
Kowboje ze Stillwell Książka 3
Autorzy
Lektury
281K
Rozdziały
33
Rozdział 1
Tom 3: Kowboj Wybawiciel
MIRIAM
Gwiazdy betlejemskie zasłały przód kościoła. Żywy, czerwony ogród świątecznych roślin otaczał trumnę mężczyzny, który nienawidził Bożego Narodzenia.
Preston Priggishwine byłby przerażony, gdyby wiedział, że kościół został udekorowany z okazji świąt, które uważał za komercyjny chłam, podczas gdy odbywał się w nim jego pogrzeb.
Wielka szkoda, że ten roszczeniowy skurwysyn był martwy.
Zajęłam miejsce w pierwszej ławce obok moich pasierbów. Właśnie tam było miejsce pogrążonej w żałobie wdowy po uwielbianym magnacie medialnym.
To było moje ostatnie publiczne wyjście jako pani Preston Priggishwine.
Czułam już smak wolności. Byłam gotowa zostawić za sobą to krótkie, zaaranżowane małżeństwo i iść w życiu naprzód. Pierwszym krokiem była ucieczka jak najdalej od Ornate Bay, snobistycznych przedmieść Vancouver, gdzie dorastałam.
Mój brzuch zadrżał, a delikatne kopnięcia przypomniały mi, że nigdy nie uwolnię się całkowicie od Prestona.
Kochałam moje dzieci i nigdy nie obwiniałabym ich za grzechy ojca. Nie będą dorastać w domowej dyktaturze, tak jak ja. Moje dzieci będą mogły same wybrać swoją drogę w życiu.
„Znałem Prestona od ponad pięćdziesięciu lat”, powiedział pastor. „Poznaliśmy się w prywatnej szkole dla chłopców i od tamtej pory byliśmy przyjaciółmi. Był człowiekiem głębokiej wiary, który nigdy nie opuścił niedzielnego nabożeństwa.
„Preston był odnoszącym sukcesy biznesmenem, który kontynuował dziedzictwo, jakie zostawił mu ojciec w Priggishwine Media. Był filarem naszej społeczności, a także kochającym mężem i oddanym ojcem”.
Spojrzałam wzdłuż ławki na moich pasierbów.
Pru była jedyną córką, najstarszą z czwórki dzieci z dwóch z trzech poprzednich małżeństw Prestona. W wieku czterdziestu lat moja pasierbica była ode mnie o piętnaście lat starsza.
Trzymała się z daleka przez ostatnie dwadzieścia lat, omijając tę całą miłość i oddanie, dopóki jej stary nie leżał na łożu śmierci.
Pru nie była głupia. Chciała mieć pewność, że dostanie swój spadek. Nie mogłam jej za to winić. Zapracowała na to, dorastając w domu bardzo podobnym do mojego.
Trzej chłopcy byli po trzydziestce, a najstarszy z nich jako jedyny został w pobliżu. Preston Junior był teraz dyrektorem generalnym rodzinnego imperium.
Dwaj młodsi mieszkali na Wschodnim Wybrzeżu i nie chcieli mieć nic wspólnego z ojcem. Odmówili nawet odwiedzenia go na łożu śmierci. Nie miałam pojęcia, dlaczego zdecydowali się pojawić na jego pogrzebie.
Ludzie szlochali za mną, podczas gdy pastor zanudzał o Prestonie i o tym, jakim był wspaniałym człowiekiem. To była taka tragedia, że odszedł w młodym wieku sześćdziesięciu pięciu lat, kiedy miał jeszcze tyle życia przed sobą.
Bla, bla, bla.
Fakt, że w ławce rodzinnej nie uroniono ani jednej łzy, mówił sam za siebie o tym, jakim naprawdę był człowiekiem.
Spojrzałam na zegarek.
Jak długo to jeszcze potrwa?
Przynajmniej nie musieliśmy jechać na cmentarz. Preston miał spocząć w mauzoleum.
W klubie wiejskim organizowano wielką stypę, ale nie miałam zamiaru w niej uczestniczyć.
W mojej torebce leżał bilet lotniczy. Miejsce w pierwszej klasie na nocny lot, tuż obok mojej pasierbicy.
***
Wyjście z kościoła trwało wieczność. Na pogrzebie pojawiły się setki ludzi, a wszyscy chcieli składać fałszywe kondolencje.
Jeśli jeszcze jedna osoba pogłaszcze mnie po brzuchu i powie, jaka to szkoda, że moje dzieci nigdy nie poznają swojego ojca, to chyba oszaleję.
