
Płomienie wśród lodu 2: Rozkwit
Autorzy
Sofia Jade
Lektury
342K
Rozdziały
33
Rozdział 1
Księga 2: Rozkwit
LIV
„Querida! Poczekaj!” krzyczy ktoś za mną, gdy wybiegam z wysokiego apartamentowca, w którym spędziłam noc. Wypadam na ruchliwe ulice Rio de Janeiro w Brazylii.
„Taxi!” wołam, machając rękami na zatłoczonej ulicy pełnej ludzi idących do pracy i turystów.
Żółty samochód z niebieskimi pasami z boku zatrzymuje się przede mną. Wskakuję do środka i rzucam plecak na siedzenie obok. Krzyczę do kierowcy:
„Dirija, por favor!” (Proszę jechać!)
Kierowca wciska gaz i rusza przez zatłoczone ulice w stronę lotniska Galeão.
Jasne, to nie jest mój najlepszy moment. Jednak to, co właśnie się wydarzyło półtora kilometra za mną, zdarzyło się już wiele razy, odkąd podróżuję po świecie na własną rękę, jak w książce Jedz, módl się, kochaj.
Ja wolę to nazywać Jedz, zwiedzaj, ruchaj się.
Widzicie, wszystko zaczęło się pięć lat temu, kiedy skończyłam studia z dyplomem z projektowania.
Dostałam się do firmy handlowej o nazwie Green Festive Co na krótki kontrakt. Potem szybko awansowałam na projektantkę produktów. Byłam gotowa pokazać swoje umiejętności, projektując produkty przyjazne dla środowiska. Były to produkty związane ze świętami, które miały być sprzedawane ludziom kochającym świętowanie wszystkich sezonowych rzeczy.
Po czterech latach w tej pracy byłam nieszczęśliwa. Pewnej późnej nocy przeglądałam ogłoszenia o pracę w internecie. Reklama stanowiska projektanta zaprowadziła mnie do mediów społecznościowych. Tam dostałam wiadomość z grupy, do której niedawno dołączyłam, nie myśląc o tym za wiele.
Ta grupa w mediach społecznościowych to miejsce, gdzie dowiedziałam się, że mój chłopak od ośmiu miesięcy był jednocześnie czyimś narzeczonym. Poczułam panikę, nienawiść do siebie i złość.
Po zbyt wielu nocach pełnych okropnego samopoczucia zdałam sobie sprawę, że naprawdę nie znoszę swojej biurowej pracy. Potrzebowałam wielkiej zmiany, więc się zwolniłam. Spakowałam mały plecak z kilkoma rzeczami i wyjechałam zobaczyć świat.
Miałam dwadzieścia siedem lat, byłam singielką i miałam złamane serce.
Dziewięć miesięcy temu zaczęłam tę podróż tak daleko od Nowego Jorku, jak tylko mogłam – w Australii. Po zwiedzeniu buszu i Złotego Wybrzeża pojechałam do Nowej Zelandii. Potem poleciałam na Bali, gdzie spędziłam święta pod palmami kokosowymi.
Następnie pojechałam do Republiki Południowej Afryki. Przywitałam Nowy Rok z hukiem – i to dosłownie. Ciało Michaela było silne jak dąb. Kiedy tańczyłam blisko niego do lokalnej muzyki w Johannesburgu, nic innego się nie liczyło.
Ani praca, którą zostawiłam za sobą, ani przyjaciele, ani zdradzający, zaręczony były chłopak. Chciałam zapomnieć o moim byłym, Coltonie, z innym facetem na każdym kontynencie. I właśnie to robiłam.
Dwa miesiące temu przybyłam do Ameryki Południowej. Po podróżowaniu z kraju do kraju, tańczeniu salsy do późna w nocy, próbowaniu nowego jedzenia, zawieraniu znajomości i nocowaniu w hostelach wylądowałam w Brazylii.
I to doprowadziło mnie do tego poranka i Lucasa.
