
W niewoli smoka 3
Autorzy
Lektury
250K
Rozdziały
30
Rozdział 1
MADELINE
„Ogień płonie w mojej duszy… mm… hmm… oh… tak bardzo was nienawidzę…” – przesuwam umoczonym w farbie palcem po ścianie jaskini, zostawiając czarną smugę na szarym kamieniu. Cicho nucę pod nosem.
Spodziewam się bliźniąt. Ich ojcami są najbardziej przerażające Bliźniacze Smoki, Smoczy Lordowie Hael i Lochness.
Obecnie jestem uwięziona w odizolowanej komnacie porodowej, w której zamknęli mnie w trzecim miesiącu ciąży. Wtedy mój brzuch zaczął być widoczny dla innych i wtedy też moje emocje zaczęły szaleć.
Już wcześniej byłam kłębkiem nerwów, a teraz płaczę z byle powodu, dosłownie z każdego powodu. Łańcuchy, przymocowane do żelaznych uchwytów w ścianach, brzęczą, ciągnąc się za moimi kostkami. Zazwyczaj nosiłabym obrożę dla moich partnerów, ale została zdjęta dla mojego komfortu.
Moją skórę pieści specjalny stanik z miękkiej skóry, który otacza moje piersi. Spódnica ze szmaragdowego aksamitu sięga mi do kostek i opiera się na moim małym, ciążowym brzuszku. Mogę poruszać się z jednego końca komnaty na drugi, idąc tak daleko, jak pozwalają mi na to łańcuchy.
Jestem na samym końcu pomieszczenia, klęcząc pod ścianą jaskini, gdzie mogę malować. Światło słoneczne wpada przez szczelinę, na wypadek gdybym miała ochotę na trochę słońca, ale teraz świeci nade mną tylko księżyc. Przypominam sobie słowa magini, która jest odpowiedzialna za moją opiekę medyczną.
„Smoczy Lordowie zaciekle chronią swoje pierwsze potomstwo. Nie oceniaj ich za ten instynkt, który każe im cię ukrywać” – próbowała przemówić mi do rozsądku, mówiąc rzeczy, których nie chciałam słuchać i które wolałam zignorować.
Jeśli o mnie chodzi, utknę tu, dopóki nie nadejdzie czas porodu. Lochness i Hael mnie zdradzili, podstępem zamykając mnie w tej celi zaledwie wczoraj! Nie zdawałam sobie sprawy, jak dużo wolności miałam, wędrując po ich górskim kompleksie, dopóki nie zamknięto mnie w komnacie, z której nie mogę uciec.
Mając farbę w misce, bezmyślnie maluję po ścianie, tworząc obrazy kłów Lochnessa długich jak miecze i jego wielki uśmiech, zarezerwowany dla tych, których zamierza pożreć. Hael jest już narysowany, z szeroko rozpostartymi w locie skrzydłami.
Nucę melodię, stanowiącą tarczę przeciwko moim partnerom. Jestem zła. A kiedy nie jestem?
Jestem zła, że zostałam ukryta przed przyjaciółmi i że traktują mnie jak swoją najcenniejszą własność – choć chyba nią jestem. Ale jeszcze bardziej wściekam się na moją emocjonalną burzę, która sięga zenitu. Jeśli moi partnerzy czują potrzebę kontrolowania i chronienia mnie? Cóż, ja czuję się buntowniczo i przekornie.
Znowu płaczę i nawet nie wiem dlaczego. Może to po prostu chęć zdenerwowania ich, czego nie mogę zrobić, bo jestem przykuta łańcuchami w jakiejś odległej części gór Requiem. Jestem całkowicie zdana na ich łaskę! Całkowicie i bez reszty!
To także pragnienie ucieczki, ale jestem na stałe zakuta w kajdany, a wszystkie moje gierki nagle dobiegły końca. Moje łzy wciąż płyną i używam ich do zwilżenia roztartej farby, dzięki czemu mogę wcierać ciemny węgiel w łuski Lochnessa.
Nie mogę śpiewać, bo ściska mnie w gardle. Moje mokre palce zjeżdżają po malunku, podczas gdy światło księżyca oświetla moją twarz, a lekka bryza wpada przez otwór, rozwiewając moje długie, rude włosy. Wiatr wiruje w mojej komnacie.
Przez chwilę wdycham świeże powietrze, a potem wiatr znika. Prawie jęczę, ale trzymam się cichego płaczu, gdy nowa fala łez spływa po mojej twarzy. Opieram czoło o chłodny kamień. Niedługo będę musiała wstać i doczołgać się z powrotem do łóżka.