„Gotowa do ucieczki?” wyszeptała Pru.
„Jestem w szóstym miesiącu ciąży z bliźniakami, Pru”, zaśmiałam się. „Nigdzie nie uciekam”.
„Nie miałam na myśli dosłownego biegu, ale widzę, że twój ojciec idzie w naszą stronę, więc lepiej trochę przyspiesz”.
„Miriam!” zawołał.
Pospieszyłam w stronę samochodu Pru. Moje praktyczne buty na płaskim obcasie niosły mnie po suchym asfalcie. Gdyby to był lodowaty dzień, nigdy bym nie uciekła.
Pru wskoczyła na miejsce kierowcy i wcisnęła gaz. Ominęła tłum ludzi, którzy wciąż kręcili się po parkingu.
„Zamierzasz to odebrać?” zapytała, gdy mój telefon zaczął dzwonić.
„Jeśli tego nie zrobię, będzie dzwonił bez przerwy”.
„Mogłabyś go wyłączyć”.
„Mogłabym, ale wtedy pewnie wezwie policję albo każe jednemu ze swoich zbirów mnie wyśledzić”.
„A czy i tak tego nie zrobi?”
„Pewnie tak”. Westchnęłam. „Zatrzymując się u ciebie, nie do końca się ukrywam”.
„Nie masz powodu, by się ukrywać, Miriam”, powiedziała. „Masz dwadzieścia pięć lat, a twój ojciec nie ma nic do gadania w kwestii tego, jak żyjesz”.
„To nie znaczy, że przestanie próbować”.
„Musisz być wobec niego stanowcza”.
„Czy to w ten sposób uciekłaś od swojego ojca?”
„Tak”, potwierdziła.
„Nie jestem tak silna jak ty, Pru”.
„Skąd pomysł, że ja byłam wtedy silna?”
„Nie wiem”, powiedziałam. „Nie potrafię sobie wyobrazić, że byłaś mięczakiem. Miałaś odwagę postawić się swojemu ojcu”.
„Nie jesteś mięczakiem, Miriam. Odbierz ten cholerny telefon i powiedz ojcu, żeby spierdalał”.
Wpatrywałam się w ekran, a mój palec drżał, gdy nacisnęłam przycisk odbioru.
„Witaj, ojcze”.
„Miriam, lepiej żebyś była już w drodze do klubu”.
„Nie idę na stypę”.
„Owszem, idziesz, młoda damo”, rozkazał surowo. „Jak to będzie wyglądać, jeśli żona Prestona nie pojawi się na jego pogrzebie? Masz wizerunek do podtrzymania, pani Priggishwine”.
„Byłam na jego pogrzebie, ojcze”.
„A teraz pójdziesz na przyjęcie w klubie, ponieważ tego oczekuje się od pogrążonej w żałobie wdowy. Rozumiesz?”
„Tak, ojcze”.
„Dobra dziewczynka”.
Rozłączyłam się i schowałam telefon do torebki.
„Miriam”, zganiła mnie Pru, kręcąc głową z ciężkim westchnieniem.
„Po prostu łatwiej jest go okłamać”.
„Co się stanie, gdy się tam nie pojawisz?”
„Nie wiem”.
***
„Kiedy zaczną wpuszczać na pokład?” wyszeptałam, nerwowo rozglądając się dookoła.
„Powinni niedługo wywołać pasażerów pierwszej klasy”, powiedziała Pru, opróżniając kieliszek wina.
„Chcę tylko wsiąść do samolotu, zanim pojawi się mój ojciec”.
„Powiedziałaś mu, gdzie jesteś, Miriam?”
„Nie, oczywiście, że nie”, odpowiedziałam. „Preston mu powiedział”.
„Ten mały tchórz”, mruknęła. „Dlaczego miałby to zrobić?”
„Bo jest synem twojego ojca. Tu chodzi tylko o interesy”.
„Tak, wiem”, westchnęła. „PJ wlazł twojemu ojcu tak głęboko w dupę, że czubek jego nosa jest na stałe brązowy”.
„Fuj!” krzyknęłam. „Co za obrzydliwe porównanie”.
„Ale trafne”, zaśmiała się Pru.
„Mój ojciec groził, że przyjedzie i zaciągnie mój nieposłuszny tyłek z powrotem do domu”.
„Musiałby kupić bilet do pierwszej klasy, żeby się tu dostać”.
„Mój ojciec jest wart czterdzieści pięć miliardów dolarów, Pru. Jestem całkiem pewna, że stać go na bilet w pierwszej klasie”.
