
Opowieści wróżki Prequel: Przed przeznaczeniem
Autorzy
Lektury
69,9K
Rozdziały
47
Oczy Sali Tronowej
Opowieść Fae Prequel — Przed Przeznaczeniem: Historia Aubrey
Los Aubrey został przypieczętowany, zanim zdążyła się odezwać.
Słońce wpadało przez wysokie, witrażowe okno z klejnotów, rzucając kalejdoskop barw na lśniącą podłogę. Każdy odłamek światła tańczył na starożytnych tronach Królestwa Sablewood — symbolach dziedzictwa, którego wcale nie była pewna, czy pragnie.
— W dniu wiosennej równonocy, Aubrey, zostaniesz ukoronowana na królową.
Słowa te uderzyły niczym ostrze. Aubrey wykonała precyzyjny dyg, choć w jej głowie aż wirowało od myśli.
— Ojcze, mój królu — powiedziała ostrożnie — to zaledwie za miesiąc.
Król Galdor, zazwyczaj niewzruszony niczym góry otaczające Sablewood, poruszył się na tronie. Był to subtelny ruch, ale Aubrey go wyłapała.
Ciężar władzy przygniatał go dziś mocniej, żłobiąc zmarszczki na jego czole. Jego stalowoszare oczy powędrowały w stronę królowej Daeny.
Królowa odpowiedziała na jego spojrzenie drżącym uśmiechem. Jej złote, przetykane srebrem włosy, były upięte z wyuczoną elegancją. W każdym calu przypominała monarchinię, choć jej świetliste oczy — niegdyś tak pełne ciepła — zmatowiały z niepokoju.
— Najdroższa — powiedziała miękkim głosem — rządzimy od niemal trzystu lat. Nawet my podlegamy prawom tego królestwa.
Skrzydła Aubrey poruszyły się pod jej warkoczem. Związani prawami? Jej rodzice, władcy Elarionu, spętani dekretami? Absurd.
— Więc je zmieńcie — powiedziała.
Słowa te wyrwały się ostro i dobitnie, przecinając ciszę. Zaskoczone westchnienia dobiegły z zacienionych wnęk, gdzie niczym widma stali duchowni.
Nie zasyczeli, lecz szelest pergaminu i zmrużone oczy wyrażały ich osąd. Kler. Wiecznie obserwujący. Wiecznie szepczący.
Ich palce wodziły po starożytnych prawach, jakby to oni sami mogli tkać nici losu. Gardzili Wampirami, a jednak poruszali się jak oni — pełzając w cieniach i karmiąc się cudzym wahaniem.
Jeden z nich wystąpił naprzód. Członek kleru numer czterysta dwadzieścia jeden — Rodney.
Jego kościste palce zaciskały się na pergaminie, który rozwijał się niczym wąż. Jego głos zazgrzytał, suchy jak kruchy manuskrypt, który niósł.
— Wasza Wysokość — powiedział. — Kwestia sukcesji nie podlega dyskusji. Jest napisane: Dziedzic zasiądzie na tronie Sablewood przed lub w trakcie swojego dwustu pierwszego roku życia. Musi wówczas wybrać małżonka, jeśli takowy nie został wcześniej wyłoniony, aby przedłużyć ród i zapewnić królestwu przyszłość.
Małe oczka Rodneya błysnęły, gdy zwijał pergamin, a złośliwy uśmieszek ledwie wykrzywił jego wargi. Aubrey na niego nie spojrzała. Jej wzrok pozostał utkwiony w rodzicach.
— Matko. Ojcze — powiedziała, teraz pewniej, choć w jej tonie wciąż pobrzmiewał ogień. — Nadal jesteście w stanie rządzić. Jakie to ma znaczenie, że skończyłam dwieście lat?
Zanim zdążyli odpowiedzieć, głos Rodneya znów wślizgnął się w rozmowę: — Istotnie, Wasza Wysokość, wygląda na to, że rodzice wciąż cię rozpieszczają, jakbyś nadal była niemowlęciem.
— Wystarczy. — Głos królowej Daeny zadźwięczał niczym kryształ rozbijany o kamień. — Wychowanie naszej córki to nie twoja sprawa. Będziesz mówić, kiedy cię o to poproszą, a nie wcześniej.
Zapadła ciężka, czujna cisza. Duchowni wymienili spojrzenia, a ich myśli kłębiły się niczym dym. Jeszcze nie skończyli.
Królowa znów zwróciła się do córki. — Masz dwieście lat, a my powoli gaśniemy. Musisz zaakceptować to, co nieuniknione.
Ta łagodność bolała bardziej niż reprymenda. Gardło Aubrey boleśnie się zacisnęło.
