
Pionierzy z Piccadilly
Autorzy
Lektury
78,0K
Rozdziały
81
Rozdział 1
Zimne powietrze wiało pod betonowym wiaduktem. Wirowało, niosąc suche liście i brud. Dźwięki miasta przenikały przez konstrukcję. Były ciche i smutne.
Wiatr niósł emocje ludzi jadących w górze. Samochody ciężko jechały po ruchliwej drodze. Wprawiały most w drgania i zwiastowały koniec długiego dnia.
Szczęśliwe pary śmiały się. Dzieci głośno hałasowały. Smutni ludzie płakali. Wszystkie te dźwięki mieszały się w ciemną, zimną noc.
Ludzie kulili się pod szarymi filarami. Ten wielki, stary wiadukt był ich domem. Ci smutni ludzie wiedli bardzo trudne życie. Czuli się uwięzieni we wstydzie i smutku, zapomniani przez bezduszne społeczeństwo.
Ich życie bardzo różniło się od życia ludzi przejeżdżających górą.
Nikt ich nie kochał i nikt na nich nie czekał. W ich sercach nie było ciepła, nadziei ani szczęścia.
Nie mieli spokoju ani pocieszenia, które mogłyby złagodzić ich ból. Pozostała im tylko zimna noc i głęboki smutek.
Głodne dzieci płakały. Trzęsły się z zimna w swoich starych, brudnych ubraniach. Ich głosy odbijały się od grubych ścian. Pomalowane na ścianach słowa dowodziły, że inni bezdomni żyli tu już wcześniej.
Każda namalowana linia ukazywała smutną przyszłość ludzi żyjących pod wiaduktem. Ci, którzy pomalowali te ściany, stracili nadzieję i odeszli. Te malowidła przerażały każdego, kto na nie spojrzał.
Malowidła zawsze towarzyszyły smutnym ludziom, którzy tamtędy przechodzili. Były to namalowane twarze, słowa i napisy na zimnych ścianach. Opowiadały bardzo smutną historię, która nie miała szczęśliwego zakończenia.
Zamiast tego ukazywały brutalną prawdę o życiu. Wiatr wiał bardzo mocno. Omiatał filary wiaduktu zimnym, wilgotnym powietrzem.
Wiatr przyniósł lodowaty deszcz. Krople moczyły brudne twarze ludzi, którzy siedzieli razem, by się ogrzać. W tym deszczu bezdomni czuli się bardzo zmęczeni i smutni. Byli głodni i przybici. Ich cierpienie płonęło tak mocno, jak gorący ogień w metalowej beczce ze śmieciami przed nimi.
Młoda kobieta trzymała w ramionach bardzo małe dziecko. Matka niemowlęcia brała za dużo narkotyków i o nim zapomniała. Chłopczyk miał około czterech miesięcy. Cicho popłakiwał, przytulony do piersi młodej kobiety.
Dziecko było głodne, przez co opadało z sił. Znało tylko życie pełne smutnych widoków, przenikliwego zimna i płaczu.
Młoda kobieta miała na imię Natasha. Przytuliła dziecko. Nazwała je Nate, na cześć swojego brata bliźniaka, Nathana. Nathan zaginął dwa lata temu. Została bezdomną, żeby go odnaleźć.
Nathan miał zaledwie dziewiętnaście lat, kiedy opuścił dom i swoją siostrę. Odszedł w nieznane. Ich ojczym miał na imię King. King pił za dużo alkoholu i bywał bardzo agresywny. Wyrzucił Nathana z domu. Powiedział, że Nathan jest leniwy i bezużyteczny.
Jej brat był dobrym i miłym chłopakiem, wbrew temu, co uważał King. Nathan kochał Natashę i ich matkę. Zawsze starał się łagodzić konflikty w domu.
Ale Natasha wiedziała, że przed odejściem Nathana coś się zmieniło. Przez ostatnie kilka tygodni w domu zaczął zachowywać się inaczej. Zamknął się w sobie. Natasha prawie go nie poznawała.
Wracał do domu późno w nocy. Czasami nie pojawiał się przez kilka dni. Przestało mu na czymkolwiek zależeć.
Nic już nie miało znaczenia. Nie dbał o rodzinę ani o swoje życie. Porzucił nawet marzenia o studiach prawniczych.
Życie Natashy i tak było już bardzo trudne. Jej ojczym ciągle się wściekał, a matka piła. Jednak utrata brata była najgorszym i najbardziej niesprawiedliwym ciosem od losu.
Natasha poruszyła palcami w swoich starych butach do biegania. Pod brudnymi skarpetkami poczuła złożony papier. Ukryła tam pieniądze. Była to reszta gotówki, którą wzięła ze sobą, uciekając z domu osiem miesięcy temu.
