
Dwa lata później Książka 2: Zgubione i znalezione
Autorzy
Lektury
371K
Rozdziały
20
Rozdział 1
EMMA
Stałam obok mamy, mocno trzymając ją za rękę, i patrzyłam, jak spuszczają trumnę do grobu.
Przestałam walczyć ze łzami w oczach, gdy zrobiłam krok do przodu i nabrałam w dłoń trochę ziemi. Rzuciłam ją w dół, patrząc, jak rozsypuje się na błyszczącym wieku trumny.
Moi bracia zrobili to samo, następnie moja mama, a na końcu ojciec. Każde z nas w ciszy opłakiwało tę stratę i w ciszy znosiło ból.
Ale nikt nie cierpiał bardziej niż ja, gdy żegnałam się z osobą, którą kochałam najbardziej, z moim najlepszym przyjacielem.
Mój ojciec dowodził watahą jako alfa przez ponad dekadę, od kiedy dziadek przeszedł na emeryturę. Ale mi to nie przeszkadzało, bo oznaczało to, że dziadek miał dla mnie cały czas na świecie.
Nie byłam na tyle głupia, by wierzyć, że nie jestem rozpieszczana. Miałam naprawdę wspaniałe życie z dwójką cudownych rodziców, dwoma starszymi braćmi, babcią, która dbała, bym była najedzona, i dziadkiem, który traktował mnie jak księżniczkę.
Co on tam robił? Dlaczego był tak blisko granicy, zwłaszcza że wiedział, iż napięcia z watahą Crescent Moon były ostatnio tak duże?
Zadrżałam, gdy moje myśli wróciły do chwili, w której go znalazłam.
Słyszałam alarmy, słyszałam wołanie o pomoc.
Pobiegłam z wojownikami z mojego oddziału tam, skąd nadeszło wezwanie, tylko po to, by dotrzeć za późno. Zobaczyłam czterech martwych patrolowych na ziemi.
A za nimi...
Zobaczyłam członka watahy Crescent Moon, jak stał nad nim, nad jego nieruchomym ciałem leżącym na ziemi. Ten cholerny wilk miał czelność uśmiechnąć się do mnie, zanim uciekł, jakby odniósł wielkie zwycięstwo.
I tak było.
Podbiegłam do dziadka, z poślizgiem zatrzymując się obok niego, gdy z powrotem przybrałam ludzką postać. Byłam cała brudna, kiedy brałam go w ramiona.
„Dziadku!” dyszałam, a oczy piekły mnie od łez, gdy przyciskałam do siebie jego ciężkie ciało i badawczo patrzyłam na jego twarz. Otworzył oczy, a jego usta wygięły się w smutnym uśmiechu, ubrudzonym w kąciku krwią.
„Masz moc, aby to zmienić”, wyszeptał. „Kocham cię, skarbie.”
„Ja ciebie też kocham, dziadku. Zabierzemy cię do domu, dobrze?” szlochałam. Jego wzrok uciekł z mojej twarzy, a oczy stały się puste. „Nie, nie, nie, nie, nie”, powiedziałam, potrząsając dziko jego ramionami. „NIE!” krzyknęłam, a łzy spływały mi po twarzy. „Nie możesz umrzeć! Proszę, wróć!”
„Gotowa?”
Mój brat wyrwał mnie ze wspomnień. Connor delikatnie ścisnął moje ramię, czekając, by ruszyć z powrotem do domu watahy.
„Tak…” powiedziałam cicho, głosem ochrypłym od płaczu.
Objął mnie mocno ramieniem. „Jedzenie?”
„Jedzenie”, powtórzyłam i oparłam się o niego.
Poszłam za nim do sali wspólnej i zaczęłam przyjmować kondolencje oraz dobre życzenia. Przykleiłam do twarzy sztuczny uśmiech, przyjmując rolę córki alfy. Ściskałam dłonie, przyjmowałam uściski i ocierałam łzy. Wysłuchałam dziesiątek starych historii i wspomnień, powstrzymując własne łzy, gdy z miłością mówiono o moim dziadku. A on był bardzo kochany. Nie było członka tej watahy, który nie pamiętałby tego wszystkiego, co dziadek dla nich zrobił.
Dekad, które spędził, chroniąc ich, służąc im, i tych wszystkich zmian, jakie zaprowadził w watasze, a dzięki którym moja matka stała się ich ukochaną luną.