— Wcale nie jesteście starzy — powiedziała zbyt szybko.
Ale teraz to dostrzegła. Dłonie jej ojca, niegdyś tak potężne, leżały ciężko na tronie, a jego palce wodziły po wytartych żłobieniach w kamieniu. Jej matka, promienna jak zawsze, wyglądała niczym porcelana — nieskazitelna, lecz krucha.
Król Galdor znów przemówił, tym razem cichszym głosem. — Czas nieubłaganie płynie w przód, Aubrey. Tak jak nasi rodzice prowadzili nas, tak my musimy poprowadzić ciebie. Bez małżonka — bez dziedzica — nasz ród przepadnie.
Jej skrzydła napięły się. — A jeśli odmówię?
Zanim jej ojciec zdążył odpowiedzieć, z cienia wyłoniła się postać — mężczyzna, który nie należał do szeregów duchowieństwa, a przynajmniej nie z wyglądu. Thalos.
Przywódca kleru Sablewood. Jego jasnobrązowe włosy nie były przylizane olejkiem, a on sam nie przemykał ukradkiem jak reszta. Poruszał się z nienaturalną gracją, a jego bladoniebieskie oczy wydawały się zbyt przejrzyste, zbyt wszechwiedzące.
— Wasza Wysokość — powiedział głosem gładkim niczym polerowane szkło. — Za sześć dni odbędzie się bal. Zaprezentuje się na nim dwunastu zalotników. Spośród nich wybierzesz swojego księcia małżonka — tego, który jako król stanie u twojego boku.
Serce Aubrey boleśnie się skurczyło. — Więc to nie podlega żadnej dyskusji. Mój los jest już przypieczętowany.
— Aubrey, mój kwiatuszku — powiedziała łagodnie królowa Daena. — Lud cię uwielbia. Będziesz promienną królową. Ale bez małżonka, bez przyszłości... — Zająknęła się, a Aubrey wychwyciła to zawahanie, na które jej matka rzadko sobie pozwalała.
Kolejny duchowny wystąpił naprzód. Plinth, chudy i powolny, rozwinął zwój z teatralną precyzją. — W przypadku, gdyby Następca Tronu nie zapewnił dziedzica lub gdyby abdykował, kler przejmie namiestnictwo nad królestwem, dopóki nie zostanie mianowany prawowity władca.
Aubrey posłała Plinthowi lodowate spojrzenie. — A kiedy dokładnie spisano ten dekret? Za czasów Drugiego Króla? Czy może zaledwie dwa tygodnie temu, kiedy potajemnie zaczęliście planować moją przyszłość?
Król Galdor spojrzał na potężny zegar, który odmierzał czas na ścianie. — Masz jeszcze lekcje na królową przed kolacją, Aubrey. Będziemy kontynuować tę... dyskusję jutro.
Aubrey nie czekała na pozwolenie, by odejść. Szybkim, płynnym ruchem rozwinęła swoje brązowe skrzydła, a pióra, łapiąc światło wpadające przez klejnot, odbijały złote refleksy jej włosów.
Podrywając się do lotu, napotkała wzrok matki — a jej subtelne, porozumiewawcze mrugnięcie sprawiło, że przez ciało Aubrey przepłynęła fala buntu. Kler wykonał swój ruch.
Ale Aubrey nie miała zamiaru tak łatwo nagiąć się do ich woli.
***
Mimo że ciężar z sali tronowej wciąż na niej spoczywał, na ustach Aubrey zagościł uśmiech. Lekcje na królową — co za farsa.
Przez niemal półtora wieku jej rodzice podtrzymywali tę iluzję. Lekcje odbywające się w jakiejś odległej dzielnicy Sablewood? Wolne żarty. Od samego siedzenia w kamiennej komnacie i recytowania protokołów dostawała gęsiej skórki.
Jej serce należało do nieba, do drzew — do dzikich miejsc, do których zasięg królestwa nie docierał.
Owinęła się grubym podróżnym płaszczem i wyszła na balkon. Wieczorna bryza przywitała ją niczym stary przyjaciel, szarpiąc za rąbek płaszcza i przynosząc zapach sosen oraz wilgotnej ziemi.
Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech, rozkoszując się cichą wolnością. Żadnych strażników. Żadnego dworu. Żadnych tytułów. Tylko wiatr. Niebo. Lot.
Jednym, płynnym ruchem rozwinęła skrzydła, a ich brąz rozbłysnął w gasnącym świetle. Skoczyła — powietrze złapało jej pióra, gdy wzbiła się w górę, zostawiając za sobą kamienne wieże zamku.
