powiedziałam cicho. „Ona czeka, i myślę... że znów się budzi”.
„Twoja magia staje się silniejsza, prawda? Myślisz, że to przez to, co się stało? Myślisz, że mroczna magia i magia krwi, których użyłaś, wciąż mają na nią wpływ?”
„Tak”, przyznałam zgodnie z prawdą. „Ale to coś więcej. Słyszę las, nawet gdy milczy. Czuję w ziemi stare bariery ochronne. A dziś rano... widziałam ją tam, daleko za tym wszystkim”.
„Ją?”
„Siebie”.
Nie wzdrygnął się; po prostu przyglądał mi się z tą niezachwianą cierpliwością, której zawsze mu zazdrościłam, taką, jakiej sama nigdy nie potrafiłam w sobie wykrzesać.
„Widziałam samą siebie — stojącą pod dębami. Obserwującą mnie”.
Przez długi czas żadne z nas nic nie mówiło.
Potem wziął mnie za rękę. „Kiedyś powiedziałaś mi, że magia zatacza koła”.
„Powiedziałam to w dniu naszego ślubu”, powiedziałam cicho.
„Więc może to jest kolejne koło”.
Może.
Ale w głębi duszy wiedziałam, że to coś ważniejszego.
Coś złego przedzierało się do nas. To coś czekało, aż zapomnę o przeszłości.
Ale ja nie zapomniałam.
Nie do końca.
„Żałujesz tego?”, zapytałam.
„Czego mam żałować?”
„Powrotu tutaj i odbudowania tego miejsca — zaczynania wszystkiego od nowa”.
„Nigdy”, odparł bez wahania. „Ta ziemia jest stara, ale jest nasza. Odzyskaliśmy to, co skradziono mojej rodzinie, a także mojej matce, i odnaleźliśmy spokój”.
„Spokojne życie nigdy nie trwa wiecznie”.
„Nie, nie trwa”, zgodził się cicho. „Ale miłość tak”.
Oparłam się o niego. Zamknęłam oczy i przytuliłam się do jego piersi.
Wtedy z lasu dobiegł hałas, zanim znów ogarnęła mnie cisza.
„Myślę, że musimy się przygotować”, powiedziałam.
„Na co?”
„Na coś, co nadchodzi”.
Alexander nie protestował. Nigdy tego nie robi, gdy moja magia mi coś podpowiada. „W takim razie z nimi porozmawiamy”.
Zajęło mi chwilę, by zrozumieć, o kim mówił. Chodziło mu o ruch oporu.
Nawet po tak wielu latach to słowo wciąż miało ogromne znaczenie.
Kiedyś była to zaledwie garstka z nas, grupa, którą stworzyliśmy dla bezpieczeństwa po tym, co się wydarzyło — po tym, jak zostałam porwana, zagubiona, wyrwano mi wspomnienia, a następnie zaatakowano cały ród czarownic.
Ruch oporu składał się z czarownic, które opuściły swoje sabaty, wilkołaków — a inaczej mówiąc zmiennokształtnych — bez stad, oraz Fae, którzy zostali odcięci od swoich dworów. Z tych, którzy nie chcieli trzymać ze swoimi, lub nie mogli ze względu na surowe reguły lub tradycję. Z tych, którzy chcieli połączyć siły, aby zapewnić magicznemu rodzajowi bezpieczeństwo.
A teraz z własnej woli byliśmy częścią tej grupy, ponieważ sztywne tradycje i żądna władzy natura sabatu już do nas nie pasowały.
Oboje z Alexandrem krwawiliśmy za tę sprawę. Przemycaliśmy do bezpiecznych przystani dzieci z iskrą w krwi. Tworzyliśmy fałszywe tożsamości dla magicznych stworzeń, które chciały żyć normalnym życiem poza tradycyjnymi oczekiwaniami swojego gatunku.
I powoli, na przestrzeni dziesięcioleci, nasze przetrwanie nabrało struktury.
Ruch oporu stał się czymś więcej niż tylko rozproszoną siecią — stał się odrębnym podziemnym społeczeństwem. Istniały jego komórki w każdym większym mieście, ukryte farmy na wsi i twierdze zlokalizowane głęboko w dziczy.
To naprawdę działało.
Od trzydziestu lat żadnych większych nalotów. Żadnych stosów. Żadnych nocnych zaginięć. Kupiliśmy nasze bezpieczeństwo dzięki ostrożności i tajemnicy.
A jednak...
Czułam, że coś wciąż jest w pobliżu.
„Bariery nie zatrzymają tego, co nadchodzi”, stwierdziłam, ponieważ czułam to w kościach.
„Myślisz, że to ma związek z ruchem oporu?”, zapytał Alexander.
„Wszystko wiąże się z ruchem oporu”, odparłam po prostu. „Zbyt długo siedzieliśmy cicho, a jeśli ja poczułam tę zmianę... inni też ją poczują”.
Nie sprzeciwił się. A ja wiedziałam, że jego milczenie oznaczało zgodę.
Obawiałam się, że las właśnie mówił mi, iż ten czas wreszcie nadszedł.














