„Wszystko w porządku, skarbie?” zapytała moja mama, obejmując mnie ramieniem.
„Nie bardzo. A u ciebie?” zapytałam, biorąc drżący oddech.
„Jestem całkowicie zdruzgotana”, pociągnęła nosem i otarła kolejną łzę z oka.
„Gdzie jest tata?”
„Jak myślisz?” zapytała, wskazując głową na drzwi.
„Ja do niego pójdę”, powiedziałam, wyrywając się z bezpiecznych ramion mamy, by wyjść na zewnątrz do miejsca, w które mój ojciec zawsze się udawał, gdy potrzebował odciąć się od uczuć.
Patrzyłam, jak pięści mojego ojca raz za razem uderzają w ciężki worek treningowy.
„Tato”, powiedziałam cicho, chwytając rękawice do sparingu i owijając nimi nadgarstki.
Przestał uderzać, oddychając z trudem, gdy dyszał oparty o worek treningowy. Nic nie powiedział. Nie musiał.
Mocniej owinęłam dłonie i podeszłam do niego. Związałam blond loki w węzeł na czubku głowy i okrężnymi ruchami rozciągnęłam szyję, by rozluźnić ramiona. „Dzisiejszy dzień jest do bani”, powiedziałam, po czym wyprowadziłam cios w jego stronę.
Zrobił unik i zaczął krążyć wokół mnie. „Tak, owszem”, sapnął, samemu wyprowadzając cios.
Ruszyłam w jego stronę, markując ruch w lewo, po czym uchyliłam się w prawo i wbiłam mu cios w żebra.
Wypuścił głośno powietrze i potarł bok. Widziałam, jak jego oczy na chwilę stają się czarne, po czym wracają do swojego zwykłego niebieskiego koloru.
Sparing trwał, dopóki nasze oddechy nie stały się ciężkie, a każde z nas wymierzało ciosy i unikało tych drugiego. Czułam pot spływający po szyi i plecach oraz ból w mięśniach, gdy moje ciało zaczęło opadać z sił. Okrążyłam go i kopnęłam go w udo. Z jękiem opadł na jedno kolano. Zatrzymałam się na moment, podczas gdy adrenalina po walce wciąż we mnie buzowała. „Przepraszam, tato”.
Spojrzał na mnie. Na jego twarzy malowała się mieszanka złości i smutku. „Za co?”
Znów poczułam łzy w oczach. Poczucie winy zżerało mnie od środka. „Nie dotarłam tam wystarczająco szybko. Nie...” Pokręciłam głową, walcząc z własnymi słowami.
Podniósł się z ziemi i podszedł do mnie, obejmując mnie swoimi ramionami. „Ciii...” powiedział cicho, tuląc mnie do siebie. „Emma, nic z tego nie było twoją winą.”
„To moja wina! Moim zadaniem jest chronić nasze granice. Powinnam tam być. Powinnam...”
Przytulił mnie mocniej, całując mnie w czubek głowy. „To nie do ciebie należy chronienie nas wszystkich, skarbie”.
„Dlaczego tam był? On... nie powinien był... Powinnam była go chronić.”
„Nie możesz być wszędzie naraz”, powiedział, delikatnie gładząc mnie dłonią po włosach. „Nie wiem, dlaczego tam poszedł, ale zrobił to, będąc w pełni świadomym niebezpieczeństwa.”
Z moich ust wyrwał się szloch. „Tęsknię za nim.”
„Ja też za nim tęsknię, skarbie.” Odsunął się i spojrzał z góry na moją twarz, ocierając dłońmi moje łzy. „Ja...” zająknął się, dławiąc się własnym żalem. „Nie wiem, jak funkcjonować w świecie, w którym jego już nie ma.”
„Ja też nie...” wyszeptałam.
„Jakoś to sobie poukładamy, dobrze?” powiedział, z powrotem przyciągając mnie do siebie. Po kilku minutach mój oddech zwolnił, gdy się uspokoiłam, odpychając poczucie winy, które wciąż mnie zżerało mimo zapewnień mojego ojca.
Chwilę później mój ojciec się roześmiał, widząc, jak Connor i Kyle, moi starsi bracia bliźniacy, zbiegają truchtem ze wzgórza.
„Was też tu mama przysłała?” zaśmiał się.
„Taa”, odpowiedział Kyle, pocierając kark. „Stwierdziła, że Ems zdążyła cię już pewnie powalić na łopatki.”