W dole rozciągał się gęsty las — szmaragdowe morze szepczące sekrety, które tylko ona mogła usłyszeć. Zachodzące słońce malowało korony drzew złotem i fioletem, a jej puls przyspieszył z ekscytacji. Cień przeciął jej ścieżkę. Ogromna, bezszelestna sowa talariańska przemknęła obok w drodze na klify.
Jej bursztynowe oczy spotkały się z oczami Aubrey na ułamek sekundy, po czym sowa zniknęła w kierunku gór, gdzie ostatni pocałunek słońca oświetlał grań. Za nią las przebudził się do życia. Nocne sowy rozpoczęły swoje niepokojące pohukiwania, cicho odbijające się echem od drzew.
Gdy opadała przez korony drzew, ciężar dnia zsunął się z jej ramion. Las przyjął ją bez pytań, a jego cisza była balsamem dla jej zszarpanych nerwów.
Skręciła w lewo, chwytając prąd wznoszący, a jej skrzydła bez trudu poszybowały w stronę jej prawdziwego celu — ukrytej polany między Królestwem Sablewood a odległym miastem Aranello.
Drzewa rozstąpiły się. W ich sercu kryła się niewielka chata, z jej strzechą złagodzoną przez mech i bluszczem pnącym się po kamieniu niczym spoczywające palce. Chata nie tyle stała na ziemi, co wznosiła się wraz z nią, jakby wyrosła z samego dna lasu.
Jej azyl.
Dym z drewna unosił się z komina, mieszając z dzikim zapachem zmierzchu i gliny. Nieopodal, w półmroku, słabo połyskiwała szklarnia — jej zaklęte szkło promieniowało życiem.
Jedna ze ścian pozostawała otwarta, pozwalając przenikać tchnieniu lasu, zapraszając świat zewnętrzny do środka. Wewnątrz rośliny rosły, jak tylko chciały — splątane, nieskrępowane, tętniące życiem w sposób, w jaki pałace nigdy nie potrafiły.
Opuszczając się z nieba, Aubrey dostrzegła w dole Nalię, która swoimi bystrymi elfimi oczami przeczesywała horyzont. Rude loki Nalii lśniły w gasnącym świetle, okalając jej spiczaste uszy, a na jej twarzy zagościł psotny uśmiech, gdy pomachała ręką na powitanie.
— Trzeba mieć tupet, by pojawić się tak późno, Wasza Wysokość — droczyła się Nalia, a w jej głosie brzmiała udawana powaga.
Aubrey wylądowała obok niej z dramatycznym jękiem. — Naprawdę musisz mnie tak nazywać?
— Siła przyzwyczajenia — odparła Nalia, a jej uśmieszek zdradzał sympatię. — Jest w szklarni. Kieren odwiezie cię z powrotem za godzinę.
— Za dwie — sprzeciwiła się Aubrey.
Nalia przewróciła oczami. — Przegapisz kolację. Twoje damy dworu wywołają zamieszki.
— Jestem pewna, że w twojej kuchni coś się już dusi. Przyniesiesz mi miskę?
— Dobrze — westchnęła Nalia, szczerząc zęby. — Wedle życzenia, Księżniczko.
Aubrey pocałowała ją w policzek z wdzięczności i ruszyła w stronę szklarni, przyciągana zapachem ziemi i sosen, pozostawionych samym sobie, dzikich form życia. Wewnątrz, wśród sadzonek, klęczał Caedar.
Wyglądał, jakby sam tu wyrósł — jego zielono-brązowe szaty zlewały się z roślinami, długie srebrne włosy były związane z tyłu głowy, a dłonie zanurzył głęboko w glebie, szepcząc stare elfickie pieśni.
Zmarszczki na jego twarzy zostały wyryte przez stulecia, ale w jego oczach czaiła się psotna iskierka, niczym światło gwiazd ukryte w starożytnym kamieniu. — Mróz odpuszcza — mruknął, a jego palce musnęły delikatny pęd. Te słowa tak naprawdę nie były skierowane do niej.
Był obecny w jej życiu, odkąd była dzieckiem. Nie tylko jako nauczyciel, ale i kotwica wiążąca ją ze starą magią — z rytmami korzeni, wiatru i kamienia. Dzięki niemu nauczyła się wsłuchiwać w ziemię, zamiast tylko nagiąć ją do swojej woli.
Pamiętała dzień, w którym w wieku dwudziestu lat jej skrzydła rozwinęły się po raz pierwszy. Ceremonia wejścia w dorosłość wyryła się w jej pamięci niczym gwiazdy na nocnym niebie.
Ból tamtej przemiany był już tylko odległym wspomnieniem, ale dzika, wzniosła wolność — chwila, w której stała się jednością z wiatrem — pozostawała żywa jak zawsze.