Odkąd żyła na ulicy, bardzo oszczędzała każdy grosz. Sięgała po pieniądze dopiero wtedy, gdy nie mogła już znieść bólu z głodu. Nie wiedziała, na jak długo te oszczędności będą musiały jej wystarczyć.
Na początku chciała przeznaczyć te pieniądze na pomoc bratu, gdy już go znajdzie. Jej plany uległy jednak zmianie, gdy wzięła pod opiekę małego Nate'a.
Trzy noce temu matka go zostawiła. Poszła szukać kolejnych narkotyków. Biedne dziecko płakało, więc Natasha poczuła, że musi się nim zaopiekować.
Wyglądało na to, że matka już po niego nie wróci. Zeszłej nocy wśród bezdomnych rozeszła się wieść, że jej martwe ciało znaleziono w wodzie w porcie. Teraz Natasha nie miała wyboru – musiała zatrzymać dziecko. Od tej pory miało towarzyszyć jej w poszukiwaniach brata.
Natasha odepchnęła od siebie smutne i mroczne myśli. Skupiła się na tym, jak nakarmić swojego nowego synka.
Wśród rzeczy pozostawionych przez matkę dziecka znalazła butelkę. Umyła ją i napełniła czystą wodą z fontanny w pobliskim parku.
Przez całą dobę było to jedyne, co dziecko dostało do picia. Maluch był bardzo głodny i potrzebował mleka, którego ona w tej chwili nie miała.
Natasha wiedziała, że chłopczyk nie jadł zbyt wiele, nawet zanim opuściła go matka. Jego żałosny płacz co noc rozlegał się pod wiaduktem. Na ten dźwięk serce Natashy pękało z bólu.
Pomyślała o pieniądzach w bucie. Znów wyczuła je palcami stóp. Wiedziała, co musi zrobić.
Deszcz przestał padać tuż po dziewiątej wieczorem. Z wiaduktu powoli kapała brudna woda. Natasha owinęła dziecko w stary, poszarpany koc. Był on częścią dobytku matki chłopca, obok śpiwora, szczotki do włosów i szminki.
Następnie wyszła spod betonowego wiaduktu. Sama nie jadła od prawie czterech dni, a musiała kupić mleko dla dziecka.
Dzisiejszej nocy ukryją się w zaułku za chińską restauracją i poczekają, aż ją zamkną. Wiedziała, że znajdzie tam jedzenie.
Miała w bucie kilka dolarów, za które zamierzała kupić mleko na kolację dla Nate'a. Jutro ustawią się w kolejce do schroniska. Miała nadzieję, że dostaną tam suche, ciepłe łóżko na noc lub dwie.
Natasha musiała zdobyć dla nich jakieś porządne jedzenie. Przez chwilę pomyślała, by zadzwonić po pomoc do matki. Bała się jednak, że ojczym dowie się, dlaczego odeszła z domu.
Strach przed jego reakcją był silniejszy niż lęk przed ulicą. Natasha poszła do starego, zniszczonego sklepu niedaleko wiaduktu. Wyciągnęła z buta pieniądze, żeby je przeliczyć.
Miała sześćset osiemdziesiąt siedem dolarów. To dużo pieniędzy dla kogoś bezdomnego, ale zbyt mało, by przetrwać przez dłuższy czas. Cicho przytuliła do siebie Nate'a. Owinęła go swoją starą kurtką i pchnęła ciężkie, okute drzwi.
Gdy weszła do środka, uderzył w nią zapach silnych środków czystości i psujących się warzyw. Smród był tak silny, że musiała oddychać przez usta. Była już kiedyś w tym sklepie po podpaski, ale wtedy nie zwracała zbytniej uwagi na otoczenie.
Widziała innych bezdomnych spod wiaduktu. Kradli to, czego potrzebowali. Przeszukiwali śmietniki w zaułku w poszukiwaniu wyrzuconych rzeczy lub butelek po alkoholu. Szukali chociażby odrobiny trunku, by zapomnieć o swoim bólu.
Miała tylko nadzieję, że nie będzie jej w pobliżu, gdy na wezwanie właściciela zjawi się policja.
Za kasą stała starsza Koreanka. Spojrzała w górę, słysząc dzwonek nad drzwiami. Potem wróciła do liczenia, ignorując Natashę. Dla starszej kobiety Natasha była po prostu kolejnym brudnym, bezużytecznym wyrzutkiem.
Natasha cicho podeszła do stoiska z nabiałem. Otworzyła pęknięte szklane drzwi. Wyciągnęła litr mleka i małą butelkę soku jabłkowego. Spojrzała za siebie na starszą kobietę. Dołączył do niej starszy mężczyzna, prawdopodobnie mąż.
