
Wilki zachodu: Polowanie Księga 2
Autorzy
Lektury
67,7K
Rozdziały
22
Rozdział Pierwszy
Księga druga: The Hunted
W samochodzie panowała całkowita cisza.
Mogłam nic nie mówić. Mogłam pozwolić, by ta cisza stawała się coraz gorsza. Ale zawsze miałam problem z zostawianiem spraw w spokoju. Więc otworzyłam usta. I bardzo tego pożałowałam.
„To dziwnie miłe, że jesteśmy tu wszyscy razem” – powiedziałam szybko, patrząc, jak wycieraczki usuwają z szyby ulewny deszcz. – „Wy dwaj nie rozmawialiście od nocy, kiedy Cerberus pojawił się w domu Bena”.
Patrzyłam, jak dłonie Granta zaciskają się na kierownicy, a ramiona Bena sztywnieją na fotelu.
„Nie nazwałbym tego miłym” – powiedział krótko Grant. – „Mogę wymyślić około stu innych rzeczy, które lepiej pasowałyby do tego słowa”.
Ben westchnął. „To i tak o wiele milsze niż to, przez co przeszedłem w zeszłym tygodniu”.
Grant przewrócił oczami. „To twoja wina, że dałeś się złapać”.
Dłoń Bena zacisnęła się na jego kolanie. „Otoczyła mnie cała wataha. Byłem w mojej innej formie i nie miałem ludzkich zmysłów. Jak miałem ich przechytrzyć?”
Grant wzruszył ramionami, nie ustępując ani na krok. „Powinieneś był zmienić postać gdzieś indziej”.
„Nie mam nad tym takiej kontroli” – powiedział gorzko Ben.
„I właśnie dlatego jesteś przestępcą” – wypluł z siebie Grant.
Ben posłał Grantowi mroczne spojrzenie. „Najwyraźniej nie jestem tu jedynym wyrzutkiem”.
Spojrzenie Granta było jeszcze mroczniejsze. „Nie jestem wyrzutkiem, kundlu”.
„Więc jak nazwiesz wilka bez watahy?” – rzucił wyzwanie Ben.
„Dobra” – powiedziałam. – „Może powinniśmy włączyć radio...”
„Mam watahę” – odpowiedział Grant, odrywając wzrok od drogi. – „Robię sobie tylko przerwę...”
„Kto jest twoim alfą?” – odparował Ben.
Twarz Granta zaczęła robić się czerwona. „My nie...”
„Czyli to nie jest wataha”.
„Chłopaki” – wtrąciłam się – „moglibyście włączyć radio? Może trochę spokojnego rocka...”
„Może i nie jestem teraz z watahą, ale w każdej chwili mogę do jakiejś dołączyć. Ty nie możesz. Ty możesz tylko udawać. Czy to cię martwi, Ben?
„Czy martwi cię to, że możesz tylko udawać, że masz to, co zwykłe wilki? Na przykład watahę albo partnerkę?”
„Grant” – ostrzegłam cichym głosem. Nadal był zdenerwowany po tym, jak zobaczył moje spotkanie z Benem. Nie zniósł zbyt dobrze widoku tego, jak ja i Ben się przytulamy.
Twarz Bena była maską z siniaków. „Nie udaję, że mam partnerkę”. Poczułam ścisk w żołądku. To nie zmierzało w dobrym kierunku.
Grant zaśmiał się okrutnie.
„Jasne, twierdzisz, że Morda to twoja partnerka, ale co możesz jej dać? Nie możesz jej chronić, bo nie możesz się przemienić. Nie możesz zbudować jej domu, bo jesteś koczownikiem. Nie możesz dać jej dzieci, ponieważ...”
„Grant!” – krzyknęłam ostro. – „Wystarczy tego”.
Grant rzucił mi szybkie spojrzenie. Jego oczy błyszczały. „Jak mógłbyś z nią żyć, skoro nie ufasz samemu sobie po przemianie? Co, jeśli zrobisz jej krzywdę?”
Ben nie mógł nic powiedzieć. Tylko zacisnął szczękę, a fioletowe siniaki na jego twarzy się rozciągnęły.
Posłałam Grantowi wściekłe spojrzenie w imieniu Bena. Nienawidziłam tego, w jaki sposób się do niego odzywał. Spodziewałam się napięcia, ale nie po zaledwie trzydziestu minutach naszej podróży.
„Potrafię się sama obronić, Grant”.
Grant pokręcił głową i agresywnie zmienił pas. Inny kierowca na nas zatrąbił. „Dlaczego szukasz dla niego wymówek? Ben wie, że mam rację. On wie, że nie może dać ci tego, co ja potrafię. I ty też o tym wiesz”.
„Przestań” – ostrzegłam.
„Mówię poważnie, Morda” – kontynuował Grant – „jak długo by to między wami przetrwało, zanim wszystko by się zjebało? Sześć miesięcy, rok?”
„W tej chwili wolałabym spędzić sześć miesięcy z Benem, niż kolejną sekundę w tym samochodzie z tobą” – odgryzłam się.
Grant spojrzał mi w oczy przez lusterko wsteczne, a potem spuścił wzrok. Pokręcił głową i poprawił swój chwyt na kierownicy.
Znowu zapadła między nami cisza.
Zmarszczyłam mocno brwi. Pochyliłam się nad środkową konsolą i włączyłam radio. Skakałam po różnych stacjach, aż znalazłam kanał z rockiem alternatywnym, który nie brzmiał zbyt źle.
