
Stado Borders 2: Muszę z nim być
Autorzy
K.K.S.
Lektury
731K
Rozdziały
28
Strażnik
Książka 2: Muszę z nim być
SAMMY JANE
„Hej, Sabar!” zawołałam radośnie, a mój śmiech rozniósł się echem wśród drzew, gdy on wychodził z rzeki po kąpieli. Jego widok zawsze poprawiał mi humor.
„Samjay…” Jego głos brzmiał smutno, a brwi miał zmarszczone. Mimo że użył mojego specjalnego pseudonimu, nie wyglądał na szczęśliwego.
Zauważyłam, że jest nagi, tuż po tym jak wyszedł z wody. Krople wody na jego ciemnej skórze podkreślały umięśniony tors i brzuch.
Odgarnął włosy do tyłu, gdy woda spływała po jego ciele. Patrzył na mnie z niezadowoleniem.
Chyba nie jest zadowolony, że przerwałam mu kąpiel, pomyślałam.
„Ojej, przepraszam”. Szybko się odwróciłam, słysząc jak sięga po koszulę.
„Co się stało, Samjay?”
„Coś się dzieje w obozie” powiedziałam podekscytowana. Mimo że byłam dorosła, inne wilczyce mówiły, że wciąż zachowuję się jak szczeniak.
„Co takiego?” Jego ton stał się bardzo poważny.
Tak mówi, gdy strzeże naszego terytorium. Słyszałam go już kiedyś, kiedy ktoś bezprawnie przekroczył naszą granicę. Zwykle nie odzywał się do mnie w ten sposób.
„Lily mi powiedziała”.
„Skąd ona zawsze o wszystkim wie?” narzekał Sabar.
Stanął obok mnie. Jego czarne włosy i broda były mokre, a cienka koszula przylgnęła do ciała, podkreślając jego ciemne, silne rysy.
Ale jest taki miły.
Od lat pomagał mi wzmacniać mój dom podczas Księżyca Godowego. A Valerie mówiła, że uratował ją, wpuszczając za nasze mury.
„Lily jest najstarszą z wolnych wilczyc”.
I chyba nasz alfa jej ufa. Ale nie byłam tego pewna.
„Czemu nie nazywasz tego po imieniu?” Sabar trącił mnie ramieniem, prawie przewracając, bo jest taki silny.
Odskoczyłam ze śmiechem, a on odwzajemnił uśmiech.
„Bo! Wiesz, że nie przepadam za tym określeniem”.
„Zdolna do rozrodu?”
„Tak”.
„Ale jesteś jedną z siedmiu zdolnych do rozrodu, Samjay. To po prostu fakt”.
Wiedziałam, że to słowo oznacza, że jesteśmy wystarczająco dorosłe, by mieć dzieci, ale źle się z nim czułam.
„Prędzej czy później alfa każe ci zburzyć twoją fortecę i pozwoli jednemu z samców się z tobą sparować”.
Przeszedł mnie dreszcz na myśl o tym, co spotkało niektóre samice wcześniej. Samice mogą zostać poważnie ranne lub nawet umrzeć podczas Księżyca Godowego.
„Daj spokój”. Potrząsnął głową, śmiejąc się z mojej przerażonej miny. „Nie musi być aż tak źle. Wasze straszne opowieści nie pomagają żadnej z was mieć dzieci dla naszego stada”.
Ruszył w stronę obozu.
„Sabar!” Pobiegłam za nim, wskakując mu na plecy. „To normalne, że się boimy. Wiesz, że samce w naszym stadzie są bardzo brutalne. Dlatego Edward zebrał je tutaj, żeby stworzyć silne stado. To logiczne, że my, samice, boimy się śmierci podczas dosiadania przez samca”.
Złapał moje ręce wokół swojej szyi, balansując ze mną na plecach. Spojrzał na mnie niezadowolony przez ramię, gdy trzymałam się go jak rzep psiego ogona.
„Nie możesz powiedzieć «zdolna do rozrodu», ale możesz mówić o «dosiadaniu»?” Jego oczy zżółkły.
„Czemu się złościsz, gdy mówię takie rzeczy?” zapytałam, patrząc na niego zdezorientowana.
„Nie powiedziałem, że jestem zły”. Szedł dalej w stronę obozu, niosąc nas oboje; moje nogi były wokół jego talii, a on trzymał jedną z nich.
„To czemu tak wyglądasz?”
Czemu twoje oczy zmieniły się w wilcze?
Odkaszlnął. „Zrozumiesz wkrótce, Samjay”.
Zeskoczyłam z jego pleców, krzycząc za nim: „Nienawidzę, gdy tak mówisz”.
Przeczesał ręką swoje lśniące czarne włosy, nawet się nie odwracając, gdy cicho powiedział: „Wiem o tym”.
SABAR
Sabar wyglądał na mocno wzburzonego.
„Możesz się wściekać, ile chcesz”, oznajmił alfa Granic, mierząc wzrokiem swojego ciemnoskórego wojownika. Jego potężne ramiona były skrzyżowane na piersi „ale to niczego nie zmieni”.
„Nie mogę pozwolić, żeby ktoś ją skrzywdził”.
„W takim razie sam powinieneś się z nią połączyć”.
Sabar spojrzał na swojego alfę spode łba.
„Ocierasz się o nieposłuszeństwo” ostrzegł alfa, niezadowolony z miny swojego wojownika.
Sabar wiedział, że alfa ma rację i przyjął ostrzeżenie jako delikatną przestrogę. Złagodził wyraz twarzy i przybrał mniej bojową postawę.
„Wiesz, jaka ona jest, alfo. Czysta niewinność”.
„To zrób wszystko, żeby już teraz się do ciebie przekonała. Przed Księżycem Godowym”.
„Alfo!” Sabar załamał ręce, wyraźnie zdenerwowany. „To mniej niż doba. Ona uważa mnie za przyjaciela, może nawet obrońcę, ale nie kocha mnie. I nie chce być połączona w parę. Boi się”.
„Cóż”. Alfa wydał z siebie krótkie, niskie mruknięcie. „Musisz więc wybrać. Wolisz, żeby wielu wilków dosiadło ją w ciągu jednego dnia, czy sam to zrobisz?”
„Masz na myśli również siebie?” Sabar wyglądał na głęboko wstrząśniętego. Myśl o brutalności alfy napawała go przerażeniem. Sabar widział, jak rozszarpywał łotry wilcze gołymi rękami.
„Być może… Potrzebujemy szczeniąt dla stada. Nie mogę dłużej pozwalać, by płodne samice pozostawały bez pary”.
„Och?” Sabar uniósł ciemną brew. „A co z Lily?”
Ramiona alfy opadły, a on lekko obnażył kły w gniewnym warknięciu. „Nie zaprzątaj sobie nią głowy, Sabar. Dla niej też mam upatrzonego partnera”.
Sabar cofnął się, wiedząc, że zbyt mocno nadwyrężył cierpliwość alfy, przynajmniej na dziś.
















































