
Boskie smoki 5: Narzeczona dla boga śmierci
Autorzy
Lektury
240K
Rozdziały
15
Rozdział 1
Księga 5: Narzeczona dla Boga Śmierci
Życie wcale nie chciało mnie nienawidzić ani zostawiać samej w moim wielkim smutku. Może nawet nie zdawało sobie sprawy ze swojej niechęci do mnie. Ale ona istniała, a ja ją czułam. Zostałam więc zupełnie sama. Musiałam dźwigać ciężar własnego istnienia i klątwę mojej rodziny. Musiałam też znosić gniew ojca, który nienawidził mnie bardziej niż samo życie.
W ponury, mroźny zimowy poranek po raz pierwszy spotkałam Śmierć. Byłam wtedy małą dziewczynką, zbyt naiwną, by zrozumieć ten świat. Moja babcia od dawna chorowała. Nikogo nie zdziwiło, że pewnego dnia po prostu zmarła w swoim łóżku. Próbowałam ją obudzić na śniadanie. Potrząsałam nią i wołałam ją po imieniu, ale ona już nigdy się nie obudziła.
Babcia różniła się od nas. Nie była zwykłym człowiekiem, tak jak moi rodzice. Była duchem wody, obciążonym straszliwą mocą. Ta klątwa nie powinna była dotknąć ludzi. Babcia urodziła dziecko, którego ojcem był ludzki mężczyzna. Zrobiła to, aby klątwa nie przeszła na jej potomków.
Mimo swojej klątwy, babcia była bardzo szczęśliwa. Potem moja matka poznała mężczyznę i mieli dziecko. Urodził im się syn, który był silny, zdrowy i pełen życia.
Jonas miał pięć lat, kiedy przyszłam na świat. Urodziłam się cicha, nieruchoma i zbyt malutka. Wtedy po raz pierwszy zawiodłam ojca. I zdecydowanie nie po raz ostatni.
Wróćmy jednak do dnia, w którym znalazłam babcię martwą w łóżku. Zawsze byłyśmy ze sobą bardzo blisko. Może wiedziała, że przekazała mi ze swojej krwi coś, czego tak bardzo chciała uniknąć.
Coś, co obudziło się we mnie w chwili jej śmierci. Nic nie uwalnia klątwy tak dobrze, jak właśnie śmierć.
Podczas jej pogrzebu, w chłodny, deszczowy i ponury dzień, płakałam głośniej niż grzmiące nad nami niebo. Mój ból był tak ogromny i bezkresny, że ludzka więź w moim wnętrzu pękła. Przerażająca, śmiercionośna siła wyrwała się z mojego słabego ciała. Natychmiast uchwyciła się pierwszej żywej istoty w moim pobliżu.
Jonas, mój brat, mój obrońca, powiernik i jedyny przyjaciel, przyjął na siebie uderzenie tej potężnej mocy. Miał jedenaście lat, kiedy upadł w zamarznięte błoto i już nigdy nie wstał. Miałam wtedy sześć lat i wciąż niczego nie rozumiałam. Ale po raz kolejny zawiodłam ojca.
Wtedy po raz drugi spotkałam Śmierć. Zawsze mi towarzyszył, czaił się w cieniach i obserwował. Zalecał się do smutnej dziewczynki, która miała dorosnąć i rozsmakować się w krwi na własnych dłoniach.
Matka wiedziała. Musiała o wszystkim wiedzieć. Od tamtego dnia przestała patrzeć mi w oczy. Czasami trudno mi nawet przypomnieć sobie ich kolor. Lubiłam myśleć, że były jasne i błękitne. Tak piękne, jak czyste, wiosenne niebo.
Mimo to pamiętam smutek, który wciągnął ją pod wodę, aż zupełnie zatonęła w jego głębinach. Ból po stracie wpędził moją matkę w chorobę. Zżerał ją od środka. Stała się równie słaba i krucha jak ja, a potem nawet jeszcze bardziej. Zgasła na naszych oczach, a nienawiść ojca tylko przybrała na sile.
Trzeci raz spotkałam Śmierć w pewien letni dzień. Słońce prażyło bezlitośnie. Pot spływał mi z czoła i strużkami spływał po plecach. Położyłam garść stokrotek na jej świeżym grobie. Potem ruszyłam w długą, gorącą drogę powrotną do domu.
Szedł za mną cień, mroczna bestia wydająca ciche warczenie. Trzymał się poza zasięgiem mojego wzroku, zaledwie na krawędzi pola widzenia. Ale wiedziałam, że Śmierć tam był. Mimo to wciąż czułam się samotna. Tak bardzo, bardzo samotna.
