
Seria Ever: Mój Wieczny Walentynkowy Ukochany
Autorzy
E. Adamson
Lektury
152K
Rozdziały
12
Rozdział 1
„Minnie! Gdzie ty się podziewasz, ty bezużyteczny kundlu?”
Minnie Grayson szybko podniosła głowę na dźwięk krzyku ojca.
Zmywała garnki i patelnie po wczorajszej kolacji, ale natychmiast wytarła ręce i pobiegła do gabinetu, gdy ojciec zawołał.
„Tak, proszę pana?” – zapytała Minnie. Ciężko łapała powietrze po tym szybkim biegu.
Ojciec uśmiechnął się okrutnie.
Wiedział, że kiedy dwa miesiące temu zabronił jej przemiany, osłabi ją. Brak jedzenia też nie pomagał.
Te dwie rzeczy razem zaczynały niszczyć jej ciało.
Był jej ojcem i jej alfą. Nienawidził jej.
Dlaczego? Bo była dziewczyną.
Jej mama straciła wiele dzieci, zanim się urodziły, aż w końcu przyszła na świat Minnie. Minnie była ich jedynym dzieckiem, a jako alfa, jej ojciec chciał syna.
Uważał, że kobiety nadają się tylko do dwóch rzeczy: rodzenia dzieci i prowadzenia domu. Kobiety nie mogły być alfami.
Nie miało znaczenia, że złoty pierścień wokół niebieskiej tęczówki jej oka był dowodem, że ma jego gen alfy. Dla niego to nic nie znaczyło.
Odmawiał zaakceptowania tego, a kiedy jej mama zmarła osiem lat temu, obowiązkiem dziesięcioletniej Minnie stało się prowadzenie domu.
Teraz miała osiemnaście lat, a on planował sparować ją ze swoją betą, Brutusem.
„Jak wiesz, muszę przynajmniej spróbować znaleźć twojego prawdziwego partnera, zanim będę mógł cię oddać Brutusowi” – zaczął ojciec, sprowadzając ją z powrotem do rzeczywistości.
„Tak.” – Znała prawo wilków. Wiedziała też, że jeśli jej ojciec go nie przestrzega, rada może go wsadzić do więzienia. To była jedyna rzecz, która powstrzymywała go przed robieniem gorszych rzeczy – ledwo.
„Cóż, naprawdę nie wierzę, że masz partnera, skoro już dwa razy objechaliśmy wszystkie stada, odkąd skończyłaś szesnaście lat. Ale dzisiaj dostałem telefon od alfy ze stada Windsor w sprawie łotrów.”
Minnie spojrzała na niego z zakłopotaniem. Stado Windsor? Kim oni byli? Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek odwiedzała stado o tej nazwie.
Ojciec roześmiał się bez humoru. „Nie przemęczaj się myśleniem, głupia. Nie byłaś tam wcześniej. Jutro tam pojedziemy, a kiedy znowu nie znajdziesz swojego partnera, będzie po wszystkim.”
„Potem będziesz miała trzy dni na przygotowanie się do parowania z Brutusem. Wtedy staniesz się jego problemem, a nie moim.”
Minnie poczuła strach. Brutus był dokładnie taki, jak wskazywało jego imię: brutalny.
Prawdą było, że jej ojciec lubił ją czasem uderzyć, ale większość jego okrucieństwa polegała na słowach. Ale wiedziała, że Brutus nie będzie tak łagodny.
„A co jeśli znajdę swojego partnera w tym stadzie, proszę pana?”
Złośliwy wyraz pojawił się na twarzy jej ojca.
„Oczywiście go zabiję, bo jesteś obiecana Brutusowi. A teraz zostaw mnie i idź spakować torbę. Wiesz, co robić” – rozkazał ojciec, po czym podniósł długopis.
Zaczął pisać, dając jej do zrozumienia bez słów, żeby sobie poszła.
„Tak, proszę pana.”
Zamykając cicho za sobą drzwi, szybko wbiegła po schodach do swojej sypialni. Tam zaczęła chodzić tam i z powrotem po pokoju, czując strach. Musiała znaleźć sposób, żeby uciec od ojca.
Jakoś, w jakiś sposób musiała to zrobić, bo odmawiała parowania z Brutusem. Wolała umrzeć albo zginąć, próbując.
Podeszła do kąta pokoju i powoli przesunęła mały stolik po podłodze. Ostrożnie podniosła tam dywan. Pod luźną deską były jej ukryte pieniądze.
Część z nich zarobiła, opiekując się dziećmi i wykonując drobne prace, kiedy ojciec jej na to pozwalał. Robił to dość często, bo wtedy nie musiał znosić jej obecności.
Większość dała jej mama, w te nieliczne chwile, kiedy myślała jasno.
Lekarz powiedział Minnie, że po tylu straconych dzieciach wilk jej mamy umierał i to tylko kwestia czasu, zanim ją zabije.
Kiedy jej wilk w końcu umarł, mama nie mogła sobie z tym poradzić i odebrała sobie życie. Zanim to jednak zrobiła, dała Minnie pieniądze.
Mama wiedziała, że ojciec nigdy nie zaakceptuje Minnie, bez względu na to, jak bardzo się starała go do tego przekonać.
Powiedziała, że pewnego dnia może nadejść moment, w którym Minnie będzie musiała odejść i że będzie potrzebowała na to pieniędzy. Jutro był ten dzień.
Kiedy stąd wyjdę jutro, nie wrócę. Nigdy.
Z tą myślą w głowie Minnie spakowała to, co było dla niej ważne.