Bardzo przystojny, trzydziestoletni, z ciemnobrązowymi, gorącymi oczami i ciałem wyrzeźbionym jak u boga. Lucas gra w jednej z półprofesjonalnych drużyn piłkarskich w Brazylii. Kiedy nasze spojrzenia spotkały się podczas wczorajszej imprezy, przysięgam, że poczułam iskry.
Ale kiedy nadszedł ranek, wiedziałam, że czas odejść. Nigdy nigdzie nie zostaję zbyt długo.
Następna na mojej liście jest Europa. Nawet Lucas i jego wspaniałe ciało nie mogły powstrzymać mnie przed kontynuowaniem mojej trasy złamanego serca.
Lot do mojego przystanku w Irlandii trwa szesnaście godzin, więc postanawiam spędzić ten czas na pracy. Chociaż zrezygnowałam z pracy projektantki przed rozpoczęciem tej podróży, mama pomogła mi znaleźć pracę jako nauczycielki online w naszym lokalnym college’u. Ona też tam pracuje.
Na szczęście pozwala mi to zarabiać pieniądze z dowolnego miejsca na świecie. To daje mi trochę gotówki na pokrycie kosztów podróży. Jedyny problem polega na tym, że chcą, żebym wkrótce przeniosła się do Waszyngtonu – mojego rodzinnego miasta, gdzie mama wciąż mieszka.
Czy chcę zostawić za sobą Nowy Jork i tamtejsze życie? Nie, absolutnie nie.
Ale czy potrzebuję świeżego startu? Kurczę, tak.
Wysyłam maile, odpowiadając moim studentom i oceniając prace, gdy przelatujemy nad oceanem. Gdzieś nad Atlantykiem zasypiam. Budzę się dopiero, gdy słyszę jak przez głośnik pilot mówi: ”Panie i panowie, za chwilę rozpoczniemy zniżanie do lotniska w Dublinie…”
Budzę się gwałtownie. Mam przyklejony policzek do stolika. Ciepła strużka śliny spływa mi po brodzie. Wycieram ją grzbietem dłoni i siadam. Rozciągam obolały kark.
Szybkie spojrzenie w maleńkie lusterko na siedzeniu potwierdza szkody – moje ciemne kasztanowe loki to splątany bałagan. Tusz do rzęs jest rozmazany pod oczami na tyle, że wyglądam przerażająco.
Zbieram włosy w wysoki kucyk. Opanowuję bałagan, jak tylko mogę. Potem nakładam trochę różowej szminki i poprawiam rzęsy kilkoma szybkimi pociągnięciami tuszu.
Zamykam laptopa i wsuwam go pod siedzenie. Właśnie wtedy stewardessa przechodzi korytarzem, wykonując ostatnie kontrole.
Nie mam bagażu rejestrowanego. Podróżowanie z lekkim bagażem? Najlepsza decyzja, jaką kiedykolwiek podjęłam. Mam wystarczająco dużo emocjonalnego bagażu do noszenia.
Kiedy lądujemy, przechodzę przez odprawę celną jak profesjonalistka. Przeglądam tłum zmęczonych podróżnych ciągnących za sobą walizki, podczas gdy ja przechodzę szybko z bagażem podręcznym.
Wyciągam telefon z kieszeni, gdy idę. Otwieram aplikację do zamawiania przejazdów, żeby zamówić samochód do hostelu. Powiadomienie pojawia się niemal natychmiast. Kierowca potwierdzony.
Ethan. Biały Volkswagen. Cztery minuty. Idealnie.
Tylko że… punkt odbioru jest po drugiej stronie terminalu. Kurwa, oczywiście.
Zaciągam pasek torby i ruszam. Omijam idących wolno ludzi i wózki załadowane bagażami jak piłkarz przebijający się przez przeciwną drużynę.
„Przepraszam, sorry, przechodzę!” szepczę pod nosem. Ledwo zwalniając, przeciskam się przez grupę turystów zgromadzonych wokół mapy. Kto w ogóle jeszcze patrzy na mapy? Ja po prostu pozwalam wiatrowi kierować moimi decyzjami, zwłaszcza teraz.