Oparłam się wygodnie w fotelu i skrzyżowałam ramiona na piersi. Zamknęłam oczy, słuchając deszczu uderzającego o samochód, szumu mijających nas aut i cichego śpiewu wokalisty w radiu.
Nic w tej sytuacji nie było łatwe. Byłam pierwszą kobietą, która miała dwóch prawdziwych partnerów. Jako w połowie córka księżyca, a w połowie wilkołak, zostałam pobłogosławiona partnerem dla każdej ze stron mojego DNA.
Ben, moja druga połowa, to syn księżyca. A Grant to mój partner dany przez boskie działanie Bogini Księżyca. Dwóch mężczyzn. Dwie więzi połączone przez przeznaczenie. A ja jestem tylko jedna.
Dwóch partnerów. Ben, który był spokojny i opanowany, a jego przeznaczeniem było tylko złamane serce. Ben, który zawsze będzie na świecie zupełnie sam z powodu swojej klątwy.
Ben, który nie doświadczył niczego oprócz tragedii i był związany z lasem.
I był też Grant. Mój Biały Wilk, który robił wszystko, by mnie wspierać i chronić. Grant, który osłonił swoje serce kolczugą, ale pozwolił mi zobaczyć kryjące się pod nią ciało.
Grant, który pragnął jedynie być kochanym i akceptowanym, chociaż upierał się, że poradzi sobie sam. Grant, którego nikt wcześniej nie stawiał na pierwszym miejscu.
Dwaj wspaniali mężczyźni, którzy chcieli mnie po prostu kochać i być kochanymi w zamian.
Jechaliśmy przez wiele godzin. Niebo dość szybko pociemniało, ponieważ zmiana pory roku zakończyła jasne, letnie dni.
Zaczynała się jesień, a zachmurzone niebo wcale nie poprawiało nastroju.
Miałam zamknięte oczy, opierając czoło o chłodną szybę. Deszcz wciąż padał, a ciągły szum wycieraczek powoli mnie usypiał.
Podczas jazdy myślałam o tym, co zostawiłam za sobą. Myślałam o Roseburgu, o głównej ulicy, sklepie mojej matki i moim domu. Wyjechałam stamtąd zaledwie kilka godzin temu, ale tak bardzo za tym wszystkim tęskniłam, że czułam fizyczny ból.
Tęskniłam za mamą. Tęskniłam za jej mądrością i promiennym uśmiechem, który podkreślał piegi na jej policzkach. Tęskniłam za jej gładkimi dłońmi, które zawsze pachniały szałwią i masłem kokosowym.
Tęskniłam za nią. I chciałam, żeby znów była przy mnie.
Poczułam, że samochód zwalnia. Otworzyłam oczy i zobaczyłam przed nami mały, niski motel. Neonowy szyld migotał. Obiecywał niskie ceny, ale zarazem sprawiał wrażenie, że w pokojach można spodziewać się pluskiew i niepranej pościeli.
Wyprostowałam się i zmarszczyłam brwi.
„Dlaczego się zatrzymujemy?”
„Nie mogę już dłużej prowadzić” – powiedział szorstko Grant. – „A żadne z was nie może mnie zastąpić”.
Cały czas pracowałam nad prawem jazdy. Muszę jednak przyznać, że nie myślałam o tym zbyt wiele, odkąd mój świat powiększył się o rzeczy nadprzyrodzone.
Ben nie przepadał za samochodami. Nienawidził ich i nienawidził bycia zamkniętym w małej przestrzeni.
Jego niepokój był widoczny. Gdy tylko samochód się zatrzymał, od razu z niego wysiadł. Wolał stać na deszczu, byle tylko móc być na zewnątrz.
Złapałam Granta za ramię i poczułam między nami prąd elektryczny. Jego oczy kryły dystans, gdy na mnie spojrzał.
„Proszę, nie utrudniaj tego bardziej, niż to konieczne” – poprosiłam, przenosząc wzrok na Bena stojącego obok jeepa.
Ben krążył wokół motelu, przyglądając się otwartemu polu i gęstemu lasowi za nim. To był samotny budynek przy pustej autostradzie.
Grant odsunął się, więc moja dłoń opadła z jego ramienia. „Jest, jak jest”.
Zmarszczyłam brwi. „Byłeś dla niego okrutny” – powiedziałam.
Jasne oczy Granta były zimne. „Byłem z nim szczery. Powinnaś spróbować tego samego. Będzie go to później mniej bolało, jeśli nie będziesz udawać, że wszystko jest w porządku”.
„On zna swoje ograniczenia” – warknęłam – „jak mógłby ich nie znać?”
Oczy Granta złagodniały na moment, po czym znów stał się zimny i niedostępny. „Muszę rozprostować nogi i wynająć nam pokój”.
Bez kolejnego słowa otworzył drzwi i wyszedł prosto w deszcz. Podążałam wzrokiem za jego jasnymi włosami, dopóki nie zniknął za rogiem motelu.
Westchnęłam. Przez dłuższą chwilę przecierałam oczy pięściami, a potem zsunęłam się z fotela i otworzyłam drzwi z mojej strony.
Deszcz był lodowaty i spływał po mojej skórze. Mokre włosy przykleiły mi się do czoła, a kołnierzyk koszuli całkowicie przesiąkł wodą.
Pobiegłam szybkim truchtem w stronę biura motelu, które znajdowało się na samym środku budynku.
Ben podbiegł do mnie i objął mnie ramieniem. Próbował ustawić się tak, by przyjąć większość zacinającego deszczu na swoje plecy.