Jej aura objawiła jej ścieżkę: zaklinaczki ogrodów, której przeznaczeniem jest pielęgnować życie płynące z gleby pod jej stopami. Nie było to niespodzianką — żaden z dziedziców Sablewood nie przejawiał dotąd aury związanej z panowaniem. Aubrey jednak nigdy nie czuła się pokrzywdzona przez ten los.
W rzeczywistości jej rodzice i dziadkowie zawsze zachęcali ją do podążania za swoją pasją, do pielęgnowania tkwiącej w niej magii. Była to wolność, za którą Aubrey pozostawała wiecznie wdzięczna.
Caedar także pielęgnował w niej tę pasję, ucząc ją wszystkiego, co sam wiedział — od budzenia sadzonek do życia łagodnym dotykiem, po wyczarowywanie nasion z samego powietrza. — Dlaczego tak stoisz, dziecko? — zapytał Caedar, a jego ton był szorstki, lecz dobrze jej znany.
W przeciwieństwie do Nalii rzadko nazywał ją Księżniczką — i nigdy nie pozwalał jej zapomnieć, jak młoda wciąż była w jego oczach.
Aubrey dygnęła lekko. — Wybacz, Caedarze. Nalia poszła przynieść mi jedzenie, a ja... podziwiałam widok.
Jego wzrok spoczywał na ziemi, a dłonie delikatnie w niej pracowały. — Zatem posłuchaj mnie uważnie. Ściana pozostanie dziś otwarta. Skoro mróz odpuszcza, rośliny łakną górskiego powietrza. A kiedy już zjesz — chcę, abyś stworzyła kwiat.
Kwiat. Dreszcz przebiegł jej po plecach. Z pozoru zwyczajny, lecz niezwykle skomplikowany — najprawdziwszy sprawdzian magii tworzenia. Życie, piękno, równowaga. Harmonia żywiołów spleciona w jednym, pojedynczym kwiecie.
— Pobudzałam do życia sadzonki — powiedziała z wahaniem. — Ale kwiat...
— Jesteś gotowa — przerwał jej Caedar, podnosząc się powoli. — Wiosna nadchodzi, a ty obdarzyłaś życiem już i tak nazbyt wiele roślin. Dlaczego pozwalasz, by twoje wątpliwości zatruwały glebę?
Zanim zdążyła odpowiedzieć, w progu stanęła Nalia z parującą miską w dłoniach. — Ponieważ uważa, że nie jest godna korony — powiedziała, wciskając miskę w dłonie Aubrey. — Te wątpliwości przenikają wszystko, czego dotknie.
Aubrey delikatnie dmuchnęła na łyżkę, a zapach ziół i przypraw uniósł się w górę. — Ale ty to rozumiesz, prawda?
Nalia założyła lok za ucho. — Tylko udaję. Przecież widziałam, jak dorastasz i stajesz się kimś więcej niż księżniczką. Być może to właśnie skromność cię powstrzymuje.
— Chodzi o coś więcej — powiedział Caedar, choć nie zabrzmiało to nieuprzejmie. — Niech najpierw zje. Światło słabnie, a to, z czym musi się zmierzyć, wcale nie jest proste.
Nalia uśmiechnęła się kpiąco i szturchnęła ojca w ramię. — A czy ty wkrótce zjesz, mędrcze?
— W swoim czasie — mruknął. — Kiedy zacznie... zostawię ją z tym samą.
Łyżka zamarła w połowie drogi do jej ust. — Samą?
To było dziwne, wręcz nieznane jej słowo. Nie licząc przestworzy, nigdy tak naprawdę nie bywała sama. Caedar i Nalia zawsze byli tuż obok, związani przysięgą, że będą ją chronić.
Caedar sięgnął do swoich szat i włożył jej coś w dłoń: mały, złoty dzwoneczek, ciepły i solidny z racji swego wieku. Przejechała palcem po wyrytych w nim runach, a metal zaczął lekko pulsować od magii.
— Znasz słowa — powiedział łagodnie. — Jeśli będziesz nas potrzebować.
Aubrey skinęła głową. — Znam.
— To miejsce jest bezpieczne — dodała Nalia.
Aubrey jej uwierzyła. Brat Nalii, milczący strażnik tych lasów, zawsze krążył gdzieś na ich obrzeżach — niewidzialny, lecz nigdy nie nazbyt oddalony.
Głos Caedara przerwał ciszę. — A teraz jedz. A potem pokaż mi, co rozkwitło.















