Na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech, gdy kiwnął na nich głową i otworzył dla nich ramiona.
Uśmiechnęli się szeroko i w kilka sekund ramiona Connora i Kyle'a zamknęły się w uścisku również wokół mnie.
Nie miałam pojęcia, jak długo tam staliśmy, ale nie broniłam się przed tym ani przed narastającym we mnie ciepłem wynikającym ze świadomości, że jestem kochana — każde z nas ignorowało smutne pociąganie nosem ze strony pozostałych.
„Wysyłam was tu wszystkich, żebyście przyprowadzili ojca, a oto co znajduję?”
Wszyscy się odwróciliśmy, by zobaczyć moją matkę stojącą przed nami z rękami na biodrach i chytrym uśmieszkiem, który sprawiał, że wokół jej oczu robiły się zmarszczki.
Podeszła do nas i uśmiechnęła się, gdy ojciec zrobił dla niej miejsce obok siebie, przytulając ją mocno.
Złożyła pocałunek na jego ustach, a wszyscy z nas jęknęli, gdy pod wpływem jej dotyku z jego gardła wyrwał się niski pomruk.
Kyle, Connor i ja szybko się wycofaliśmy, by zostawić ich samych.
Idąc pod górę, spojrzałam za siebie, uśmiechając się na widok obejmujących się, splecionych ze sobą ciałami rodziców. Moja matka przerwała pocałunek i przycisnęła swoje czoło do czoła taty, szepcząc mu słowa pocieszenia, których nie mogłam dosłyszeć.
***
Trzy dni później, po okresie użalania się nad sobą i pławienia się w smutku, zwlekłam się z łóżka, związałam moje dzikie, kręcone blond włosy w węzeł na czubku głowy i ruszyłam na trening. Wszyscy zaczęliśmy trenować, mając zaledwie sześć lat, ale szybko stało się jasne, że byłam wręcz stworzona na wojowniczkę. Zatem podczas gdy moi bracia wciąż traktowali treningi dość luźno, ja ćwiczyłam niestrudzenie. Trenowałam ciężko, zmuszając się do ogromnego wysiłku, dopóki nie osiągnęłam niezrównanych umiejętności. Jedynie ojciec potrafił mnie pokonać, a i tak mogłabym policzyć kilka razy, gdy udało mi się położyć go na łopatki. Właśnie z tego powodu byłam najmłodszą kobietą kapitan w historii naszej watahy. Pewnego dnia miałam zostać główną wojowniczką.
„Cześć, Emma!”
„Dzień dobry, Lucas”, uśmiechnęłam się.
„Kto jest dzisiejszą ofiarą?” zapytał z uśmieszkiem.
Rozejrzałam się po placu treningowym po grupie wojowników z mojego batalionu i niewinnie wzruszyłam ramionami. „Wszyscy?”
Lucas zaśmiał się głośno. „Słyszycie to? Wasza pani kapitan uważa, że zdoła was wszystkich pokonać. Co wy na to?”
W odpowiedzi dwa tuziny mężczyzn i kobiet płynnie przemieniło się w swoje wilcze formy, a każda z nich miała nieco inny kształt i kolor.
Posłałam im szeroki, dziki uśmiech, po czym zmieniłam się w swojego dużego, brązowego wilka i ruszyłam w stronę środka grupy.
Wiele godzin później weszłam do domu watahy, kierując się do sali wspólnej, i uśmiechnęłam się, widząc, jak babcia Sophie macha do mnie zza stołu.
„Cześć, babciu”, uśmiechnęłam się szeroko, składając buziaka na jej policzku, po czym usiadłam obok niej.
„Jak się czujesz, skarbie?” zapytała, pocierając mnie po plecach.
Wzięłam gryza kanapki i wzruszyłam ramionami. „Sama nie wiem. Tęsknię za nim...”
„Wszyscy tęsknimy, kochanie”, odpowiedziała. „Jak było na treningu?”
„Dobrze”, uśmiechnęłam się. „Zdecydowanie mi to pomogło.”
„To dobrze”, mrugnęła do mnie.
Spojrzałam na zegarek, po czym omiotłam wzrokiem jadalnię. „Gdzie mama i tata?” zapytałam, marszcząc brwi, gdy w odpowiedzi Connor jedynie wzruszył ramionami, siedząc naprzeciwko z talerzem, na którym piętrzyły się cztery kanapki.