Ojciec utopił swoje smutki w alkoholu. Pił, jakby to było powietrze, którego potrzebował do życia. A ja stałam się najbardziej samotnym dzieckiem w naszej małej wiosce. Pragnęłam czułości, miłości i towarzystwa. Ale byłam zbyt mądra, by o to prosić.
Babcia odeszła. Jonas odszedł. Matka też odeszła. Ojciec ledwo zwracał na mnie uwagę w te rzadkie dni, kiedy w ogóle pamiętał o moim istnieniu. Życie mną gardziło. Gdybym zasługiwała na miłość i czułość, po prostu by tu były. Nie musiałabym o nie wcale prosić.
Musiałam zrobić coś bardzo złego, skoro ludzie w wiosce rzucali mi wrogie spojrzenia. Musiałam zasłużyć na te szeptane za moimi plecami wyzwiska.
„Potwór”.
„Przeklęta”.
„Lepiej by było, gdyby umarła”.
Z biegiem lat moja nienawiść do nich rosła. Piekła w moim sercu niczym otwarta rana. Stałam się żywym duchem, który nawiedzał wioskę. W niektóre dni musiałam wyciągać ojca z karczmy, gdzie topił swoje smutki. Błagałam też poborców długów, żeby nie robili mu krzywdy.
Byłam tylko żywym, kruchym szkieletem. Patrzyli na mnie z góry, pluli na mnie i kpili ze mnie. A ja ich nienawidziłam. Nienawidziłam ich wszystkich.
Dzień po moich osiemnastych urodzinach znów spotkałam Śmierć. To był dzień, w którym w końcu zrozumiałam całą układankę mojego życia. Zrozumiałam, dlaczego byłam skazana na samotność i pogardę wszystkich ludzi wokół.
Tamtej nocy ojciec długo nie wracał do domu. Pogoda była burzowa i niezwykle zimna jak na tę porę roku. Chmury zasłoniły gwiazdy i księżyc. Musiałam polegać tylko na własnej pamięci, by znaleźć drogę do naszej lokalnej karczmy.
Znalazłam ojca w ciemnej alejce za budynkiem. Dwóch wielkich mężczyzn właśnie przyparło go do muru. Jego głowa uderzyła o cegły z okropnym głuchym dźwiękiem. Wtedy przejął nade mną kontrolę pierwotny instynkt. To była ta sama mroczna siła, która ujawniła się na pogrzebie babci i odebrała mi brata.
Moja ręka wystrzeliła do przodu. Palce zwinęły się w szpony, ale nagle zatrzymały się w powietrzu. Mężczyzna stojący najbliżej mojego ojca znieruchomiał, jakby zamienił się w kamień. Jego towarzysz to zauważył. Zaczął nim potrząsać i krzyczeć imię, którego dziś już nie pamiętam.
Nie był pierwszym człowiekiem, którego skrzywdziłam. Nie był też ostatnim. Wkrótce zaczął mieć drgawki i drapać się po gardle. Moje oczy otworzyły się szeroko z szoku. Zobaczyłam krew cieknącą z jego oczu i uszu, a potem spływającą z jego ust.
Kiedy zacisnęłam dłoń w pięść, mężczyzna upadł na ziemię. Rozległ się makabryczny, mokry dźwięk. Krew chlusnęła z jego ust i rozlała się po mokrym od deszczu bruku.
Wiedziałam, że Śmierć tam był. Znowu stał tuż za moimi plecami i w milczeniu obserwował całą tę scenę. Nie wtrącał się ani nie powiedział ani słowa. Ale jego przytłaczająca obecność otoczyła mnie, popychając mnie coraz bliżej tego przerażającego widowiska.
Drugi mężczyzna mnie zauważył.
„Przeklęta suka”, syknął, rzucając się na mnie z małym sztyletem.
Machnęłam przed sobą rękami, a on również został sparaliżowany. Czułam, jak moc przepływa przez moje ciało. Między mną a tym mężczyzną zrodziła się dziwna więź. Czułam bicie jego serca w moich dłoniach. Czułam, jak jego krew pulsuje mi pod palcami.
Kontrolowałam go. Kontrolowałam jego serce i jego krew. Odziedziczyłam klątwę po mojej babci. Byłam Władczynią Krwi. Posiadałam najbardziej przerażającą i najrzadszą ze wszystkich mocy duchów wody.
Ale nie wiedziałam, jak go wypuścić. Nie wiedziałam, jak uwolnić go od mojej straszliwej mocy i pozwolić mu wrócić do domu. To było przytłaczające, a jednocześnie wciąż mi było mało.
Trzymałam jego życie w swoich rękach. Smak nienawiści i śmierci zalegał mi na języku niczym trucizna. Zacisnęłam mocniej uścisk mojej magii i patrzyłam, jak krew sączy się z jego skóry. Płakał czerwonymi łzami, dławiąc się własną krwią. Potykał się, podczas gdy ja wysysałam z niego życie.
