
Uniwersum Dyskrecji: Bezpieczni
Autorzy
Lektury
27,7K
Rozdziały
7
Rozdział 1
Czekałem w holu, ubrany w nowiutki garnitur, i zaglądałem przez szklaną ścianę do sali konferencyjnej. Opis mojego zadania był jasny: wyglądaj elegancko, ale nie rzucaj się w oczy.
Poprzedniego wieczoru dobrze się przygotowałem i od razu poznałem kobietę na czele stołu. To była Ariadne Buchbinder, wielka szefowa A’aru Group.
Jej brat David zarządzał imperium hotelowym Elysium, ale to Ariadne rządziła światem wielkiej mody. Należały do niej słynne marki, takie jak Linda Tate, FIUME oraz kultowa marka zmarłej projektantki Veronique Archambeau, znana po prostu jako…
Vero.
Nie byłem znawcą mody, ale znałem hasło Vero: „In Vero, Veritas”. To była przeróbka łacińskiego powiedzenia „In Vino, Veritas”, czyli „W winie jest prawda”, co odnosiło się do tego, że alkohol zmusza ludzi do zdradzania sekretów.
Mnie również zdarzało się powiedzieć za dużo pod wpływem drinków. Jedna wyjątkowo zamazana noc ze szkocką z lodem sprawiła, że zrobiłem coś, czego miałem nigdy nie zrobić.
Aby uciec przed poczuciem winy, niecały rok temu odszedłem z wojska i znalazłem pocieszenie na najbliższym mityngu AA.
Ja pierdolę!
Z windy wyszedł mężczyzna w czarnych butach na wysokim obcasie, z wielką, zniszczoną skórzaną torbą na ramieniu. Jego paznokcie miały jaskraworóżowy kolor, pasujący do obcisłej koszuli marki Vero.
Jego twarz miała idealne proporcje, a podkreślał ją ciemny makijaż oczu i czarne loki. Nigdy wcześniej nie widziałem z bliska kogoś tak bajecznie kolorowego. To był Marcus Westfield, dyrektor kreatywny Vero.
Susan z kadr otworzyła drzwi i zaprosiła nas obu do sali. Znalazłem miejsce w kącie i stanąłem na baczność.
„Nie mam całego dnia. Muszę przygotować pokaz”, ogłosił Marcus, rzucając torbę na stół.
Byłem zaskoczony jego brakiem szacunku dla tak ważnych ludzi zebranych w sali.
„Siadaj”, rozkazała chłodno Ariadne.
Marcus posłuchał, ale skrzyżował ramiona jak obrażone dziecko.
„Panie Bergen, to nie jest wojsko. Proszę usiąść”, powiedziała Ariadne z ciepłym uśmiechem.
Gdy tylko zająłem miejsce, Ariadne ponownie skupiła uwagę na Marcusie, który wpatrywał się w swój CuffPhone.
„Zwołałam to pilne spotkanie, ponieważ ktoś z nas otrzymuje groźby z nieznanego źródła.”
Rozejrzałem się po pokoju, próbując odgadnąć, o kim ona mówi.
„Każdy otrzymał osobistego ochroniarza. Panie Bergen, pan będzie z Marcusem”, powiedziała Ariadne, wskazując na mnie.
„Ochroniarz?! To śmieszne, nie potrzebuję niani!”, zaprotestował Marcus, gwałtownie wstając.
„Siadaj”, powtórzyła Ariadne.
Usiadł, ale nadal pod nosem narzekał.
„Daliśmy ci mnóstwo wolności, ponieważ ufamy twojej wizji. Ale to nie podlega dyskusji!”, stwierdziła stanowczo.
Marcus zacisnął szczękę i w milczeniu spiorunował Ariadne wzrokiem.
„Dobra”, mruknął, chwytając swoją torbę i wybiegając z sali.
Zajęło mi chwilę, zanim dotarło do mnie, że powinienem iść za nim. Wyskoczyłem z krzesła i pospieszyłem w stronę windy.
„Felix”, przedstawiłem się, wyciągając rękę.
Marcus nie odwzajemnił gestu. Zmierzył mnie wściekłym wzrokiem i oświadczył: „Jesteś zwolniony!”
„Nie możesz mnie zwolnić, bo nie jesteś moim szefem”, odpowiedziałem spokojnie. Nie zamierzałem pozwolić, żeby mnie sprowokował.
„Dobra, to bądź użyteczny! Piję czarną kawę z łyżeczką wanilii.”
„Moją pracą jest dbanie o pana bezpieczeństwo, proszę pana”, powiedziałem, krzyżując ramiona w rogu windy.
„Nie mów do mnie »proszę pana«! Nienawidzę języka określającego płeć!”
„Więc jak mam się do ciebie zwracać?”, zapytałem. Czy słowo dupek określało płeć?
„Możesz mówić mi Marcus albo Wasza Wysokość”, powiedział z szerokim uśmiechem na twarzy.
„Postaram się to zapamiętać”, odparłem, walcząc, by zachować powagę.
***
„Hugo, to jest Felix. Felix, to Hugo”, przedstawił nas Marcus, wskazując na swojego szofera.
„Cała przyjemność po mojej stronie”, przywitał się Hugo, uchylając kapelusza.
Był starszym facetem, ale wydawał się przyjazny i miał w sobie dżentelmeński urok. Pochyliłem się i uścisnąłem jego dłoń.
„Felix to mój osobisty oficer ochrony”, wyjaśnił Marcus, pokazując cudzysłów w powietrzu.
„Przydzielili ci ochroniarza?”, zapytał Hugo, unosząc brew.
