
Harvest Flower
Autorzy
Chavon Powell
Lektury
17,9K
Rozdziały
34
Rozdział 1
1812, Terytorium Arizony
Płonące strzały i krzyki bólu oraz śmierci wypełniały powietrze. Pełnia księżyca świeciła na czerwono, kolorem krwi, jakby drwiła z małej dziewczynki ukrywającej się przed mordującymi Indianami. Wkrótce nic nie miało zostać, a ona, tak jak jej rodzina, miała umrzeć.
Leżała nieruchomo na brzuchu, ściskając kij w swoich małych dłoniach. Wódz siedział na koniu niedaleko, a mały chłopiec na jego kolanach wyglądał na wstrząśniętego. Ukrywał swój strach i to, jak bardzo był przerażony.
Małe czarne kółko wypalone na ciemnej skórze jego ramienia wciąż było czerwone od piętna. Chłopiec był Indianinem, to było jasne. Mała dziewczynka zamknęła oczy i próbowała nie słyszeć krzyków.
Ranek miał nadejść wkrótce, a wojownicy zdecydowali się odejść. Mała dziewczynka nie ruszyła się. Nie mogła.
Jej oczy były zaciśnięte, gdy noc ustąpiła miejsca dniu.
***
Błękitne jesienne niebo pociemniało od kłębów dymu wcześnie rano. Żaden śpiew ptaków nie wypełniał rześkiego powietrza. Nic się nie poruszało, a poczucie śmierci i grozy wisiało nad tym wczesnym porankiem.
Słońce nie chciało zamalować nieba kolorami. Samotny rdzawoogoniasty jastrząb krążył wysoko nad małą grupą myśliwych, prowadząc ich do strasznego miejsca, w którym niegdyś rozbrzmiewały odgłosy narzędzi białego człowieka. Zapach spalonych ciał i dymu ze świeżego drewna ciężko wisiał wokół nich.
Przenikliwy krzyk jastrzębia przyciągnął uwagę wodza Red Feathera. Poprowadził grupę myśliwych w stronę polany, którą pewna rodzina białych ludzi nazywała domem.
Dym gęstniał, przenikając między drzewami i zalegając wzdłuż leśnej ścieżki. Wjechali na polanę i zobaczyli świeżo ukończoną chatę spaloną doszczętnie. Powietrze wokół nich było gęste od dymu i popiołu. Płomienie wciąż trzaskały i lizały niebo w miejscu, gdzie stała chata.
Kobieta leżała rozciągnięta na ziemi przed chatą, z podartymi i zakrwawionymi ubraniami, ze skalpem zdjętym z głowy.
Red Feather objechał płonące zgliszcza do przewróconego wozu. Ciało mężczyzny było przywiązane do koła wozu, a spalone strzały sterczały z jego piersi i boków. Jego skalp również został zdjęty.
Red Feather jechał dalej, szukając dzieci, o których wiedział, że mężczyzna i kobieta je mieli. Machnięciem nadgarstka wysłał dwóch wojowników na pole za chatą. Sam pojechał w stronę linii drzew, gdzie mały strumień płynął w cieniu drzew ozdobonych jesiennymi barwami.
Sterta suchych gałęzi i pniaków przyciągnęła uwagę Red Feathera. Spojrzał na mężczyzn za sobą i machnął ręką.
Dwaj ostatni wojownicy zatrzymali konie i czekali. Zwierzęta rodziny — dwa woły — leżały martwe i okaleczone tuż przy małym ogrodzie. Koń i krowa mleczna zniknęły. Red Feather podszedł do sterty gałęzi i zobaczył małą dłoń leżącą na ziemi tuż za nią.
To był mały chłopiec, mniej więcej sześcioletni. Nie żył; jego oczy były szkliste, a poszarpana rana przecinała mu gardło. Kilka kroków dalej w lesie leżał twarzą w dół w liściach drugi chłopiec, dziesięcioletni, ze strzałą w plecach. Wiadro z wodą, które niósł, wylało się do schnącego błota.
Serce Red Feathera zamarło. Mała dziewczynka zniknęła. Odwrócił się z powrotem do sterty martwych gałęzi i kątem oka dostrzegł ruch.
Brudna niebieska tkanina poruszyła się, a cichy szloch przeszył nieruchome powietrze. Red Feather zsiadł z konia i ukląkł bliżej, żeby lepiej widzieć. Jej miodowo-brązowe oczy rozszerzyły się, gdy spotkały jego wzrok.