Kiedy weszliśmy do ciepłego pomieszczenia, uśmiechnął się do mnie. Następnie strzepnął wodę ze swoich ciemnych włosów. Były teraz znacznie dłuższe i opadały mu na piwne oczy.
Zmarszczyłam brwi, widząc go w tym jasnym, sztucznym świetle. Dopiero teraz zobaczyłam, jak przerażające były jego rany.
Miał długie rozcięcie nad okiem oraz głębokie siniaki na szczęce i kościach policzkowych. Jego nos był złamany i nie został nastawiony. Prawdopodobnie na pomoc było już za późno, więc nos musiał zostać taki krzywy.
Pod oczami miał dwa wielkie, ciemne siniaki. Jego lewe oko było niemal całkowicie spuchnięte. Miałam ochotę zabić Dane'a.
Usłyszałam głośny wdech i podniosłam wzrok. Za ladą siedziała niezwykle chuda kobieta. Przyglądała się Benowi i jego pobitej twarzy z mieszanką ciekawości, strachu i pożądania.
Z jednej strony bała się, że może on sprowadzić kłopoty na jej interes. Z drugiej jednak, niewiele kobiet potrafiło oprzeć się typowi złego chłopca.
Ben odchrząknął i opuścił to duszne, małe pomieszczenie, dając mi znać, że poczeka na zewnątrz. Odwróciłam się do kobiety i przeczytałam jej imię na plakietce: LIZ.
„Dzień dobry” – przywitałam się moim najbardziej promiennym uśmiechem. – „Poproszę o pokój”.
„To twój facet?” – zapytała. Włożyła papierosa do ust i osłoniła zapalniczkę dłońmi. Wzięła długiego bucha, a potem wypuściła wielką chmurę dymu.
Obserwowałam, jak dym unosi się w powietrzu. Pomieszczenie nie miało prawie żadnej wentylacji.
„Poproszę o pokój” – przypomniałam, robiąc krok do przodu.
Kobieta zaciągnęła się ponownie i pokiwała głową. „Jasne, jasne”. Przewracała strony w brudnym zeszycie na spirali. Co chwila robiła przerwę na zaciągnięcie się i strzepnięcie popiołu z papierosa.
„Zostało mi tylko kilka” – powiedziała. – „Chcesz zwykły pokój z jednym łóżkiem?” Zmierzyła mnie mętnym spojrzeniem.
Pokręciłam głową. „Nie, będę potrzebować trzech łóżek albo dwóch pokoi z...”
Liz machnęła ręką i znów wypuściła z ust chmurę gęstego dymu. Próbowałam powstrzymać kaszel. „Mogę dać wam apartament z podwyższonym standardem. To jedyny pokój, jaki mi został. Trzymałam go na coś innego, ale możecie go wziąć”.
„Ile ma łóżek?” – zapytałam.
„Dwa” – odpowiedziała.
Zmrużyłam oczy. „Potrzebuję trzech”.
Przewróciła oczami. „Jeśli chcesz trzech, to musisz pojechać do jakiegoś innego motelu. Następny jest ponad godzinę drogi stąd”.
Spojrzała przez okno na ciemne niebo i uśmiechnęła się złośliwie. Liz położyła papierosa na brzegu popielniczki i sięgnęła pod biurko po klucz. „Bierzesz to, czy nie?”
„Dlaczego nie mogę dostać obu pokoi...”
„Tylko jeden pokój” – odparła twardo, ciesząc się ze swojej drobnej władzy. – „Bierzesz, czy...”
„Dobra” – mruknęłam, wyrywając klucz z jej dłoni. Pokręciłam głową, pochylając się, by zapisać swoje imię w księdze gości. Potem wyciągnęłam z tylnej kieszeni kilka dwudziestodolarówek.
Rzuciłam pieniądze na ladę i posłałam jej kwaśny uśmiech.
Kobieta podniosła gotówkę i wyszczerzyła zęby. „Ale nie chcę, żebyście sprawiali tu z facetem jakieś kłopoty, jasne?”
Nie odpowiedziałam ani słowa. Deszcz ponownie zaczął uderzać mnie w ramiona, gdy wyszłam na zewnątrz i wzięłam głęboki wdech. W moich dłoniach zaczął już budzić się ogień. Zbyt łatwo pozwalałam się prowokować.
„Wszystko w porządku?” – zapytał Ben, podchodząc do mnie. Spojrzał na pojedynczy klucz w mojej dłoni i zmarszczył brwi.
To był pokój numer B-13.
„W porządku”.
Poprowadziłam go w górę po zardzewiałych, bocznych schodach. Z powodu ulewy każdy krok stawiałam niezwykle ostrożnie. Znaleźliśmy nasz pokój na rogu budynku i otworzyliśmy drzwi.
Pomieszczenie było niezwykle małe. Znajdowały się w nim dwa podwójne łóżka dosunięte do samych ścian, miniaturowa łazienka, bardzo stary telewizor i jedna podniszczona komoda.
Ben wszedł za mną bez słowa, ale wciąż czułam bijące od niego napięcie.
„Dwa łóżka” – powiedziałam z westchnieniem.
„Dwa łóżka” – powtórzył zrezygnowany.
Weszłam głębiej do tej ciasnej przestrzeni i od razu skierowałam się do łazienki.
Światło w niej było okropne. Rzucało na moją skórę zielonkawy blask i migotało, gdy tylko przypadkiem wpadłam na blat umywalki, co w tej klitce było niestety nieuniknione.