„Albo kupić go dla swojego zbira”, wyszeptała, kiwając głową w stronę drzwi.
Spojrzałam przez ramię.
„Wysłał Felthama!” sapnęłam. „On nie przyjmie odmowy”.
„To nasze wezwanie na pokład”, powiedziała, gdy z głośników poproszono pasażerów pierwszej klasy.
„Jak mam go wyminąć?”
„Miriam”, powiedział Feltham cichym, ale władczym tonem, którym rozkazywał mi przez całe życie. „Idziemy”.
Chwyciłam bagaż podręczny i ruszyłam za Pru w stronę wyjścia. Ignorowałam tego dwumetrowego potwora w trzyczęściowym garniturze. Szedł za nami do bramki, a jego ciężkie kroki wywołały we mnie znajomy przypływ przerażenia.
Ilekroć byłam nieposłuszna, mój ojciec wysyłał Felthama, aby mnie ukarał. Zostawiał swojemu zbirowi decyzję, co jest konieczne, abym zastosowała się do jego rozkazów.
Barrett Stone nigdy nie brudził sobie rąk. Zawsze płacił komuś innemu za wykonanie zadań, które uważał za nieprzyjemne i niewarte jego czasu.
„Nie zatrzymuj się”, powiedziała Pru, przepuszczając mnie przodem w krótkiej kolejce.
„Miriam”, rozkazał Feltham. „Nie wsiadaj do tego samolotu”.
Pracownica skończyła skanować moją kartę pokładową i sprawdziła mój dowód. Moje serce waliło, gdy ruszyłam rękawem tak szybko, jak tylko pozwalało mi na to moje ciążowe ciało. Słyszałam, jak Feltham kłóci się z kobietą przy bramce.
A co, jeśli on naprawdę wejdzie na pokład?
„Wszystko w porządku, proszę pani?” zapytała stewardesa, gdy weszłam do samolotu.
„Tak”, wysapałam. „Po prostu trochę brakuje mi tchu. Ale nic mi nie jest. Mam zaświadczenie od lekarza, że mogę bezpiecznie latać”.
Pru pojawiła się chwilę później, kręcąc głową. „Nie wejdzie do samolotu”, powiedziała. „Chce, żeby cię stąd wyprowadzili”.
„O nie!”
„Bez obaw, Miriam. Powiedziałam im, że to twój były chłopak i próbuje powstrzymać cię przed odejściem”.
„Uwierzyli ci?”
„Tak”, potwierdziła, zajmując miejsce przy oknie. „Usiądź. Zakładam, że wolisz miejsce przy przejściu, skoro musisz ciągle siusiać”.
„Lot trwa tylko dziewięćdziesiąt minut”.
„Na pewno będziesz musiała pójść do toalety przynajmniej raz”.
Usiadłam na miejscu przy przejściu, nie spuszczając wzroku z drzwi, podczas gdy pasażerowie wchodzili na pokład. „A co, jeśli on zdecyduje się wejść do samolotu?”
„Nie pozwolą mu. Kiedy wychodziłam, rozmawiała z nim ochrona lotniska. Rzucał wszelkiego rodzaju groźbami”.
„To nie w stylu Felthama. Zazwyczaj jest spokojny, chłodny i opanowany. Zawsze ma wszystko pod kontrolą”.
„Wie, jak wściekły będzie twój ojciec, kiedy wróci bez ciebie”.
„Mój ojciec wyśle go po mnie. Naprawdę chcesz, żeby pojawił się pod twoimi drzwiami?”
„Poradzimy sobie z tym. Nie może zmusić cię, żebyś z nim poszła”.
„On nie używa siły fizycznej”, powiedziała. „Feltham potrafi mocno onieśmielić. Wie, jak dostać to, czego chce, bez uciekania się do przemocy”.
„Musisz być silna, Miriam. Postaw się swojemu ojcu. W przeciwnym razie znowu znajdziesz się pod jego pantoflem. Przynajmniej do czasu, aż znajdzie kolejnego mężczyznę, za którego cię wyda w ramach swoich kolejnych interesów”.
„Nie masz pojęcia, jaki on jest, Pru”.
„Mój ojciec też nie należał do łagodnych”.
„Nie wysyłał za tobą zbirów, kiedy odeszłaś”.
„Nie, nie wysyłał. Próbował użyć mojego funduszu powierniczego, żeby mną manipulować. Ale ja go nie potrzebowałam. Miałam fundusz od babci, którego on nie mógł tknąć.