„Są w gabinecie taty...” odpowiedział Kyle, który podszedł do nas od tyłu.
„Co się stało?” zapytałam, czując rosnący niepokój.
„Dostali wiadomość od watahy Crescent Moon...”
„Chodźmy...” warknęłam, stanowczym krokiem ruszając w stronę gabinetu ojca w towarzystwie moich dwóch starszych braci.
„Spokojnie, siostrzyczko”, Connor zaczął się droczyć w nadziei na rozładowanie nastroju. „A co, jeśli oni...” Poruszał przy tym brwiami, czym zyskał od Kyle'a i ode mnie jęk pełen obrzydzenia.
Przystanęłam pod drzwiami, a moja dłoń zawisła nad nimi w zawahaniu przed zapukaniem. Znając moich rodziców, z pewnością mogli w środku robić rzeczy, których za nic bym nie chciała oglądać.
„Wejdź, Emma”, dobiegł z drugiej strony głęboki głos mojego ojca. Nigdy do końca nie wiedziałam, jak mu się to udaje — wprawdzie mieliśmy doskonały słuch, ale jego zmysły były nie z tego świata.
Powoli otworzyłam drzwi, a mój wzrok zatrzymał się na opuchniętej twarzy matki, po czym przeniósł na ojca. „Crescent Moon?” zapytałam, siadając na krześle po drugiej stronie biurka.
Mój ojciec westchnął. „To miało pozostać w tajemnicy...” powiedział, rzucając Kyle'owi ponure spojrzenie.
Kyle wzruszył niewinnie ramionami. „Ona też powinna wiedzieć.”
„Powinienem was wszystkich wychłostać za samo myślenie o kwestionowaniu słów waszego alfy.”
Moja matka łagodnie położyła dłoń na jego ramieniu, a kiedy ojciec podniósł na nią wzrok, jego udawany gniew po prostu prysł. Przykrył jej dłoń swoją i delikatnie ją poklepał, zanim zwrócił się do nas. Rzucił liścik na drugą stronę biurka i opadł na oparcie fotela, ściskając mocno rękę mojej matki, jakby była jego kołem ratunkowym.
Zresztą wiedziałam, że tak właśnie było. Fakt bycia przeznaczonymi sobie partnerami był czymś pięknym, jednak zdawałam sobie sprawę, że ich miłość była jeszcze inna, na swój sposób wyjątkowa. To było coś, co sama miałam nadzieję kiedyś odnaleźć.
Connor podniósł liścik i przeczytał go na głos.
„Ciekawe, jak łatwo upada alfa”. Kyle oderwał wzrok od liściku. „Co to u diabła jest? Jakaś kpina?”
„Przypisują sobie śmierć waszego dziadka, i to bez grama klasy, jeśli mogę dodać”, odparła lodowato moja matka.
Poczułam narastającą we mnie lodowatą wściekłość. „Był stary i chory!” warknęłam, mocno zaciskając pięści po bokach. „Zdołałby go pokonać byle czterolatek.”
„Zgadza się, tyle że nikt poza naszą rodziną nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo chorował”, odpowiedział ojciec. „Więc z punktu widzenia Crescent Moon, pokonanie alfy — i to nie byle jakiego alfy, tylko Starszego — dodaje powagi ich sprawie.”
„A co, proszę powiedzieć, jest ich sprawą?” wycedziłam przez zęby.
Mój ojciec posłał mi ostrzegawcze spojrzenie. Wiedziałam, że jeśli powiem coś więcej, wpadnę w kłopoty.
Connor osunął się na krzesło. „Przecież wiesz, o co w tym chodzi”, sapnął. „Chcą, żeby ojciec ustąpił i przekazał kontrolę ich alfie, który zresztą próbuje stworzyć jakąś gigantyczną watahę pod swoim przywództwem. Nie jesteśmy jedyną sforą, którą stara się w ten sposób zastraszyć.”
„Co zamierzasz zrobić?” zapytałam cicho.
Patrzyłam na ojca i to, jak jego całe ciało napięło się, a on sam zacisnął szczęki. „Crescent Moon zabiło pięciu członków tej watahy, wliczając w to kogoś, kogo po prostu kochaliśmy. Jesteśmy teraz oficjalnie w stanie wojny.”













