Spojrzałam w lustro i zmarszczyłam brwi. Zaczęłam dotykać twarzy palcami, przyglądając się wypryskom i cieniom pod oczami.
Nie byłam oszałamiająco piękna. Moje rysy nie były też na tyle wyjątkowe, by móc uznać mnie za posiadaczkę egzotycznej urody. Prawdę mówiąc, byłam całkiem przeciętna. Miałam po prostu ciemne oczy i długie, ciemne włosy.
Moja twarz miała kształt serca, z wysoko osadzonymi kośćmi policzkowymi i kilkoma piegami na dość bladej, pożółkłej cerze. Wyglądałam podobnie do mojej matki, ale moje rysy twarzy były mniej subtelne i widać w nich było coś, czego nie potrafiłam dokładnie nazwać.
Nigdy nie poznałam swojego ojca, więc nie mogłam ocenić naszego podobieństwa. Wiedziałam jednak, że mam w sobie cechy, których nie dało się przypisać mojej matce.
Z kranu leciała lodowata woda, obojętnie w którą stronę przekręciłam kurek. Mimo temperatury umyłam nią jednak twarz i zmarznięte ręce.
Zaczesałam mokre włosy do tyłu, odsłaniając czoło, i poklepałam się po policzkach, żeby zobaczyć, czy nabiorą odrobiny koloru.
Kiedy wyszłam z łazienki, Ben siedział na łóżku w głębi pokoju. Wpatrywał się w poobijane kostki swoich dłoni. Podeszłam do niego bardzo powoli. Patrzyłam, jak jego ramiona się napinają, kiedy usiadłam tuż obok.
Nieśmiało wzięłam jego prawą dłoń w swoje i delikatnie przesunęłam palcami po skaleczeniach i siniakach. Skrzywił się z bólu, ale nie cofnął ręki.
„Co się stało?” – zapytałam.
Ben przełknął ślinę, ale nadal spoglądał w dół. Obserwowałam z boku jego twarz, po raz kolejny oceniając zadane mu obrażenia. Walczyłam z obezwładniającym gniewem, który znów miał ochotę rozpalić moją skórę płomieniami.
„Przemieniłem się tuż przed tym, jak miałaś zacząć swoją ceremonię. Wszystko poszło dobrze. Upewniłem się, że jestem z dala od domu i z dala od miasteczka. Zszedłem naprawdę w głąb lasu... Tego lasu, w którym my...” Pokiwałam głową ze zrozumieniem.
W tym lesie, w którym się całowaliśmy. Walczyłam z powracającym uśmiechem na samo to wspomnienie. „W każdym razie, zmieniłem postać i... szczerze mówiąc, niewiele z tego pamiętam. Naprawdę nic nie pamiętam”.
„Moje wspomnienia z czasu po przemianie są niezwykle ulotne i zwierzęce. Nie ma w nich słów, są tylko dziwne obrazy. A nawet one są zbyt zamazane, żeby rozpoznać coś więcej niż niewyraźny zarys drzewa czy krzaka”.
„A co w ogóle pamiętasz?”
„Alfa Evers powiedział mi, co zaszło. To o wiele bardziej wiarygodne niż cokolwiek, co sam zapamiętałem. Stwierdził, że Cerberus wytropił mnie niedaleko domu i zagonił w stronę północną, gdzie do akcji wkroczyła jego wataha”.
„Później pościg nie trwał już długo. Unikanie pojedynczego Cerberusa jest o wiele łatwiejsze niż ucieczka przed prawdziwą, zorganizowaną watahą z dwiema potężnymi parami alfa na czele”.
„A jak zostałeś tak mocno zraniony?” – zapytałam napiętym głosem.
Ben skrzywił się, a jego palce bezwiednie powędrowały do ciemnych siniaków na szczęce. „Zamknięto mnie w bezpiecznym pomieszczeniu, dopóki znowu nie stanę się człowiekiem. Właśnie tam znalazł mnie Dane”.
„Byłem okropnie wyczerpany po przemianie i całkowicie bezbronny. Nie podobało mu się to, że Alfa Evers zdołał mnie schwytać. Był też zły, że mnie chronią”.
„Zgaduję, że chciał na mnie wyładować chociaż część swojej frustracji”.
Poczułam, jak narastająca wściekłość pali mnie w gardle. „Co ci zrobił?”
„To już koniec” – powiedział cicho Ben.
„Co dokładnie ci zrobił, Ben?” – naciskałam twardo.
Ben mocno ujął moją twarz w dłonie i zmusił mnie, abym na niego spojrzała. Jego kciuk gładził okrężnymi ruchami moją szczękę, co powoli mnie uspokajało. „Morda, to już za mną. Jestem tutaj z tobą. Nic mi nie jest. Rany się zagoją”.
Lekko chwyciłam go za nadgarstek. „Kiedy cię dzisiaj zobaczyłam...” Głośno wciągnęłam powietrze.
„Jesteśmy teraz razem” – mruknął chrypliwym i szorstkim głosem. Jego wzrok opadł na moje wargi, a ja znów zatopiłam spojrzenie w jego złotych oczach. – „Jesteś teraz wreszcie ze mną”.
Poczułam, jak moje powieki opadają, gdy nasze usta połączyły się w pocałunku. Jego ciepły oddech owionął moją twarz i poczułam go na swoim języku.
Przeszył mnie dreszcz. Jeszcze mocniej zacisnęłam palce na jego ramieniu, z chęcią podążając za jego ruchami, gdy prowadził mnie w tym czułym pocałunku.