„To nie była duża suma, ale wystarczyła, żebym przetrwała, dopóki nie stanęłam na nogi”.
Odetchnęłam z ulgą, gdy samolot zaczął kołować.
Byłam wreszcie wolna.
„Czy ty płaczesz?” zapytała Pru.
„To tylko hormony”.
„Wiem, że to przerażające zostawić za sobą wszystko, co się znało. Ale jeśli tego nie zrobisz, twoje życie nigdy nie będzie należało do ciebie. A twój ojciec zrobi to samo twoim córkom. Tego dla nich chcesz?”
„Nie”, wyszeptałam.
„Wszystko będzie dobrze”, powiedziała, sięgając, by uścisnąć moją dłoń. „Nie uciekałam z brzuchem pełnym dzieci, ale byłam dużo młodsza od ciebie i przetrwałam”.
„Naprawdę doceniam wszystko, co dla mnie robisz, Pru”.
„Wiem, co spotyka kobiety w naszym środowisku towarzyskim. Dopóki ktoś nie przerwie tego cyklu, to się będzie powtarzać. Mężczyźni mają wszystkie pieniądze i władzę”.
„PJ niczego nie zmieni”. Westchnęłam.
„Nie, zdecydowanie nie”, przyznała. „Nie mogę uwierzyć, że jego żona pozwala mu tak sobą dyrygować”.
„Jej ojcem jest Hudson Hillsbride. Wychowała się w takim środowisku”.
„Tak, ci z Hillsbride”, mruknęła. „Byliśmy przyjaciółmi z dzieciństwa. Nie mogłam ich znieść”.
Wpatrywałam się przez okno, gdy samolot wzbijał się w powietrze. Światła Vancouver powoli znikały, a my wznosiłyśmy się w chmury, które niosły mnie ku nowemu życiu.
Ku nowemu początkowi dla mnie i moich córek.
***
„Nie żartowałaś, kiedy mówiłaś, że mieszkasz na prowincji”, zaśmiałam się, pochylając się do przodu, by rozmasować obolałe plecy. „Dawno nie minęłyśmy żadnego samochodu”.
„Jest piąta rano”, powiedziała Pru. „Gdyby było lato, może widziałabyś o tej porze jakieś traktory, ale nie o tej porze roku”.
„Jak daleko jeszcze do twojego domu?”
„Około dwudziestu minut. Mam nadzieję, że nie musisz iść do toalety. Nie mam teraz gdzie się zatrzymać”.
„Wytrzymam jeszcze trochę”.
„Założę się, że jesteś zmęczona. Dlaczego nie spałaś w samolocie ani podczas trzygodzinnej jazdy samochodem z Calgary?”
„Nie mogłam znaleźć wygodnej pozycji”.
„Pewnie tak”, powiedziała, zerkając na mój brzuch.
„Jaki jest twój mąż?”
„Brooks to potulny kotek”, wyznała. „W każdym razie w domu. Ale Brooks jako dyrektor generalny to inna osoba. Prowadzi rodzinną firmę twardą ręką i trzyma swoich braci w ryzach.
„Brooks jako jedyny ma głowę do interesów. To dzięki niemu Stillwell Enterprises odnosi tak ogromne sukcesy”.
„Jesteś pewna, że nie ma nic przeciwko temu, żebym tu została do czasu narodzin dzieci?”
„On nie wie, że przyjeżdżasz”.
„Co?!” krzyknęłam.
„Nie powie 'nie'. Jesteś w ciąży i bez grosza”.
„Mam trochę odłożonych pieniędzy”.
„Będziesz potrzebować każdego centa później, Miriam. Nie mogę uwierzyć, że mój ojciec kazał ci podpisać intercyzę”.
„Twój ojciec był człowiekiem o zimnym sercu, dbającym tylko o własne interesy”.
„Jesteś zbyt łagodna w doborze słów, skarbie. Był okrutnym draniem. Bezlitosnym, pierdolonym dupkiem. I cieszę się, że nie żyje”.
„Pru!”
„Wolałabyś, żebym była jak ci wszyscy fałszywi snobi na pogrzebie?”
„Wciąż był twoim ojcem”.
„To nie znaczy, że mu to wybaczam. Jedynym powodem, dla którego wróciłam do domu, było upewnienie się, że dostanę swój spadek. Mój ojciec miał wiele wad, ale głupota do nich nie należała. Wiedział, dlaczego tam jestem.