Szlocham za moją utraconą wolnością. I nie mogę przestać. Kiedy łzy już popłyną, moje hormony nie chcą zakręcić kranu.
Szczerze mówiąc, to zawstydzające. Muszę wyglądać tak żałośnie dla moich partnerów, kiedy mnie odwiedzają, a kiedyś byłam przecież taka silna i dzika.
Teraz tworzę kałuże z moich łez. Może mogliby w nich utonąć. Bardzo bym chciała.
„Musisz zjeść kolację, moje smutne maleństwo” – odzywa się nade mną łagodnie okrutny głos. W moim polu widzenia pojawia się duża, zwinna dłoń, której jeden palec zdobi pierścień z onyksem i zielonym szmaragdem. Obrączka ślubna, którą dałam mojemu partnerowi zaledwie tydzień przed tym, jak mnie zamknął!
Palce Lochnessa ocierają moje policzki. Jego dłoń jest tak duża, że może wycierać oba naraz. Zamykam oczy. Rozkoszuję się dotykiem jego skóry na mojej. Moje znamię piecze, a skóra drży. Szybko jednak odpycham od siebie czułe myśli.
Opieram się o niego, zdając sobie sprawę, że kuca za mną po tym, jak pojawił się znikąd. Patrzę w górę na Lochnessa z ogniem w oczach. „Nienawidzę twojej głupiej twarzy” – szepczę. – „Było mi dobrze tam na zewnątrz z przyjaciółmi. Byłam wolna. A potem ty…”
Mój głos łamie się i przechodzi w pisk, gdy kolejny szloch grozi wyrwaniem się z moich ust. Próbuję go stłumić, by nie karmić jego sadyzmu. Przynajmniej nie za bardzo.
Lochness trzyma moją twarz; jego palce spoczywają na moim podbródku i szczęce, podczas gdy on po prostu patrzy, jak piorunuję go wzrokiem.
„I nie nazywaj mnie brzydką beksą ani brzydkim szczurem” – warczę, przewidując jego słowa. – „Ty kłamliwy draniu”.
Lochness mruga; nawet nie jest na mnie zły. Zauważyłam, że moje ciążowe napady złości uchodzą mi ostatnio na sucho, więc przynajmniej mogę dać upust swoim frustracjom, a on to zniesie.
„Wręcz przeciwnie, jesteś piękna, kiedy płaczesz, Madeline” – uśmiecha się lekko Lochness, a jego kciuk naciska na moją spuchniętą wargę, oddzielając ją od górnej i badając jej pełność – „i nie zakułbym szczura w złote łańcuchy… Zdecydowanie awansowałaś na co najmniej zadbanego szczura”.
Lochness obserwuje moje drżące wargi, gdy walczę, by wyrwać się z jego uwodzicielskiego dotyku. Nie pozwala mi uciec, a zamiast tego jego dłoń zsuwa się na moją nagą szyję, w miejsce, gdzie powinna być obroża.
To zabawne, jak bardzo brakuje mi tego cholerstwa, ale teraz Nessy może ścisnąć moje gardło i to robi, a ja dławię się przez ułamek sekundy. Uderzam dłońmi w jego nadgarstek, gdy on wpatruje się w moje drżące usta.
„Och… moja mała miłości… ciąża jest taka trudna, prawda, skarbie?”
„Mm” – zgadzam się z jękiem. – „Tak, ty przystojny draniu. Pocałuj mnie i przynieś mi kolację. Teraz”.
Nessy nienawidzi, kiedy wydaję mu polecenia. Jego zielone oczy iskrzą, a dłoń zaciska się mocniej, dusząc mnie trochę dłużej, po czym pochyla się, by i tak mnie pocałować, ale tylko po to, by ugryźć moją wargę i spojrzeć mi w oczy.
Jeszcze sześć miesięcy najsłodszych tortur i izolacji. Pod koniec będziesz mi posłuszna, prawda, bachorze? Jego myśli ocierają się o mój umysł jak cichy szept.
„Nigdy” – mruczę, gdy Lochness puszcza moją delikatną wargę, a jego palce opuszczają moje gardło, wplatając się w moje włosy i delikatnie za nie pociągając. – „Twoich pocałunków też nienawidzę” – kłamię w żywe oczy.
„Nigdy” – powtarza za mną Lochness, po czym dodaje: „Kochasz moje usta, Maddie”.