Zanim wypadam przez przesuwane szklane drzwi na chłodne irlandzkie powietrze, ciężko oddycham, jestem czerwona na twarzy i bardzo spocona. Ale przynajmniej od razu widzę samochód – biały Volkswagen, tablica rejestracyjna się zgadza.
Otwieram drzwi i wsuwam się płynnie do środka. Odgarniając z twarzy zbłąkane loki, zapinam pasy.
„Ethan?” pytam, podnosząc wzrok. Wciąż jestem trochę zdyszana.
Proszę, niech to będzie właściwy samochód.
Kierowca śmieje się swobodnie.
„Tak, ale chyba powinnaś o to zapytać, zanim wsiądziesz do samochodu obcego człowieka”.
Amerykański akcent. Oczywiście, że będzie sarkastyczny.
„Liam’s Hostel?” pyta mnie Ethan z przedniego siedzenia.
„Tak, poproszę”, odpowiadam, gdy włącza kierunkowskaz i wyjeżdża na autostradę. „Jesteś Amerykaninem?” pytam.
„Jestem”.
„Co robisz, prowadząc Ubera w Dublinie?”
„Moi kumple i ja jesteśmy na długich wakacjach”, odpowiada. Patrzy w ulice przed nim. „Muszę zapłacić za wieczory w pubach. Poza tym daje mi to coś do roboty w ciągu dnia. Odwraca moją uwagę”.
„Aha”, odpowiadam. Wracam do maili od studentów. Jeden z nich ma pytanie o nowe oprogramowanie, którego uczę. Więc wysyłam odpowiedź, a potem siadam wygodnie. Zamykam oczy i czuję w ciele ciężar po długim locie.
Po kilku minutach cichej jazdy dobiega do mnie z przodu głos Ethana.
„Przyjechałaś na święto?”
„Hm… na które?” pytam, siadając prosto.
„Na Dzień Świętego Patryka, rzecz jasna”.
„Och. Nie zdawałam sobie sprawy, że to dzisiaj”. Ledwo wiem, jaki jest miesiąc, nie mówiąc już o dniu. Znalezienie się w Irlandii w Dzień Świętego Patryka to czysty przypadek. Bardzo dziwny, szczęśliwy przypadek.
Nasze oczy spotykają się ponownie w lusterku, ale on nie mówi ani słowa. Wpatruje się we mnie wystarczająco długo, żeby coś poruszyło moje serce, zanim zdążę opuścić wzrok. Odwracam się, żeby wpatrywać się w okno, zagubiona w myślach.
Ten rok… minął mi szybko – pęd lotów, imprez i pogoni za doświadczeniami życiowymi, które miały sprawić, że poczuję coś innego niż ból i zdradę.
Ale wszystko, co mi zostało, to głęboka, bolesna samotność.
Zastanawiam się, co teraz robi Emma w Nowym Jorku. Pewnie organizuje jedną ze swoich świątecznych imprez z naszymi przyjaciółmi.
A moja najlepsza przyjaciółka z college’u, Natalia? Jest w Waszyngtonie, odliczając dni, aż się przeprowadzę i zamieszkam w wolnym pokoju, który dla mnie trzyma.
To było święto, które na studiach spędzałyśmy razem – Natalia i ja. Łażenie po barach. Uliczne celebracje. Śmiałyśmy się tak mocno, że nie mogłyśmy oddychać, przetaczając się przez centrum.
A kiedy przeprowadziłam się do Nowego Jorku, Emma i ja kontynuowałyśmy to w nowym mieście. Ale Nowy Jork?
Ta część mojego życia się skończyła.
Nie mogę wrócić. Nie po tym wszystkim.
Więc pojadę do Waszyngtonu.
Wpatruję się w okno samochodu, podziwiając piękną, nową scenerię mojego nowego tymczasowego domu.
Irlandia wiosną to coś jak ze snu – falujące zielone wzgórza usiane dzikimi kwiatami, kamienne domki prosto z pocztówki i rodzaj ciepła, który dotyka nie tylko twojej skóry.
Nigdy nie rezerwuję lotów powrotnych, kiedy jadę w nowe miejsce. Mówię sobie, że to dlatego, że lubię wolność, możliwość robienia, co chcę. Ale w głębi duszy po prostu nigdy nie wiem, jak długo będę chciała zostać.