To było wspaniałe uczucie móc znów czuć taką bliskość. Czułam, jak moja własna moc przepływa przez jego ciało. Odczuwałam dokładnie to, co tak głęboko nas łączyło. Byliśmy stworzeni z tego samego materiału. Byliśmy jednością.
Jedną dłonią powoli zjechał z mojej twarzy we włosy, a potem delikatnie podtrzymywał tył mojej głowy i bardzo subtelnie pociągał za kosmyki. Jęknęłam cicho, ciesząc się jego niesamowitą kontrolą i pewnością siebie.
Zupełnie nagle usłyszałam dźwięk obracanej klamki i odskoczyłam od Bena dokładnie w chwili, gdy Grant wszedł przez drzwi. Oblałam się gorącym rumieńcem, spotykając jego ostry wzrok.
Może i nie przyłapał nas na samym pocałunku, ale milczenie połączone z moim napiętym ciałem i potarganymi włosami bezbłędnie wyjaśniało mu całą sytuację. A Grant był osobą, której rzadko umykały takie detale.
Poczułam bijący od niego przenikliwy chłód, gdy mnie oceniał oczami, a potem zobaczyłam absolutną i czystą furię na jego twarzy, gdy wreszcie spojrzał na Bena.
Grant otworzył usta, ale od razu mocno je zacisnął. Żyły na jego szyi były napięte i uwypuklone. Z siłą potarł dłonią szczękę, a potem schował ręce do kieszeni, usilnie próbując powstrzymać w sobie złość.
„Mamy dwa łóżka” – zagrzmiał nisko.
„Ja mogę spać na podłodze” – zaproponował ugodowo Ben. Nie miałam nawet odwagi spojrzeć w jego stronę. Widziałam, że Grant wciąż walczy z opanowaniem swojej złości.
„To ja będę spać na podłodze” – odpowiedziałam szybko. – „Grant, prowadziłeś przez cały dzień, a Ben jest ciężko ranny”.
Grant prychnął i przewrócił oczami. „Mnie spanie na podłodze zupełnie nie przeszkadza”.
„Nie, to ja...” – wtrącił się znowu Ben.
Grant posłał mu gniewne spojrzenie. „Ja nie mam nic przeciwko i...”
„To nie będzie dla mnie żaden kłopot...”
„Dość tego!” – krzyknęłam prawie na cały głos. – „To ja będę spać na ziemi i na tym koniec”. Obaj mężczyźni otworzyli usta, chcąc ponownie oponować, ale momentalnie ich uciszyłam moim twardym spojrzeniem.
Potem jeszcze wielokrotnie wracali do tematu. Obaj chcieli za wszelką cenę udowodnić, że o wiele lepiej poradzą sobie na twardej ziemi.
Byłam jednak nieugięta. Uparłam się, że jeśli będę spać na podłodze, stworzę im obu najmniej powodów do kłótni.
Pół godziny później wszyscy byliśmy już przygotowani do spania i leżeliśmy w całkowitym milczeniu. W pokoju panował mrok, a powietrze miało duszący zapach stęchlizny, którego nie potrafiliśmy zlokalizować.
Na zewnątrz znów lało jak z cebra. Wybudzałam się ze snu i wzdrygałam za każdym razem, gdy na niebie rozlegał się głośny huk pioruna.
Zasypiałam i widziałam krótkie fragmenty mojego dziwnego snu. Widziałam ogromną, wspaniale urządzoną salę wypełnioną ludźmi w eleganckich strojach. Dostrzegłam brzeg szkarłatnej, balowej sukni i niewyraźny zarys jelenia.
Gdy tylko te zamazane obrazy zaczynały stawać się wyraźniejsze, uderzał potężny piorun. Zawsze wtedy budziłam się, wpatrując się zdezorientowana w mokry, zaplamiony sufit motelu.
Wreszcie usiadłam na moim twardym posłaniu. Odrzuciłam włosy z ramion, krzywiąc się przy okazji, bo moje plecy zesztywniały od spania na ziemi. Spojrzałam w bok i zauważyłam, że łóżko Bena jest całkiem puste.
Najpierw ogarnął mnie wielki lęk. Wzięłam jednak kilka głębokich wdechów i podniosłam się na nogi. Przyjrzałam się jego poplątanej, pomiętej pościeli i doszłam do jedynego logicznego wniosku.
Na palcach cicho podeszłam do drzwi. Bardzo uważałam, żeby broń Boże nie obudzić śpiącego kamiennym snem Granta. Jego jasne policzki odbijały to nikłe światło, które jakoś wpadało do pokoju.
Wymknęłam się z pomieszczenia i ciaśniej owinęłam się moim ciepłym swetrem. Szybko poprawiłam sobie buty na piętach i ruszyłam ku zardzewiałym schodom.
Bena znalazłam wręcz bardzo szybko. Zauważyłam go, gdy stał pod daszkiem z tyłu całego budynku. Uważnie i bez słowa wpatrywał się w mroczny las oddalony zaledwie o kilkaset metrów.
Podskoczył mocno ze strachu, gdy w końcu obok niego stanęłam, a ja od razu się do niego uśmiechnęłam.
„Muszę przyznać, że jestem naprawdę z siebie dumna, że udało mi się do ciebie tak niepostrzeżenie podejść”.
Obdarzył mnie małym, bladym uśmiechem. Jego piwne oczy zdawały się niemal błyszczeć w mroku. „Rozmyślałem o czymś”.