Używa znamienia, by mnie kontrolować, i rozgrzewa je na moich plecach, co sprawia, że moje nogi się zaciskają. Opadam z powrotem na jego klatkę piersiową, zamykając oczy i próbując uspokoić urywany oddech.
„Kolacja będzie po tym, jak mi usłużysz, moja piękna żono… proszę… płacz dla mnie, kochanie”. Lochness podnosi mnie i sadza na kolanach, po czym obraca się wokół mnie i zdejmuje skórzane spodnie.
Stoi przede mną wspaniale nagi, kładąc dłoń na mojej głowie i opierając swoją aksamitną twardość o mój policzek, a ja dąsam się i kładę dłonie na jego udach.
„Zanim staniesz się jeszcze bardziej leniwa, szczurze…” Lochness rzuca mi wyzwanie swoim żartobliwym spojrzeniem.
Krzywię się i uderzam go w nogę.
Warczy głęboko w piersi: „Koniec ze złym zachowaniem”.
Chwyta moje nadgarstki i unosi je nad moją głową, by mnie obezwładnić.
Przysuwam się bliżej jego ciała. Szukam schronienia.
Ale kończy się na tym, że płaczę, opierając się o jego członka, podczas gdy on staje się jeszcze twardszy.
Znowu posyłam mu wściekłe spojrzenie, a on oblizuje wargi.
Lepiej szepcze Lochness w moim umyśle. Kocham cię. Ten jeden raz jesteś zapłakana i bezbronna.
„Wystarczy. Przestań bawić się z myszką” – warczy Hael z cienia, a Lochness szybko mnie puszcza ze złośliwym śmiechem.
„Obserwuję cię, bracie. Ona jest w ciąży. Przestań ją stresować.”
Lochness staje obok mnie. Ma czelność wyglądać na lekko winnego.
Robi nawet krok dalej ode mnie.
Nie mogę przestać gapić się na jego kuszącą twardość. Jeszcze przed chwilą była tak blisko.
Przygryzam wargę. Krzywię się, gdy przypadkiem gryzę to samo delikatne miejsce co wcześniej.
„Bracie… Madeline jest po prostu zapierająca dech w piersiach. Właśnie taka, całkowicie zdana na naszą łaskę i służąca nam w każdej chwili. Nie czujesz jej bezbronności?” Lochness bawi się moimi emocjami, drażniąc się ze mną.
„Kiedy staje się… matką?”
„Zamknij się” – warczę. – „Przestań wyglądać na tak zadowolonego z siebie, podczas gdy ja staję się coraz grubsza”.
Lochness unosi ostrą brew. Jest zaskoczony.
Wyraźnie nie uważa, żeby tak było.
Rumienię się. On naprawdę uważa, że to głupie z mojej strony, że w ogóle coś takiego sugeruję.
Teraz jest mi tylko jeszcze bardziej wstyd.
Niech to szlag! Nienawidzę teraz mojego umysłu.
„Chodź tutaj” – rozkazuje cicho Hael Lochnessowi.
„Madeline. Kolacja. Chodź. Chyba że masz coś przeciwko jedzeniu?” Hael brzmi niezwykle opiekuńczo i spokojnie.
Widzę, jak Lochness i Hael piorunują się nawzajem wzrokiem.
Zazwyczaj są tacy braterscy.
Teraz wyraźnie mają wobec mnie inne zamiary.
Hael chce mnie chronić i rozpieszczać.
Lochness chce mnie przytłoczyć oszałamiającymi orgazmami.
Jest zafascynowany tym, jak wciąż wybucham płaczem podczas naszych ostatnich miłosnych igraszek.
Każde szczytowanie doprowadza mnie do płaczu.
Szczerze mówiąc, to najlepsza ucieczka od bycia uwięzioną w tym miejscu.
Wstaję i wracam do Haela z Lochnessem u boku, którego wzrok omiata moje ciało, zostawiając ślady gorąca na mojej skórze.
Nie rozmawiałam ostatnio zbytnio z Haelem.
Na niego też jestem zła.
Kolacja wygląda i pachnie jednak niesamowicie.
Siadam do stołu i biorę do rąk widelec i nóż.
Hael siada naprzeciwko mnie, a jego wzrok jest przenikliwy. Jedno spojrzenie wystarczy, bym wiedziała, że mam czekać.
„Jak myślisz, kiedy możesz zacząć, Maddie?” – pyta Hael, egzekwując dyscyplinę.
„Kiedy powiesz, że mogę. Mówiłeś wcześniej, że mogę zjeść, więc…”
„Nie. Kiedy jesteś przy stole. Nadal przechodzisz szkolenie. Możesz teraz jeść, kochanie… powoli… dobrze?” Oczy Haela płoną.