A teraz Irlandia – z jej kwitnącymi kwiatami i uśmiechniętymi twarzami – cicho składa obietnice wiosny i nowych początków.
Kiedy podjeżdżamy pod Liam’s Hostel, ledwo zauważam, że samochód zwalnia. Ethan już wysiada i podchodzi, żeby otworzyć mi drzwi. Jego ruchy są łatwe, płynne.
„Dzięki”, mówię cicho, wysiadając, gdy jego dłoń lekko ociera się o moją rękę.
I wtedy w końcu mam szansę na niego spojrzeć.
Kurczę. Blade.
Ethan ma znacznie ponad metr osiemdziesiąt, góruje nade mną szerokimi ramionami, które rozciągają jego T-shirt we wszystkich właściwych miejscach.
Jego jasnobrązowe włosy są trochę potargane, jakby przez cały dzień przeczesywał je rękami. A te głęboko zielone oczy? Z bliska są jeszcze bardziej uderzające, z odcieniami złota, które odbijają światło słoneczne, i utrzymującym się smutkiem, który mówi mi, że on też ma swoje historie.
Jego skóra ma kolor, który wymalować może jedynie pocałunek wczesnego wiosennego słońca, ciepłą poświatę, która sprawia, że jego mocne, umięśnione ciało wygląda, jakby spędzał więcej czasu na zewnątrz niż za biurkiem.
A tatuaże? Widzę tylko ich fragmenty wyglądające spod rękawów. Jednak tyle wystarczy, żeby mnie bardzo zaciekawić.
Ale to uśmiech mnie dobija. Ten zarozumiały, krzywy uśmieszek, który marszczy kąciki jego oczu i pokazuje głęboki dołeczek w prawym policzku, na wpół ukryty przez delikatną brodę.
Jezus.
Byłam przyklejona do telefonu przez całą jazdę, a teraz się za to kopię. Mocno.
Kiedy w końcu ponownie spotykam jego wzrok, w jego oczach tańczy błysk rozbawienia. Kącik jego ust unosi się na tyle, żeby dać mi znać… Tak. Wie, że go obczajam, i wcale mu to nie przeszkadza.
„Wiesz, Liv, moi kumple i ja planujemy sprawdzić dziś wieczorem kilka nowych pubów z okazji święta. Może do nas dołączysz?”
Zastanawiam się przez chwilę. Chociaż Ethan jest bardzo przystojny, jest coś za jego uśmiechem, co prosi o więcej niż jednorazowe przygody, na które jestem gotowa w tych dniach.
„Nie jestem zainteresowana spędzaniem czasu z innymi Amerykanami. Jestem tu, żeby zwiedzać i poznawać kulturę”, odpowiadam. Wiem, że brzmię niegrzecznie, ale nie obchodzi mnie to. Tak jest lepiej.
Uśmiecha się w odpowiedzi, jakby spodziewał się, że to powiem.
„Cóż, na wypadek, gdybyś zmieniła zdanie, może dam ci mój numer telefonu?”
Waham się, ale kładę telefon w jego otwartej dłoni.
Z uśmiechem wpisuje swój numer i imię, a potem mi go oddaje.
„Jest pod Ethan Harrison – Amerykański kierowca w Irlandii. Chociaż możesz zmienić to na Ethan-Facet-Na-Którego-Nie-Mogę-Przestać-Patrzeć, kiedy odejdę”.
Kręcę głową, przewracając oczami, chociaż w kąciku moich ust pojawia się uśmiech.
„Okej. Do widzenia, Ethan. Dzięki za przejazd. Dam ci pięć gwiazdek za jazdę… ale jedną za rozmowę”.
Śmieje się nisko i głęboko, to taki śmiech, który wibruje w klatce piersiowej i zostaje w uszach.
Nie odpowiada, tylko błyska uśmiechem jeszcze raz, po czym wraca do samochodu.















