Wyciągnęłam rękę i uspokajająco pogładziłam go po karku. Delikatnie pociągnęłam za jego przydługie, ciemne włosy. Posłał mi ze spokojem uśmiech. „O czym konkretnie?”
Ben wziął głęboki i długi oddech, a ja od razu przytuliłam się do jego ciepłego boku. Nie potrafiłam ze sobą walczyć. Pociągało mnie w nim dosłownie wszystko. Jego wspaniały umysł, jego niski głos, jego ciało.
Tak bardzo pragnęłam być zawsze obok niego, a kiedy się do niego zbliżałam, po prostu od razu potrzebowałam być jeszcze bliżej.
„Myślałem o tym, co Grant mi wygarnął wtedy w samochodzie” – odpowiedział Ben przyciszonym głosem.
Spojrzałam na niego z dołu, ale tym razem celowo unikał mojego wzroku. „Był dla ciebie niesamowicie okrutny”.
„Być może” – zgodził się Ben – „ale nie powiedział ani jednego kłamstwa”.
Poczułam niemiły skurcz w moim żołądku. „Przecież już to razem przedyskutowaliśmy, czyż nie? Nic w tym wszystkim nie będzie proste, bezbolesne ani perfekcyjne. Sądziłam, że wspólnie zgodziliśmy się po prostu spróbować i...”
„Oczywiście, masz całkowitą rację” – mruknął, uspokajająco przyciskając miękkie wargi do czubka mojej głowy. – „Tak właśnie zadecydowaliśmy”.
Nadal potrafiłam zauważyć, jak w jego głowie intensywnie kłębią się trudne myśli. Martwiłam się bardzo, że okropne zarzuty Granta ugodziły go znacznie mocniej, niż był skłonny po sobie pokazać.
„Powinieneś iść odpoczywać” – ponaglałam, ciągnąc go za materiał szerokiej bluzy. – „Jesteś pobity i stanowczo musisz dojść do zdrowia”.
Pokiwał mi głową i wziął moją dłoń. Powoli poprowadził naszą dwójkę prosto do motelowego pokoju. Gdy cicho wešliśmy do środka, Grant nawet nie drgnął, chociaż my ze wszystkich sił staraliśmy się wejść jak najciszej i jak najszybciej.
Spoglądanie na twarz Granta wywoływało we mnie potężną mieszankę emocji. Tą najsilniejszą było jednak przemożne poczucie winy.
Wiedziałam doskonale, że kochałam Granta, ale czułam również niewyjaśnioną, obezwładniającą więź z Benem, której usilnie domagał się mój umysł, moje serce i cała moja dusza. Nie wspominając wcale o potrzebach mojego ciała.
Położyłam się na podłodze. Następnie celowo odwróciłam się tyłem do nich obu.
Kiedy się bardzo powoli wybudziłam, natychmiast uświadomiłam sobie, że stanowczo nie znajduję się już na twardej ziemi. Leżałam na całkiem miękkim łóżku. Pod głową miałam wygodnie podsunięte dwie poduszki, a cienka kołdra przykrywała mi klatkę piersiową.
Zaczęłam ostrożnie badać łóżko ramionami i nogami. Szybko poczerwieniałam, gdy przypadkiem musnęłam dłonią czyjąś nagą skórę. Nie musiałam nawet patrzeć, by doskonale wiedzieć, że to sam Grant postanowił przenieść mnie w nocy na górę.
Powstrzymałam w porę uśmiech i bez słowa przewróciłam się na bok, wygodnie układając obie ręce pod swoim policzkiem i podwijając nieco wyżej nogę.
Grant spał obok mnie, a jego powieki miały ciemnofioletowy kolor, który odcinał się od reszty bladej twarzy. Jego wręcz szokująco białe włosy były zmierzwione i spłaszczone z jednej strony głowy.
Zasłużył na porządnego liścia, a może i kopniaka za zignorowanie mojej prośby o spanie na podłodze i za bycie na tyle zuchwałym, by obnosić się z naszą bliskością przed Benem.
Zawahałam się jednak, wiedząc, że ten czyn stanowił sam rdzeń osobowości Granta. Był praktycznym człowiekiem, który zawsze przedkładał potrzebę nad zachcianki czy uczucia.
Wiedział, że spanie na podłodze nie wyjdzie mi na dobre i przeniósł mnie dla mojego własnego dobra i komfortu – mniejsza o konsekwencje.
Chrapał lekko, a jego oddech co jakiś czas się urywał. Za plecami słyszałam spokojny oddech Bena, a jego płuca wydawały się powiększać w nieskończoność.
Przewróciłam się na plecy i spojrzałam w sufit. Wiedziałam, że muszę wrócić na swoje posłanie na podłodze, zanim którykolwiek z nich się obudzi i Grant stanie się zadowolony z siebie, a Ben zły.
W pokoju panował spokój, a za oknem delikatnie padał deszcz. Po raz pierwszy od kilku dni nie słyszałam grzmotów ani nie widziałam błyskawic. Uznałam to za dobry znak, dopóki nie usłyszałam wyraźnego krakania wrony.
Usiadłam na łóżku, kołdra zwinęła się w pasie, a moje długie włosy musnęły żebra.
Niebo na zewnątrz wciąż było zachmurzone, ale otaczające motel pole i las stały się jaskrawozielone z powodu deszczu.
Wymknęłam się z łóżka najciszej, jak potrafiłam, a moje bose stopy przez chwilę unosiły się nad chłodną podłogą, zanim w końcu na niej stanęłam, czując dreszcz.