Trzymała długi zaostrzony kij w dłoniach, a jej knykcie były białe od mocnego ściskania. Jej płomiennożółte włosy opadały falami na ramiona. Nie miała więcej niż siedem lat.
Jej szeroko otwarte oczy zwęziły się, a łzy popłynęły po policzkach. Zacisnęła wargi, odchyliła się do tyłu i pchnęła przed siebie długim kijem. Red Feather stęknął, gdy kij uderzył go w ramię, lekko go odpychając.
Wojownicy za nim zachichotali, czterech zebranych teraz wokół i obserwujących. Mała dziewczynka wydała z siebie warczenie jak ranny mały dziki kot. Jej pchnięcia kijem były odważną, ale żałosną próbą utrzymania dorosłego mężczyzny na dystans.
Red Feather wsunął rękę do środka i chwycił kij, ale ona go puściła i wycofała się poza jego zasięg. Wyciągnął do niej rękę, a ona wypadła z plątaniny gałęzi. Spróbował ją złapać i rzucił się za nią, ale uciekła. Biegła tak szybko, jak mogła.
Serce jej waliło, gdy przebiegała przez mały strumień nieco dalej na ścieżce. Lekkie kroki za nią szybko ją dogoniły. Krzyk utknął jej w gardle, gdy duże opalane słońcem ramię chwyciło ją w pasie.
Wstrzymała oddech, gdy odwrócił ją twarzą do siebie. Jej dzikie oczy błyskały jak oczy dzikich kociąt złapanych w sidła na króliki.
„Jesteś bezpieczna, mała. Nie skrzywdzę cię. Biegasz jak mały królik. Dobrze jest mieć ducha walki w sobie.” Przyciągnął ją do piersi, gdy łzy zaczęły cicho spływać po jej policzkach. „Wezmę cię za córkę. Będziesz żyć w mojej chacie. Moja Moon Stream nie będzie już płakać za córką, której nie mogę jej dać.”
Wojownicy Red Feathera podjechali, prowadząc jego konia. Gdy dosiadł wierzchowca i mała dziewczynka została bezpiecznie umieszczona na jego kolanach, wyruszyli w drogę do domu. Miarowy stukot końskich kopyt odbijał się echem w jej sercu i zasnęła, a strach powoli opuszczał jej drobne ciało z każdym krokiem.
Moon Stream czekała na powrót męża. Ich syn, Rising Bear, czekał razem z nią. Był już wystarczająco duży, żeby zacząć stawiać pułapki i polować w pobliskich okolicach.
Tego dnia czekał na lekcję stawiania sideł na króliki. Siedział, obserwując ścieżkę, z nowo zrobionym sidłem ściśniętym w dłoni.
Moon Stream sapnęła, gdy Red Feather pojawił się na horyzoncie. Wyglądał, jakby był pochylony nad mocno owiniętym tobołkiem przyciśniętym do piersi. Światło rozjaśniło się, ukazując małą śpiącą białą dziewczynkę na jego kolanach.
Łzy napłynęły jej do oczu. Gdy zbliżyli się, wojownicy za Red Featherem rozjechali się, dołączając do swoich rodzin i przyjaciół.
Red Feather zsiadł z konia przed żoną i synem, tuląc dziewczynkę do piersi. „Ta dziewczynka jest teraz nasza. Jej rodziny już nie ma” powiedział, wnosząc ją do chaty.
Moon Stream otarła oczy i delikatnie głaskała włosy dziewczynki, gdy ta leżała na posłaniu ze skór. Jej truskawkowy blond lśnił w blasku ognia. Moon Stream spojrzała na Red Feathera i z uśmiechem powiedziała: „Będzie się nazywać Harvest Flower.”
Rising Bear ukląkł obok dziewczynki z szeroko otwartymi oczami. „Jest ranna? Gdzie jest jej rodzina, ojcze?”
Red Feather dotknął swojej głowy, a potem piersi. „Boli ją w środku. Jej rodzina leżała martwa w popiołach wokół niej, a ona broniła sterty gałęzi kijem.”
Spojrzał na Moon Stream. „Uważaj — jest dzika ze strachu i zraniona przez ludzi o naszym kolorze skóry, ale nie z naszego plemienia. Wie niewiele, a rodzina, którą kiedyś miała, traktowała ją szorstko. Łagodna dłoń i silny duch oswoją naszą małą Harvest Flower.” Wstał, dotknął Rising Beara za ramię i wyszedł.