„Ale na jakimś dziwnym poziomie myślę, że to szanował, ponieważ sam postąpiłby tak samo. Był dumny, że wyrosłam na bystrą bizneswoman bez skrupułów”.
„Jak możesz być z tym pogodzona, Pru?”
„Taka już jestem. Biorę to na siebie. Jeśli jest coś, czego o mnie nie można powiedzieć, to tego, że jestem fałszywa.
„Z wyjątkiem momentów, gdy dochodzi do finalizacji transakcji na rynku nieruchomości. Te wymagają pewnego poziomu sztuczności, jeśli wiesz, co mam na myśli. To niezbędna umiejętność, by odnieść sukces. A fałszywa Pru jest w tym bardzo dobra”.
„Masz duży dom?” zapytałam, przygryzając dolną wargę i spoglądając na ciemną, wysadzaną drzewami wiejską drogę.
„To w niczym nie przypomina rezydencji, w których ty i ja dorastałyśmy, ale jest wystarczająco duży”, potwierdziła.
„To parterowy dom o powierzchni trzystu metrów kwadratowych z pełnym podpiwniczeniem. Ale piwnica nie jest wykończona. Używamy jej tylko jako magazynu”.
„Ile masz sypialni?”
„Cztery”.
„To chyba mnóstwo miejsca dla dwóch osób”.
„Owszem, ale mamy teraz gości, więc jest trochę tłoczno”.
„Kim są wasi goście?”
„Mój szwagier, jego głupiutka narzeczona i jego trójka nieślubnych ludzi z trzech różnych matek”.
„Ojej”.
„Dom Jaspera spłonął zeszłego lata. Zwariowana przyrodnia siostra jednego z jego dzieci go podpaliła, ponieważ chciała go zdobyć czy coś w tym stylu.
„Nie jestem do końca pewna, w jaki sposób podpalenie domu faceta ma być drogą do jego serca, ale dziewczyna jest tak samo szalona jak jej matka”.
„O mój Boże”, sapnęłam. „To okropne”.
„Tak, to prawda”, przyznała. „Jak wiesz, spędziłam większość lata w Vancouver, a kiedy wróciłam pewnego popołudnia do domu, znalazłam go całego zawalonego dziecięcymi gratami.
„Cami, czyli narzeczona, była na moim tarasie z tą nienormalną przyrodnią siostrą.
„Dziewczyna planowała porwać Cami, odebrać jej poród, a potem ją zabić i wsadzić do zamrażarki z jej martwym ojcem. Dziecko chciała zabrać z powrotem do Jaspera”.
„To brzmi przerażająco”, powiedziałam. „Co się stało?”
„Obezwładniłam ją, dopóki nie przyjechała policja, i uratowałam życie Cami”.
„Wow. To musiało być dla ciebie bardzo stresujące”.
„Owszem”, odpowiedziała w roztargnieniu, patrząc prosto na drogę. „W każdym razie Brooks zaprosił Jaspera i jego gromadkę do naszego domu bez wcześniejszego skonsultowania tego ze mną. A doskonale wiedział, co myślę o Cami.
„Dlatego nie czułam, że jestem mu winna jakiekolwiek uprzedzenie, że zamierzasz się u nas zatrzymać”.
„Czuję się niezręcznie, tak po prostu zjawiając się bez zapowiedzi, Pru”.
„Wszystko jest w porządku, Miriam”.
Zwolniła, skręcając w prywatną alejkę. Spojrzałam w górę na łuk. Słowa Ranczo Stillwellów układały się na szyldzie z kutego żelaza, zwisającym ze szczytu drewnianej bramy. Duże, ozdobne kinkiety oświetlały wejście.
Pru pojechała główną drogą, a światła jej reflektorów odbijały się od dużego wiejskiego domu, obok którego stała stodoła i silosy.
„To główny dom”, wyjaśniła. „Brooks i jego bracia tam dorastali”.
„Kto w nim teraz mieszka?” zapytałam, tuż przed tym, jak skręciła ostro w lewo w węższą ścieżkę.
„Starszy brat Brooksa, Huxley. On i jego żona, Suzy, mają dziesięcioro dzieci. Niektóre są już dorosłe i na swoim”.
„Powiedziałaś dziesięcioro?”
„Tak”, parsknęła. „Stillwellowie to płodna grupa”.
„Ale wy nie macie żadnych”.
„Jesteśmy na miejscu”, oznajmiła.
„Światła są włączone”, zauważyłam. „Ktoś wcześnie wstał”.