„Odłóż sztućce…”
Jestem zdezorientowana, ale słucham, tylko po to, by zdenerwować Lochnessa.
„Dziś wieczorem ja cię karmię, skarbie”. Hael bierze widelec i nóż, wbijając go w zieleninę.
„Bo chcę, żebyś na mnie patrzyła. Przestań myśleć. Po prostu zrelaksuj się i uspokój, moja miłości”.
Hael trzyma widelec przy moich ustach. Niechętnie otwieram usta i biorę kęs.
Jaka dobra dziewczynka. Hael brzmi, jakby był ze mnie bardzo dumny.
Uśmiecham się, a kiedy spoglądam w bok, nie odwracając głowy, widzę Lochnessa opierającego się o ścianę, milczącego jak posąg.
Hael kroi kawałek mięsa i mi go podaje, a ja biorę kolejny kęs, przeżuwając go i wsuwając dłonie między nogi.
„Za swoje posłuszeństwo otrzymasz nagrodę” – zaskakuje mnie Hael.
„Rozchmurz się, kochanie”.
Czy to pierwszy raz, kiedy dostaję nagrodę od niepamiętnych czasów?
Przyjmę ją.
„Dziś wieczorem… Chcę, żebyś uprawiał ze mną miłość, a Lochness niech patrzy… i chcę, żeby poczekał do następnego dnia… Jestem twoją dobrą małą myszką, Haelu. Zrobię dla ciebie wszystko”.
Nie mogę powstrzymać uśmieszku, kiedy to mówię, brzmiąc trochę dziko, ale wariuję od bycia zamkniętą w tej głupiej komnacie.
Hael wbija widelec w kolejne warzywa, obracając go w sosie.
„Nie, nie mogę ci tego dać. Nie nagradzamy zachowania bachora. Będziesz przez nas dzielona jak zwykle”. Hael kręci głową i podaje mi więcej jedzenia.
Poważnie?
Tym razem nic nie mówię, tylko piorunuję go wzrokiem.
„Maddie…” – warczy Hael, widząc mój bunt.
„Kontroferta”. Lochness podchodzi swobodnym krokiem i staje z tyłu.
„Jedz, kochanie”.
„Albo?” – pytam, ciekawa, co powie.
„Pójdziemy polatać”. Palce Lochnessa przeczesują moje włosy, kiedy otwieram usta.
Zaczynam jeść jeszcze szybciej niż wcześniej.
„Uwielbiasz to, prawda, moja mała podniebna nimfo?”
Przełykam jedzenie i przyznaję z nutą zuchwałości: „Uwielbiam być twoją małą nimfą… kiedy mam na ciebie ochotę, Nessy” – odpowiadam z uśmiechem.
„Mówił o lataniu. Konkretnie miał na myśli niebo, och, kochanie” – śmieje się Hael, puszczając do mnie oko.
Przestaję przeżuwać kolejny kęs. Nagle blednę.
Uwielbiasz to, prawda… moja mała podniebna nimfo? On… on naprawdę ma na myśli latanie. Nessy nie mówi o przyjemności… a… ja…
Ja… ja właśnie niechcący przyznałam się Nessy'emu… że podobają mi się jego pokręcone gry pełne przyjemności.
Niech to szlag.
Z wahaniem na niego spoglądam.
Lochness stoi za mną. Wygląda zaskakująco łagodnie i uroczo. To zawsze jest ostrzeżenie.
Nawet nie ciągnie mnie za włosy, lecz głaszcze moje loki bardzo czule.
„Wiedziałem” – mruczy nade mną Lochness.
„W końcu dowiaduję się, co naprawdę czujesz, kochanie”.
Niech to szlag! Nie!
On wie.
Nigdy nie miał się o tym naprawdę dowiedzieć.
Nigdy nie miałam im tego szczerze wyznać – tego, jak bardzo to uwielbiam.
Ale nie mogę cofnąć wypowiedzianych słów.
Przeklęta komnata porodowa! W tym więzieniu poddaję się im szybciej niż kiedykolwiek.
Jeśli nie będę ostrożna, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, w końcu zamienię się w idealną, uległą małą myszkę. W posłuszną niewolnicę, jakiej zawsze pragnęli.
Och, bogowie… sama ta myśl jest przerażająca.















