Rising Bear ruszył za nim po cichu, ale zatrzymał się, żeby jeszcze raz spojrzeć na ładną dziewczynkę. Jej miodowozłote oczy otworzyły się i wpatrzyły się w niego, po czym rozszerzyły się z przerażenia. Moon Stream przytrzymała ją i zaczęła śpiewać łagodnym głosem.
Rising Bear wyszedł szybko, pragnąc, żeby strach w jej oczach zniknął.
Mała Harvest Flower szamotała się tylko przez chwilę, bo spokój głosu Moon Stream ukoił jej lęki.
Nocami Harvest Flower płakała i krzyczała przez sen. Koszmary sprawiały, że drżała i rzucała się podczas snu. Rising Bear przytulał ją, a Moon Stream śpiewała im obojgu cicho kołysankę.
Z każdym dniem zbliżała się do nowej rodziny, ucząc się ich zwyczajów i szybko przyswajając ich język. Rising Bearowi nie przeszkadzało, że chodziła za nim po wiosce. Gdy inni okazywali jej zainteresowanie, starała się być niewidzialna.
Harvest Flower starała się wyglądać na twardą i odważną, a jej strach widać było tylko w głębi oczu.
DZIESIĘĆ LAT PÓŹNIEJ
Harvest Flower obudziła się gwałtownie, z dzikimi oczami, widząc pochylającego się nad nią Rising Beara. Patrzył na nią zimnym wzrokiem. Jego twarz była zdecydowanie za blisko twarzy Harvest Flower.
Odepchnęła go, zdając sobie sprawę, że jej drzemka trwała zbyt długo. Polowanie przerwała, gdy jej łuk pękł. Rising Bear nie drgnął, więc Harvest Flower spróbowała go odepchnąć ponownie. „Zejdź ze mnie!”
Rising Bear szybko się odsunął. „Znowu miałaś ten sen?”
Harvest Flower zmierzyła go wzrokiem. „Naprawdę musisz pytać?” Chciała go zapytać, dlaczego był tak blisko, jakby miał ją pocałować. Wyraz jego twarzy, który zobaczyła po przebudzeniu, sprawił, że poczuła się jeszcze bardziej nieswojo. „Idź sobie, mam rzeczy do zrobienia. Nic rano nie upolowałam i niezbyt dobrze się czuję.”
Rising Bear siedział i przyglądał jej się dłużej, niż Harvest Flower by chciała, po czym wstał i odszedł. Trawiasta skarpa na polanie była jedynym miejscem, gdzie Harvest Flower czuła się naprawdę spokojnie podczas porannych drzemek, z dala od obowiązków i wszystkiego, czym zajmowały się kobiety z wioski.
Harvest Flower siedziała sama, a patrząc na wodę, postanowiła się wykąpać, żeby zmyć z siebie koszmar i to nieprzyjemne uczucie na skórze. Chciała tylko spokoju, a jej umysł wciąż wyciągał to wspomnienie na powierzchnię.
Musiała — nie, chciała — nie, znajdzie sposób, żeby pozbyć się koszmarów i, jeśli to możliwe, odnaleźć chłopca z kółkiem wypalonym na ramieniu.
Było lato w pełni, a powietrze było lepkie i gorące. Drzewa były najzieleńsze w tym roku, a letnie kwiaty rozkładały się dywanami nad strumieniem. Woda była chłodna i czysta, a wodospad spadał z delikatnym pluskiem.
Nie był to duży wodospad, ale idealnie nadawał się do kąpieli. Harvest Flower stała pod nim naga, przeczesując palcami włosy. Kąpała się, nie wiedząc, że ktoś ją obserwuje. Nucąc piosenkę z dzieciństwa — piosenkę śpiewaną jej co wieczór po złym śnie.
Odpędziła myśli o płonących strzałach i ciemnych cieniach. Woda obmywała ją, oczyszczając umysł i ciało.
Running Wolf patrzył, jak przeczesuje palcami swoje długie truskawkowoblond włosy. Miały kolor kwiatu żniw, od którego wzięła swoje imię — złote z miedzianoczerwonym połyskiem. Spadająca woda i długie włosy zasłaniały jej ciało, ale zarys był wyraźny.
Obserwował ją już wcześniej w lesie, gdy bawiła się z małymi zwierzętami, a nawet z jeleniem. Znalezienie jej tutaj było niespodzianką. Całe jej piękno było widoczne. Serce mu przyspieszyło, a palce mrowily na myśl o przeczesywaniu jej pięknych złotych włosów.