„Brooks wstaje o piątej każdego ranka. A Jasper i Cami mają troje niemowląt. Wstają do nich przez całą noc”.
„Trójka dzieci musi wymagać mnóstwa pracy”.
„Zostawimy nasze bagaże w bagażniku”, powiedziała. „Chłopcy mogą je zabrać później”.
Poszłam za nią ścieżką. Eleganckie latarnie oświetlały piękną kostkę brukową wijącą się między idealnie przystrzyżonymi krzewami, pokrytymi lekką warstwą śniegu.
„Masz ogrodnika?”
„Tak”, potwierdziła. „Nie mam czasu ani ochoty dbać o tereny przed domem, a mój mąż nie odróżniłby motyki od węża ogrodowego”.
Wpisała kod na klawiaturze i pchnęła drzwi wejściowe. Kojący aromat świeżej kawy i tostów uspokoił mnie w surowym przedpokoju.
Uśmiechnęłam się na widok kontrastu między marmurowymi płytkami i antycznymi meblami a dziecięcymi butami rozrzuconymi na taniej plastikowej macie. Malutkie zimowe kurtki i czapki leżały na zabytkowej plecionej ławce pod oknem.
Wiedziałam dużo o antykach, ale nie dlatego, że miałam do nich szczególne zamiłowanie.
Dom mojego zmarłego męża był pełen drogich starych mebli. A on lubił zanudzać mnie na śmierć długimi, szczegółowymi wyjaśnieniami historii każdego z nich.
Niedaleko pada jabłko od jabłoni, przynajmniej jeśli chodzi o wyposażenie domu. Myślałam, że dobrze poznałam Pru, gdy z nami mieszkała.
Ale jak dobrze ją naprawdę znałam?
Czy po swoim ojcu, despocie, odziedziczyła coś więcej niż tylko zamiłowanie do antyków i zmysł biznesowy?
Z głębi domu dobiegły nas ciężkie kroki. Zbliżały się z pomieszczenia, które – opierając się na moim wyostrzonym ciążą zmyśle węchu – wzięłam za kuchnię.
Żołądek ścisnął mi się z niepokoju.
Nikt nie lubi niespodziewanych gości.
A ja zaczynałam odnosić wrażenie, że w małżeństwie mojej pasierbicy dzieje się coś niedobrego.
Miałam dyplom z filologii angielskiej.
Zazwyczaj słowa same spływały mi z głowy na język.
Wysoki, ciemnowłosy i przystojny to był taki banał.
Straciłam cały szacunek dla moich autorek romansów, kiedy w ten sposób opisywały bohatera. Moja kolekcja chwytających za serce historii miłosnych dawno przepadła. Wylądowała w śmietniku, gdy mój mąż ją odkrył.
Myślałam, że znalazłam świetną kryjówkę w mauzoleum Priggishwine’ów, ale najwyraźniej nie była wystarczająco dobra.
„Nie spodziewałem się ciebie aż do wieczora”, zagrzmiał mężczyzna, spoglądając na mnie z ciekawością, a jego ciemne oczy natychmiast powędrowały w stronę mojego brzucha.
„Złapałam wcześniejszy lot”, powiedziała Pru.
„Kim jest twoja przyjaciółka?”
„Miriam Priggishwine, moja macocha”.
Rozszerzył oczy, a jego gęste, lecz zadbane brwi powędrowały w górę czoła. Każdy kosmyk jego krótko ściętych, brązowych włosów leżał idealnie na swoim miejscu, z zaledwie odrobiną siwizny na skroniach.
„Miło cię poznać, Miriam”, powiedział, robiąc krok do przodu z wyciągniętą dłonią. „Brooks Stillwell”.
Przyjęłam ją. Jego wielkie palce pochłonęły moją drobną dłoń, gdy delikatnie nią potrząsnął.
Trzymał ją odrobinę za długo.
Spojrzałam w najwspanialsze oczy, jakie kiedykolwiek widziałam.
Ale to wcale nie ten idealny odcień ciemnej czekolady sprawił, że moje serce wsiadło na odwrócony rollercoaster pędzący z najwyższą prędkością do tyłu przez trzy pętle.
To było to magnetyczne przyciąganie.
Silna i natychmiastowa więź.
Poczucie czegoś znajomego.
Jakbym już wcześniej poznała tego mężczyznę, w innym wcieleniu.
Brooks Stillwell był moją bratnią duszą.
















