Potem upadł obok swojego przyjaciela i wydał ostatnie tchnienie.
Ojciec zdołał wstać. Oparł się o ceglany mur, łapczywie łapiąc powietrze. Zasłona niewinności spadła z moich oczu i wreszcie zobaczyłam, kim naprawdę był. Jego okrutne, chciwe oczy mówiły wszystko.
Ale byłam zdesperowana. Tak bardzo pragnęłam uwagi i choćby jednego dobrego gestu, że poszłam za nim. Kroczyłam za ojcem w cieniu Śmierci, a on mnie wykorzystywał. Manipulował moją przerażającą mocą, by zbudować własne mroczne imperium.
To niesamowite, jak szybko źli ludzie mogą wspiąć się na szczyt w tym małym, brudnym świecie. Ojciec został szefem przestępczej grupy. A ja stałam się tylko jego posłusznym zwierzakiem, zawsze warującym przy jego nogach.
Dopóki nie patrzył na mnie z rozczarowaniem i rzucał mi ochłapy czułości, zostawałam u jego boku. Pozwalałam mu używać moich strasznych umiejętności, by mógł powiększać swoje zepsute królestwo.
Ponieważ życie mnie opuściło, a szczęście zawsze mnie omijało, poznałam Śmierć. A przynajmniej tak mi się wydawało. Jak mogłabym go nie znać, skoro przez całe życie widziałam tak wiele jego twarzy?
Wiedziałam, że Śmierć mnie nawiedza, poluje na mnie i ciągle mnie śledzi. Dlatego spędziłam moją młodość i nastoletnie lata w objęciach nienawiści.
Ale życie mnie nie chciało, a nienawiść sprawiała, że robiło mi się niedobrze. Ojciec przyprawiał mnie o mdłości. Miałam dość patrzenia, jak ludzie umierają. Miałam dość tracenia bliskich. Byłam zmęczona poczuciem winy i wyrzutami sumienia, które wysysały chęć do życia z moich kości.
Znałam więc Śmierć. Zapewne tak dobrze, jak tylko może ją poznać zwykły człowiek.
Ojciec był tylko zwykłym zbirem. Ale miał do dyspozycji bardzo ostre narzędzie. Ja stałam się jego bronią. Nauczyłam się delektować smakiem krwi na moich dłoniach. Mój świat stał się czerwony, brutalny i niebezpieczny. Mój świat stał się po prostu śmiercią.
Z biegiem lat zaczęłam pragnąć przemocy, podobnie jak zakochani pragną swojego dotyku. To było chore pragnienie. Karmiło się ono fałszywą miłością mojego ojca.
Ale, tak samo jak w przypadku mojej babci, ta moc i ta klątwa powoli mnie zabijały. I nie była to wcale łagodna śmierć. Wysysała ze mnie życie. Odbierała siłę moim mięśniom, stabilność kościom i ciepło mojej krwi.
Za każdym razem, gdy używałam tej mocy, czułam, jak zanikam. Usychałam, aż stawałam się tylko skórą i kośćmi. W lustrze widziałam jedynie parę upiornych, piwnych oczu.
Moje długie, czarne włosy zwisały bez życia na ramionach. Opadały mi na plecy niczym rozlany atrament. Moja twarz była wychudzona i zapadnięta. Ale wciąż potrafiłam kontrolować krew i serca innych ludzi. To musiało oznaczać, że wciąż tliła się we mnie jakaś siła.
Prawda?
Jednak szeptane ostrzeżenia podążały za mną wszędzie. „Strzeżcie się Brynny Hadeon. Ona jest zła”, mruczeli ludzie. „Przeklęta. Potwór. Władczyni Krwi”.
Śmierć był moim stałym towarzyszem. Ukazywał kolejne przerażające, a zarazem niezwykłe oblicze z każdym życiem, które mu oddawałam. Był przy mnie przez całe lata. W końcu całkowicie przestałam czuć cokolwiek, gdy odbierałam komuś życie.
Byłam dla mojego ojca bronią idealną. Używał mnie do walki ze swoimi wrogami.
Byłam jego posłusznym sługą, dopóki z tym wszystkim nie skończyłam.
Aż do dnia, kiedy przypomniałam sobie, że życie zawsze mną gardziło. Przypomniałam sobie wielki smutek, który wyrwał mi dziurę w sercu. Aż do dnia, kiedy otworzyłam oczy i zobaczyłam na swoich rękach krew niewinnej osoby.
Dnia, w którym obróciłam się przeciwko osobie, która mnie wychowała. I dnia, w którym spotkałam swój własny koniec.















































