
Saga Korony
Autorzy
Tori R. Hayes
Lektury
667K
Rozdziały
65
Rozdział 1
Odłamek porcelany pocałował mój opuszek, a ja wiedziałam, zanim jeszcze spojrzałam, że krew mnie zdradzi.
„Przeklęta krew!” – zawołał mężczyzna przede mną, gdy talerz roztrzaskał się o kuchenną podłogę.
Moje serce podskoczyło. Cała kuchnia zamarła w bezruchu — każde oko spoczęło na nas, na mnie, na dłoni, którą już zwijałam w pięść, by ukryć kroplę jasnego błękitu, grożącą zdradzeniem wszystkiego.
„Znowu ty, Milo?” – krzyknął ktoś, przerywając ciszę głośnym śmiechem. Kolejne głosy dołączyły, drwiąc z brązowowłosego kelnera, który na mnie wpadł.
Przycisnęłam rozcięty palec do wnętrza dłoni, na tyle mocno, by zabolało, i walczyłam o utrzymanie równego oddechu. Poranne ostrzeżenie mamy odbijało się echem w mojej głowie: Nie mogą wiedzieć, kim jesteś. Jedna kropla tej krwi, Willow, i wszyscy trafimy do lochów.
„Przepraszam” – szepnęłam, padając na kolana obok bałaganu. Może jeśli będę się ruszać, jeśli zajmę czymś ręce, nikt nie zauważy kolorowej smugi, którą wcierałam w moją czarną spódnicę.
„Nie rób tego!” Duża dłoń chwyciła mnie za nadgarstek, zanim zdążyłam dotknąć kolejnego odłamka.
Drgnęłam, po raz pierwszy spoglądając w twarz nieznajomego. Jego oczy były niezwykłe — zieleń i brąz toczyły wojnę na jego tęczówce, zderzając się w eksplozji złota w samym środku. Były wąskie, ale pełne ciepła, a teraz przyglądały mi się z troską, która sprawiła, że ścisnęło mnie w klatce piersiowej.
„Skaleczysz się” – powiedział głosem łagodniejszym, niż się spodziewałam po kimś tak barczystym.
Za późno, pomyślałam, ale pozwoliłam mu pomóc mi wstać, podczas gdy inni wkroczyli do akcji z ręcznym odkurzaczem. Trzymałam zranioną dłoń przyciśniętą do boku, modląc się, by błękit zmienił się w czerwień, zanim ktokolwiek go zobaczy.
„To ja powinienem przeprosić” – kontynuował mężczyzna, puszczając mój nadgarstek. „Wiem, że nie powinno się stać na środku sali w godzinach szczytu.” Górował nade mną o prawie całą głowę, a ciemny zarost okalał jego krzywy uśmiech. „Jestem Milo.”
Pierwsza Krew. Widziałam to po jego zarumienionych policzkach, naturalnym różu jego ust. Żadnego zdradzieckiego odcienia pod jego oliwkową skórą. To oznaczało, że był bezpieczny — ale oznaczało też, że muszę być bardziej ostrożna. Nie mógł wiedzieć, co ukrywam.
„Milo to jeden z kelnerów w posiadłości” – powiedziała mama, pojawiając się tuż obok mnie. Jej palce wbiły się w moje ramię, będąc jednocześnie ostrzeżeniem i kotwicą. „Milo, to moja córka, Willow. Dzisiaj jest jej pierwszy dzień.”
„Miło cię poznać, Willow.” Jego dłoń znów powędrowała w moją stronę, ale mama już odciągała mnie na bok.
„Oboje macie pracę do wykonania” – powiedziała, a jej głos był napięty od samokontroli, którą dobrze znałam. Tej samej samokontroli, której użyła w drodze tutaj, gdy chwyciła mnie za ramiona i kazała recytować zasady: Żadnego kontaktu wzrokowego z rodziną. Nie odzywaj się niepytana. Wyprostuj plecy. Wszyscy Deveroux to Iridis, potężni. Pan Deveroux manipuluje metalem. Pani Deveroux jest Kruszycielką Lodu. Ich syn włada ogniem. Nie prowokuj ich. Nie pozwól im cię zauważyć.
„Do zobaczenia” – zawołał za nami Milo, ale nie obejrzałam się za siebie.
Mama wciągnęła mnie przez boczne drzwi do wąskiego korytarza. „Pokaż mi to” – syknęła.
Rozprostowałam pięść. Rozcięcie było małe, prawie już nie krwawiło, a błękit zdążył wyblaknąć do matowego różowawo-czerwonego koloru, który w słabym świetle mógł uchodzić za normalny. Mama odetchnęła, wyciągając z kieszeni chusteczkę, by owinąć mój palec.
„Musisz być bardziej ostrożna” – powiedziała. „Nie stać nas na takie błędy. Nie tutaj.”
„Wiem.” Mój głos zabrzmiał ciszej, niż chciałam. „Przepraszam.”
Złagodniała odrobinę, dotykając mojego policzka. „Wiem, że się denerwujesz. Ale poradzisz sobie. Tylko pamiętaj...”
„Żadnego kontaktu wzrokowego. Żadnego odzywania się. Nie prowokować ich.” Nauczyłam się tego na pamięć niczym modlitwy.