Podeszłam do okna, mijając Bena, który leżał na brzuchu. Spojrzałam na las, po czym przetarłam oczy, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie zobaczyłam.
Rzeczywiście, kiedy jeszcze raz omiotłam wzrokiem linię drzew, dostrzegłam to samo co wcześniej. Jelenia.
Poczułam uderzenie ciepłego powietrza na karku.
Jeleń wpatrywał się prosto we mnie, a jego ciemne oczy odnalazły moje, pomimo odległości i brudnej szyby między nami. Uniósł głowę nieco wyżej, a jego potężne poroże sięgało ku niebu.
Spojrzałam na zwierzę i poczułam falę przerażenia. Przekazało mi tylko jedno słowo.
Uciekaj.
Odwróciłam się i krzyknęłam tak głośno, że nie wydałam z siebie żadnego dźwięku. Gwałtownie cofnęłam się, uderzając całym ciałem w szybę, i jęknęłam z bólu, gdy parapet wbił się w dół moich pleców.
Gorące łzy szybko napłynęły mi do oczu, gdy zalało mnie przerażenie.
Tuż za mną stał jakiś mężczyzna. Nawet nie byłam pewna, czy powinnam nazywać go mężczyzną. Nie wiedziałam, co to było.
Jego postura budziła grozę – był wysoki, potężnie zbudowany i miał szeroką klatkę piersiową – ale to jego twarz, a raczej jej brak, była naprawdę przerażająca.
Jego skóra miała ciemnoszary odcień, a usta wyglądały, jakby były w zaawansowanym stadium rozkładu. To, co zostało z jego warg, było zniekształcone i brązowe, całkowicie odsłaniając zęby żółte jak nagrobki i popękany język.
Ciężki kaptur zasłaniał mu oczy, ale widziałam pod nim ciemnofioletowe cienie i rozrastające się, czarne żyły pokrywające jego szyję i skronie.
Otworzyłam usta, by krzyknąć, ale postać uniosła grubą, zrogowaciałą dłoń i zasłoniła mi usta.
Natychmiast zaczęłam z nim walczyć, rzucając się do tyłu i do przodu, pomiędzy oknem a jego ciałem, próbując się uwolnić.
Jego wykrzywione usta zbliżyły się do mnie, owiewając moją twarz śmierdzącym oddechem. Łzy spływały po moich policzkach, gdy próbowałam krzyczeć, próbowałam walczyć, próbowałam przywołać ogień do mojego zlodowaciałego ciała.
Mogłam odeprzeć atak tego mężczyzny – wiedziałam, że mogłam – ale jakikolwiek ogień miałam w żyłach, został ugaszony przez absolutne przerażenie.
„Czarownica” – wypluł mężczyzna, a jego głos był okropny i gardłowy. Gdy mówił, kilka kropli czarnej krwi kapnęło na jego gęsto pokrytą bliznami brodę, jakby mówienie sprawiało mu fizyczny ból.
Moje ciało stało się jeszcze zimniejsze, gdy dotarło do mnie, na co patrzę.
Łowca Demonów.
Zaczęłam szarpać się jeszcze mocniej i ku mojemu zaskoczeniu udało mi się rzucić ramię do tyłu z wystarczającą siłą, by przebić łokciem szybę.
Szkło posypało się na moje nogi i na podłogę, a jego kawałki wbiły się w moją skórę.
Gęsta, gorąca krew spłynęła po moim ramieniu, zjeżdżając do nadgarstka i kapiąc z koniuszków palców. Łowca Demonów cofnął się i zabrał dłoń z moich ust. Krzyczałam, aż poczułam, jakbym zdarła sobie skórę z gardła.
Zamknęłam oczy, spodziewając się jakiegoś ciosu. Podskoczyłam, gdy poczułam dłonie na moich ramionach, a kolejny krzyk wyrwał się z mojego obolałego gardła. Usłyszałam swoje imię i wstrzymałam oddech, zmuszając się do otwarcia oczu.
Ben.
Był całkowicie spanikowany, jego piwne oczy były szerokie i badawcze. Jego skóra była blada jak kość, co tylko bardziej uwydatniło jego siniaki. Mówił coś, ale nie mogłam zrozumieć słów.
Mój własny krzyk wciąż odbijał się echem w moim mózgu, a piekący, gorący ból w ramieniu był niemal nie do zniesienia.
Wtedy poczułam, jak Grant bierze mnie za rękę, poczułam, jak ciągnie mnie na łóżko, poczułam jego dłonie naciskające na moje ramiona, abym usiadła. Zobaczyłam jego jasne oczy – spokojne, opanowane, zrównoważone. Usłyszałam jego oddech, usłyszałam jego głos, usłyszałam bicie jego serca.
„Musimy uciekać” – zdołałam z siebie wydusić.
Dźwięki powróciły do mnie z pełną siłą.
„Co się stało?”
„Wszystko w porządku?”
„Kto tu był?”
„Zrobił ci krzywdę?”
„Morda?”
„Morda?”
Przełknęłam ślinę, zamrugałam i zaczęłam wreszcie oddychać. „Łowca Demonów był tuż obok. W tym pokoju. On był... on... ja...” – urwałam w połowie zdania, gdy mój głos zaczął drżeć z przerażenia. Potrzebowałam chwili, by się uspokoić.
„To było straszne. Nigdy nie...”