„Wiem! Jestem tak samo zaskoczony jak ty, kochanie.”
Marcus pogrzebał w swojej torbie i wyciągnął waporyzator. Wziął głęboki buch i wypuścił dym przez nos.
„Czy to nie jest nielegalne w zamkniętym pojeździe?”, zapytałem.
„Hugo nie ma nic przeciwko, prawda, kotku?”, zapytał Marcus, zakładając nogę na nogę.
„W żadnym wypadku, Wasza Wysokość”, odparł Hugo, puszczając oczko w lusterku wstecznym.
„Widzisz! Nie próbuj mnie kontrolować pierwszego dnia, Szczęściarzu.” Marcus opuścił szybę pomimo wcześniejszych narzekań.
Po chwili dotarło do mnie, dlaczego nazwał mnie Szczęściarzem. Felix po łacinie oznaczało „szczęśliwy”. Jako lingwista i tłumacz wojskowy znałem języki, ale zdziwiło mnie, że on też je zna.
„Jedziemy prosto do Narnii, czy najpierw podjechać do domu?”, zapytał Hugo, wykonując bezbłędny skręt w lewo.
„Nie mam czasu się przebrać, skarbie”, odpowiedział Marcus, wkładając białe okulary przeciwsłoneczne ozdobione błyszczącymi kamykami.
„Do Narnii?”, zapytałem, złożywszy dłonie na kolanach.
„Do mojego studia projektowego, gdzie dzieje się cała magia!” Marcus pocałował swój palec i dotknął nim mojego policzka.
Nie zareagowałem, ale zrozumiałem, że będę musiał przyzwyczaić się do jego… unikalnego stylu.
***
Hugo wysadził nas na terenie dawnej fabryki w modnej dzielnicy miasta. Nawet z zewnątrz widziałem, że to miejsce to prawdziwy koszmar dla ochrony.
Będę musiał poprosić kumpla o przysługę, żeby sprawdził ten teren i dał mi rozsądną wycenę. Dostałem budżet na zabezpieczenie domu i miejsca pracy Marcusa, ale zamierzałem wydać go mądrze.
„Siemanko, suki!”, krzyknął Marcus, gdy weszliśmy do ogromnego, otwartego pomieszczenia. „Kto mi dzisiaj odczyta zegar odliczający czas?”
„Osiemnaście dni, sześć godzin i dwanaście minut”, zawołała drobna kobieta zza wielkiego, metalowego biurka.
„Czy będziemy gotowi?!”, krzyknął Marcus, mobilizując swoje wojska.
„Tak, Wasza Wysokość!”, odpowiedzieli wszyscy z entuzjazmem.
„To są moje małe wróżki”, szepnął Marcus, ruszając palcami. „One stanowią prawdziwą esencję Vero.”
„Powiedz jeszcze raz, że jestem wróżką, a gwarantuję ci, że wybiję ci zęby!” Kobieta po czterdziestce o głębokim, brązowym odcieniu skóry stała ze skrzyżowanymi rękami.
Marcus nawet nie mrugnął. „Poznaj Shaniquę, moją projektantkę techniczną. To ona…”
„Zmienia jego szalone, durne pomysły w coś prawdziwego”, wtrąciła, kończąc jego zdanie.
Shaniqua była żywym dowodem na to, że nie każdy potrafił znieść dziwaczny charakter Marcusa.
„Więc w końcu załatwili ci ochroniarza, co?”, zapytała Shaniqua, a jej palce śmigały po ekranie AcuTaba.
„Sama na to wpadłaś, skarbie?”, odpowiedział Marcus, kładąc dłoń na sercu w udawanym szoku.
„Mówisz poważnie? Po tych wszystkich bzdurach, które gadasz, aż dziw bierze, że nikt jeszcze nie spróbował cię sprzątnąć!”
Już zaczynałem lubić tę kobietę.
„Dobra, nudzi mi się”, ogłosił Marcus, idąc w stronę drabiny na środku pokoju. Wspiął się na samą górę i oświadczył: „Wszyscy, poznajcie Felixa. Jest tutaj, żeby utrzymać mnie przy życiu do Fashion Week. Jeśli macie z tym problem, zgłoście to jemu. Dzięki!”
Marcus był skończonym świrem, ale potrafił zapanować nad tłumem.
Wysoki chłopak z rozjaśnionymi włosami i ręką pełną bransoletek podszedł do mnie, stając niekomfortowo blisko.
„Ten to niezłe ciacho”, powiedział. „Gdzie go znalazłeś?”
„Odsuń się, Paulo!”, ostrzegł Marcus. „Nie wystrasz go w jego pierwszym dniu.”
„A czy ty nie próbujesz zrobić dokładnie tego samego?”, zapytałem, nie ustępując na krok.
„Cóż, wiesz jak to mówią. Kiedy życie daje ci ładnego chłopca, zrób z niego lemoniadę”, powiedział Marcus z nonszalanckim wzruszeniem ramion. „Oj, czy powiedziałem to na głos? Mój błąd!”
Nie mogłem powstrzymać cichego śmiechu.
„Sarah, kochanie. Mogę cię na chwilę pożyczyć?”, zawołał Marcus do dziewczyny z tyłu. „Musimy wyciągnąć Szczęściarza z tego koszmarnego garnituru.”
Co do kurwy?
„Nie jestem jakimś sztywnym politykiem. To jest Vero, a ty musisz wyglądać odpowiednio do roli!”















