„Dobra dziewczynka.” Ścisnęła moją dłoń, po czym się wyprostowała. „A teraz chodź. Pani Deveroux chce cię poznać.”
Posiadłość była labiryntem białych ścian i bezdusznej elegancji. Każdy pokój, przez który przechodziłyśmy, wyglądał tak samo — nieskazitelnie czysty, sterylny, zaprojektowany po to, by onieśmielać, a nie zachęcać. Mama prowadziła mnie obok jadalni z żyrandolami, które kosztowały więcej niż nasz dom, salonów z meblami, obok których bałam się oddychać, i sypialni z łóżkami wystarczająco dużymi, by mogła w nich spać cała moja rodzina.
Pani Deveroux czekała na nas w galerii pełnej obrazów. Była wysoka i smukła, z rudymi włosami opadającymi na plecy i niebieską suknią, która zdawała się błyszczeć szronem. Kruszycielka lodu. Wbiłam wzrok w podłogę, tak jak uczyła mnie mama.
„Elia!” Głos pani Deveroux był ciepły, niemal muzykalny. „A to musi być twoja piękna córka.”
Dygnęłam głęboko, a moje nogi drżały.
„Tak, pani. Willow skończyła dwadzieścia lat w zeszłym miesiącu. Dzisiaj jest jej pierwszy dzień” – odpowiedziała za mnie mama.
„Chodź, dziecko. Oprowadzę cię.” Ramię pani Deveroux oplotło moje ramiona, wystarczająco zimne, by wywołać gęsią skórkę. Nie podnosiłam wzroku, podążając za nią, podczas gdy mama szła za nami.
Wycieczka zlała się w jedno — kolejne sypialnie, kolejne korytarze, kolejne pokoje, których sprzątania ode mnie oczekiwano. Pani Deveroux opowiadała historię każdego miejsca z wyuczoną łatwością, ale ja ledwie jej słuchałam. Moja moc pulsowała pod skórą, reagując na mój niepokój szeptami wiatru, z którymi musiałam walczyć, by je stłumić.
Wtedy weszłyśmy do korytarza mrocznego jak cień, i wszystko się zmieniło.
Błysnęła iskra pomarańczowego światła, oświetlając szklaną ścianę, której wcześniej nie zauważyłam. Za nią w sali treningowej szalało morze ognia, a w jego centrum stał młody mężczyzna o czarnych włosach i płonących dłoniach.
Zapomniałam o zasadach mamy. Po prostu się gapiłam.
Poruszał się, jakby tańczył, płomienie buchały z jego dłoni, gdy odpierał ataki kolejnych przeciwników. Ciepło promieniowało przez szkło, muskając moją skórę. To było hipnotyzujące — ta kontrola, moc, wolność używania swojego daru bez strachu czy ukrywania się.
Zazdrość przeszyła mnie na wskroś, a wraz z nią nadszedł wiatr. Tylko szept, zacieśnienie powietrza wokół mnie, ale wystarczające, by wywołać mrowienie w opuszkach palców.
„Czyż on nie jest wspaniały?” – szepnęła pani Deveroux tuż obok mnie. Zbyt blisko. „Mój syn odkrył swój dar w wieku pięciu lat. Został przyjęty do Akademii Ognia, mając sześć lat. Odkąd skończył szkołę, trenuje tu każdego dnia.”
Jej syn. Władający ogniem. Ten, przed którym ostrzegała mnie mama.
„To niezwykłe, pani” – wykrztusiłam, a mój głos pozostał spokojny mimo paniki ściskającej mnie za gardło. „Nigdy nie widziałam czegoś podobnego.”
„Owszem.” Dłoń pani Deveroux odnalazła mój podbródek, przechylając moją twarz w jej stronę. Zamarłam, gdy mi się przyglądała, a jej mroźno-niebieskie oczy szukały czegoś, czego nie potrafiłam nazwać. „Masz piękną córkę, Elia. Te urocze, zielone oczy — zakładam, że po ojcu?”
„Tak, pani” – powiedziała mama, a jej uścisk na moim drugim nadgarstku zacisnął się aż do bólu.
Pani Deveroux mruknęła, a jej spojrzenie wwiercało się we mnie. Potem puściła mój podbródek z zadowolonym uśmiechem. „Szkoda, że jesteś Pierwszą Krwią. Byłabyś wspaniałą żoną dla mojego syna.”
Te słowa uderzyły mnie jak policzek. Mama odciągnęła mnie, zanim zdążyłam odpowiedzieć, mamrocząc podziękowania i dygając. Poszłam w jej ślady, zdesperowana, by uciec, ale coś kazało mi spojrzeć za siebie.
Władający ogniem przestał walczyć. Stał teraz przy szybie, oddzielony od nas tylko cienką barierą, i patrzył prosto na mnie.
Wiatr znów się poruszył — nie z mojej woli, ale z czegoś głębszego, czegoś, czego nie potrafiłam kontrolować. Moja skóra mrowiła, jakby jego płomienie próbowały mnie pochłonąć z drugiego końca sali.
Za szybą władający ogniem odwrócił się — i uśmiechnął, jakby właśnie znalazł swój kolejny cel.














