Odchyliła głowę do tyłu, pozwalając wodzie spłynąć po opalonym ciele. Nie była blada, ale nie była też ciemnoskóra. Biała krew widoczna była w każdym calu. Tylko ruchy i ubranie mówiły o jej plemieniu.
W sercu była Indianką. Uśmiechnęła się do czystego nieba i delikatnie kołysała się w spadającej wodzie. Cicho śpiewała kołysankę na pustej polanie. Jej głos roznosił się nad zwierzętami i ukrytymi oczami obserwatorów.
Jej suknia z jeleniej skóry i mokasyny leżały złożone na brzegu czystego stawu. Królik wtulił nos w jej miękką sukienkę, po czym leniwie skubał trawę obok niej. Szop i wydra bawiły się w wodzie niedaleko wodospadu, na zmianę zanurzając się nawzajem.
Jej śmiech przyciągnął wzrok Running Wolfa z powrotem. Miała piękny uśmiech z równymi, białymi zębami między pełnymi różowymi wargami. Serce podskoczyło mu w piersi. Musi ją mieć za żonę.
Running Wolf sięgnął po wodze swoich koni i cicho odszedł, zostawiając ją, by kąpała się w spokoju. Jej zwierzęcy przyjaciele byli jedynymi towarzyszami w pobliżu. Running Wolf miał nadzieję, że wódz Red Feather przyjmie jego ofertę o rękę dziewczyny. Miesiące obserwowania i planowania ciągnęły się jak lata.
Harvest Flower nagle poczuła niepokój, a jej śmiech ucichł, gdy przyjaciele przestali się bawić. Kamyk spadł z klifu nad nią i radość odpłynęła. Szybko wyszła ze stawu i wślizgnęła się w swoją skórzaną sukienkę.
Usiadła szybko, żeby wsunąć mokasyny i zapleść włosy w jeden warkocz na bok, obserwując klif nad sobą. Ciemna sylwetka odsunęła się od krawędzi, a po jej ciele przebiegł dreszcz niepokoju.
Mała dziewczynka zawołała ją po imieniu i Harvest Flower drgnęła, po czym wstała. Szybko ruszyła z powrotem do wioski, z ulgą, że nie czuła już czyjegoś wzroku na skórze. Szła cicho ścieżką, myśląc o tym, co mogło się dziać. Odgłosy z wioski wydawały się cichsze niż zwykle, i to ją nieco niepokoiło.
Silnie zbudowany wojownik z innego plemienia prowadził cztery konie przez obóz. Na swoim własnym koniu siedział z prostymi plecami. Obserwowała go przez chwilę między chatami, po czym wśliznęła się do chaty brata.
Ciekawość malowała się na jej twarzy, gdy wyglądała przez wejście. Rising Bear wstał i wyszedł na zewnątrz, żeby zobaczyć, co tak zainteresowało jego siostrę. Wrócił do chaty tuż przed nią.
Liście wciąż trzaskały w ogniu, gdzie strząsnął je ze swoich włosów. Zamieszanie w wiosce ucichło, a kilka kobiet chichotało na boku, wskazując na przystojnego przybysza.
Running Wolf zobaczył ją, gdy wchodziła do wioski. Obserwowała go, a potem weszła do mniejszej chaty. Wysoki mężczyzna wyszedł minutę później i skierował się do chaty Red Feathera. Running Wolf poczuł gorzkie ukłucie zazdrości, gdy Harvest Flower wychyliła głowę zza drzwi osłoniętych skórą.
Ich oczy się spotkały i mały uśmiech rozświetlił jej twarz. Kobiety, które szły za nim, chichotały i rozmawiały po cichu, gdy wszyscy zgromadzili się za nim.
Running Wolf zatrzymał konie przed chatą Red Feathera, zsiadł jednym płynnym ruchem i przywiązał cztery kucyki do słupa chaty. Jego własnego konia odprowadził młody wojownik. Harvest Flower zbladła i cofnęła się od wejścia, pozwalając skórze opaść na miejsce.
Szybko podbiegła na bok chaty, chwytając koszyk pełen ziół i kwiatów. Był tylko jeden powód, dla którego wojownik przywiązywał konie do słupa chaty. Szuka żony z tego domu.












