***
Tony Morrissey stał nagi, przywiązany do słupa pośrodku treningowego pola stada. Został tam zostawiony na całą noc po tym, jak alfa go wychłostał, i teraz był bardzo zmęczony.
Jedyną rzeczą, która go trzymała, były liny go wiążące. Jako omega uważano go za bezużytecznego, z wyjątkiem bycia kozłem ofiarnym dla gniewu alfy.
Wypuścił powietrze, gdy reszta stada Windsor zaczęła się budzić. Kilka osób zatrzymało się, żeby się pośmiać, gdy drżał w chłodnym powietrzu.
Wkrótce kilka z nich zacznie do niego podchodzić, żeby na niego napluć lub go uderzyć. Był do tego przyzwyczajony. To nic nowego, ale wciąż bolało, że to robili.
Nie wolno mu już było się przemieniać, a jego wilk przestał się odzywać lata temu. Czasami zastanawiał się, czy w ogóle jeszcze ma wilka.
Miał nadzieję, że tak, bo za nim tęsknił. Miał nadzieję, że pewnego dnia znowu poczuje wilka w sobie.
Jego żołądek zaburczał i chciał coś zjeść. Nigdy nie karmiono go zbyt dużo. Mógł policzyć każde ze swoich żeber, bo był taki chudy.
Nie rozumiał, dlaczego był tak traktowany, nie wiedział, co kiedykolwiek zrobił komukolwiek w stadzie. Nikt nigdy nie powiedział mu, dlaczego traktowano go jak śmiecia.
Ich jedyną odpowiedzią, gdy kilka razy pytał, było to, że jest omegą i dlatego jest bezużyteczny.
Myślał, że stado to rodzina. Urodził się w tym stadzie. Czy to nie czyniło go rodziną? Szczerze mówiąc, był gotowy umrzeć. Kto by za nim tęsknił?
Podniósł lekko głowę, gdy usłyszał dźwięki, które wyrwały go ze smutnych myśli.
„Odwiążcie go i zamknijcie w celi. Sąsiedni alfa wkrótce tu będzie ze swoją córką, która szuka swojego partnera” – usłyszał Tony, jak mówi alfa.
„Żeby być uprzejmym, pokażę mu okolicę, kiedy tu będzie, ale nie chcielibyśmy, żeby zobaczył szpetotę stada, prawda?”
„Nie, nie możemy na to pozwolić” – zgodziła się beta z okrutnym śmiechem.
Potem szorstkie ręce go odwiązywały, a jego kolana uderzyły o ziemię, bo nie miał siły w nogach po wiszeniu całą noc.
Nie obchodziło ich to jednak. Po prostu złapali go pod ramiona i przeciągnęli po zimnej, twardej ziemi.
Zanim dotarli do cel, jego kolana i wierzchy stóp były pocięte i mocno krwawiły.
Ładne nowe rany do dodania do śladów bata na plecach po wczorajszym pobiciu.
Bat został zanurzony w srebrze, co powodowało u niego więcej bólu, a u obserwujących więcej przyjemności, gdy krzyczał.
To powiedział alfa, zanim zaczęło się biczowanie. Tony zawiódł jednak obserwujących, bo odmówił wydania jakiegokolwiek dźwięku.
Był pewien, że rany na plecach zostawią blizny po powolnym zagojeniu. Jego gojenie było już powolne, bo jego wilk zniknął, ale srebro sprawiło, że było jeszcze wolniejsze.
Podniósł głowę, gdy usłyszał klucze przy drzwiach celi. Kawałek materiału został rzucony, lądując przed nim.
„Załóż to. Nikt nie chce widzieć tego żałosnego wymówki na męskość” – powiedział strażnik ze śmiechem, po czym odszedł.
Tony szybko naciągnął szorty, które mu dano. Gdy się ubrał, wczołgał się z powrotem do kąta. Leżąc tam, drżał w ciemności, aż ogarnął go sen.
***
Jakiś czas później obudziły go głosy.
„Nie, nie złapaliśmy żadnych łotrów. Jak dotąd woleli być martwi niż schwytani” – powiedział alfa.
„Cóż, jedyni dobrzy to martwi” – zgodził się inny mężczyzna. „Kogo więc tu macie? Po tym paskudnym smrodzie powiedziałbym, że macie brudną omegę.”
„To właśnie mam” – zgodził się jego alfa.
Obaj mężczyźni się roześmiali.
Tony spojrzał z zakłopotaniem, powoli siadając.
Był tam ktoś jeszcze… wilczyca? To musiała być kobieta, bo żaden mężczyzna nie pachniałby kokosem.
Wziął głęboki oddech. Po tak długim czasie w tej ciemnej celi zapach kokosa spłynął na jego zmysły jak słońce na jego zimne ciało.
Zawsze uwielbiał smak i zapach kokosa. Przypominał mu dzieciństwo i miłość matki do niego.
Przesunął się trochę do przodu, próbując zobaczyć wilczycę. Było jednak zbyt ciemno, jego oczy zbyt słabe, jak reszta jego ciała.
„To nasza omega, bezużyteczna strata miejsca!” – splunął alfa, gdy on i inny mężczyzna stanęli przed celą.
Tony wiedział, że to odwiedzający alfa. Miał takie przeczucie.
Odwiedzający alfa się roześmiał. „Słyszysz to, córko? Ktoś tak samo bezużyteczny jak ty.”
Potem mężczyźni odwrócili się i odeszli.
Tony opadł z powrotem w kąt, pozostawiony z niczym oprócz zanikającego zapachu kokosa i chłodu.















