Rozmawiali w języku, którego Natasha nie znała. Uważnie ją obserwowali. Wiedziała, że podejrzewają ją o próbę kradzieży.
Nate tworzył pod jej kurtką spore wybrzuszenie. Być może myśleli, że to pistolet, albo skradziony z ich półek towar.
Natasha pomyślała, że prowadzenie sklepu w tej nieciekawej części miasta musi być trudne. Okolica była pełna pijaków, narkomanów, prostytutek i bezdomnych. Trudno było tu komukolwiek prowadzić uczciwy i spokojny biznes.
Nate zaczął się wiercić pod cienką kurtką Natashy. Cicho popłakiwał, co przykuło wzrok starszych właścicieli. Natasha powoli odchyliła materiał. Przytuliła malucha do policzka, by udowodnić starszej parze, że to dziecko.
Serce biło jej jak szalone. Zastanawiała się, czy sprzedawcy domyślili się, że nie jest prawdziwą matką. Bała się, że wezwą policję i odbiorą jej Nate'a.
Natasha ostrożnie podeszła do kasy i położyła na ladzie wybrane produkty. Podała kobiecie trzy jednodolarowe banknoty i czekała na resztę.
W sklepie panowała taka cisza, że odgłosy męża, który poszedł na zaplecze, brzmiały jak grzmoty. Natasha cierpliwie czekała. Kobieta wyjątkowo długo odliczała czterdzieści dwa centy reszty.
Kiedy Natasha wreszcie dostała swoje monety, odwróciła się, by wyjść. Stanęła twarzą w twarz ze starszym, pomarszczonym mężczyzną.
Najpierw była zaskoczona. Potem poczuła strach. Zobaczyła, że mężczyzna trzyma dużą materiałową torbę.
„Weź” – powiedział z silnym akcentem, przysuwając do niej torbę.
Natasha pokręciła głową, mocniej tuląc do siebie Nate'a. Przecież niczego nie ukradła. Zapłaciła za zakupy. W tej chwili oddałaby ostatni grosz, byle tylko wyjść stamtąd bez żadnych problemów.
„Nie, proszę pana, przysięgam, że nic nie wzięłam” – błagała. Łzy dławiły ją w gardle, przez co z trudem wydobywała z siebie głos.
Starszy mężczyzna pokręcił głową i ponownie wyciągnął w jej stronę torbę. „Weź. Weź dla dziecka”.
Natasha uciekła wzrokiem przed jego intensywnym spojrzeniem. Spojrzała na kobietę za kasą.
„Nie rozumiem” – odezwała się ponownie.
Mężczyzna wsunął ciężką torbę na jej nadgarstek. „Weź. Dziecko potrzebuje więcej”.
Natasha uśmiechnęła się niezręcznie. Powoli zaczęła cofać się w stronę drzwi. Nie miała pojęcia, co wciska jej ten staruszek, ale przyjęłaby nawet jadowitego węża, byle tylko opuścić ten ciasny sklepik.
Gdy znalazła się na zewnątrz, wzięła głęboki wdech. Pociągnęła nosem paskudny zapach miasta. Deszcz nie zmył przykrej woni psujących się ryb i ropy, która nadciągała od strony portu.
Powietrze wydawało się dziś cięższe i bardziej wilgotne niż zwykle. Mimo to poczuła ulgę i wolność. Zamknęła oczy i oparła się o boczną ścianę budynku.
Wypuściła powietrze, by się uspokoić. Spojrzała w dół i ostrożnie zajrzała do torby, która wciąż wisiała na jej ramieniu.
W środku znajdowały się dwa opakowania mleka modyfikowanego dla niemowląt, butelki, puszka soku w proszku, paczka pieluch tetrowych i cztery agrafki. Był tam też gruby kocyk i miękka piżamka. Znalazła również małą torebkę z dziecięcym mydłem, szamponem i balsamem.
Oczy Natashy napełniły się łzami, gdy patrzyła na te rzeczy. Po raz pierwszy od ośmiu miesięcy poczuła ciepło ludzkiej życzliwości.
Powoli włożyła kupione mleko i sok do materiałowej torby, po czym ruszyła w dalszą drogę. Złożyła cichą obietnicę, przytulając policzek do miękkiej, choć brudnej główki Nate'a.
„Nigdy nie zapomnę o tym dobrym uczynku” – wyszeptała.
Obiecała sobie: „Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby ten maluch rósł zdrowy i szczęśliwy. Nawet jeśli będę musiała wrócić do matki i ojczyma”.















