Wzrok Granta był skupiony na moim ramieniu, które wciąż mocno krwawiło. Koszula na moich żebrach była całkowicie przesiąknięta krwią. „A jak to się stało?”
„Przebiłam ramię przez szybę, żeby was obudzić”.
W jego oczach pojawiło się poczucie winy. „Nie próbowałaś najpierw krzyczeć?”
Posłałam mu puste spojrzenie, gdy Ben stanął w mojej obronie. „Czasem strach odbiera głos”.
Pokiwałam głową. „Uwolnił mnie z uścisku, kiedy rozbiłam szybę. Dopiero potem krzyknęłam, a gdy otworzyłam oczy, już go nie było. Wy go... nie widzieliście?”
Ben pokręcił głową. „Obudziłem się, gdy usłyszałem twój krzyk. Ale kiedy na ciebie spojrzałem, tylko zakrywałaś twarz dłońmi i płakałaś. Nie widziałem niczego innego”.
„Ale czuję coś potwornego” – powiedział Grant ochrypłym głosem. Pociągnął nosem i wykrzywił się. – „To ohydny zapach, ostry i ciężki, niczym...”
„Rozkład” – dokończył Ben, podnosząc wzrok na Granta. Mężczyźni popatrzyli na siebie w milczeniu.
„To był Łowca Demonów” – powiedziałam. Wiedziałam to. Czułam to w kościach, gdy to stworzenie wypowiedziało słowo czarownica.
Grant potrząsnął głową ze zdezorientowanym spojrzeniem.
„Niekoniecznie. Twoja ciotka mówiła, że Łowcy Demonów pochodzą z tej samej sekty co Wojownicy Słońca, a to żywi ludzie, nie potwory. To mogło być coś innego”.
Z uporem pokręciłam głową. „Nie. Wiem, co widziałam. To Mroczni, Łowcy Demonów. Nazwał mnie czarownicą. Rozpoznał mnie i czuł tylko odrazę”.
Ben skinął głową. „Myślę, że Morda ma rację. Być może to, co łączy Łowców Demonów, Wojowników Słońca, Zabójców i Władających Żelazem, to po prostu wiedza”.
„Może każda grupa jest inna, ale łączy ich jedno źródło”.
Wstałam i zachwiałam się na nogach. „To mnie teraz zupełnie nie obchodzi. Musimy się spakować i wyjechać. Musimy...”
Grant wyciągnął ramię i pomógł mi złapać równowagę. Na jego twarzy malowało się szczere zmartwienie. „Morda, musisz usiąść. Muszę obejrzeć twoją ranę i muszę...”
Odepchnęłam jego dłoń i potykając się, ruszyłam po torbę. Zaklęłam pod nosem, gdy musiałam oprzeć się o ścianę, żeby nie upaść. Z przerażeniem patrzyłam, jak krew spływa mi po podniesionej ręce i brudzi całe ramię.
Poczułam na sobie czyjeś dłonie i napotkałam złote spojrzenie Bena.
„Jesteś ranna” – oznajmił. – „Musimy to opatrzyć”.
„Mam wykształcenie medyczne” – odezwał się Grant.
„Ja też” – rzucił wyzwanie Ben.
Na szczęście porzucili tę bezcelową kłótnię. Ben trzymał mnie za ramię, podczas gdy Grant robił, co w jego mocy, żeby wyjąć szkło za pomocą tego, co miał pod ręką - czyli własnych palców i małej buteleczki alkoholu.
Piszczałam i krzyczałam z bólu, gdy dłubał w mojej ranie, upuszczając na białą kołdrę wyciągnięte, zakrwawione odłamki szkła.
Bałam się, że zemdleję, gdy tylko na to spojrzę. Niektóre kawałki wyciągał z mojej skóry dosłownie centymetr po jebanym centymetrze.
Zacisnęłam palce z całej siły na ramieniu Bena, gdy Grant zaczął wyciągać kawałek szkła, który wbił się tuż przy samej kości. Skuliłam się i lekko ugryzłam Bena w ramię, żeby tylko powstrzymać krzyk.
Ben ze wszystkich sił starał się dodać mi otuchy, ale cała sytuacja była bardzo trudna do zniesienia.
Uderzenie pioruna rozświetliło cały pokój, sprawiając, że cała nasza trójka podskoczyła, gdy grzmot rozległ się niemal w tej samej sekundzie.
Rozległ się głuchy trzask, a potem ogłuszające trzeszczenie, gdy trzy drzewa na zewnątrz motelu po prostu runęły na ziemię.
Deszcz nagle zaczął padać jeszcze mocniej i zacinał prosto do pokoju przez rozbitą szybę.
Grant wyciągnął ostatni kawałek szkła i zaklął, gdy wylał całą buteleczkę alkoholu prosto na moją ranę. Płyn przemoczył mi spodnie i zapiekł mnie w nosie od ostrego zapachu.
Chwilę później Ben postawił mnie na nogach. Obaj byli bardzo czujni, podczas gdy ja ledwo potrafiłam utrzymać się w pionie.
„...idziemy...”
„...pospiesz się. Już”.
W następnej chwili wszyscy staliśmy już na zewnątrz pokoju, patrząc na parking i autostradę. Nagle poczułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła. W uszach mi zadzwoniło, gdy ich zobaczyłam.
W ulewnym deszczu stało bez ruchu blisko tuzin Łowców Demonów.
I wszyscy wpatrywali się prosto we mnie.

















































