Galatea Logo
ListyPomoc
Wilkołaki i zmiennokształtni
Mafia
Romans z miliarderem
Romans z dręczycielem
Powolnie rozwijający się romans
Od wrogów do kochanków
Romans paranormalny
Przeznaczeni sobie partnerzy
Historie sportowe
Powieści dziejące się na uniwersytecie
Historie o drugiej szansie
Zobacz wszystkie kategorie
Ocena 4,6 w App Store
Warunki korzystania z usługiPrywatnośćImprint
Galatea on FacebookGalatea on InstagramGalatea on TikTok
Cover image for Punkt krytyczny

Punkt krytyczny

Autorzy
Zainab Sambo
Lektury
17,5K
Rozdziały
36
Autorzy
Zainab Sambo
Lektury
17,5K
Rozdziały
36
🏈Historie sportowe🏃🏿‍♂️Sportowcy🕯️Slow Burn🎭Dramatyczne⚔️Od wrogów do kochanków☯️Przeciwieństwa się przyciągają🏙️Współczesne💪SIlne kobiety⚔️Akcja i przygoda🔒Wymuszona bliskość

Taylor Cruz żyje dla nocnych tras i nielegalnych wyścigów, ścigając się jako Havoc — uliczny duch, którego wszyscy nagrywają, a nikt nie potrafi złapać. Gdy viralowy klip rujnuje jej życie i pozbawia ją licencji, Marco Vieri, właściciel zespołu F1 stojącego na krawędzi upadku, proponuje jej ostatnią, ryzykowną szansę: trzy tygodnie w Monako, aby udowodniła, że zasługuje na jedno miejsce w jego podupadającym zespole. Na jej drodze staje Luca Vieri, nieskazitelny „złoty kierowca” zespołu — a zarazem syn Marco — który nie ufa jej przeszłości ani blaskowi fleszy, jaki za nią podąża. Kiedy River Thorne powraca, presja staje się osobista. W Formule 1 prędkość to nie jedyna rzecz, która potrafi cię złamać — czasem jest to uwaga mediów, wypadek lub osoba, dla której nie możesz sobie pozwolić na uczucia.

Rozdział 1: Havoc

Miasto pachnie deszczem i rozgrzanym metalem.
Światło sodowych latarni rozmazuje się na mokrym asfalcie. Silniki wydają z siebie niski pomruk, który czuję w kościach. Kask przyjemnie grzeje mnie w policzki.
Palcami wystukuję rytm na kierownicy, żeby wyostrzyć nerwy, nie żeby je uspokoić. Spokój nigdy nie pomógł mi wygrać.
Tash wychyla się przez okno, z rozmazaną czarną kreską pod jednym okiem i tandetnym złotym łańcuszkiem, który łapie światło na jej szyi. „Start za dziewięćdziesiąt sekund” – mówi. „Dwóch gliniarzy kręci się po dokach od północy. Pilnuj wyjść.”
„Zawsze pilnuję wyjść.”
„Pilnujesz linii mety. Dlatego ja pilnuję twoich wyjść.” Puka w klatkę bezpieczeństwa. „Dasz radę, Havoc.”
To imię uderza w noc jak iskra. Ktoś za nami je słyszy i powtarza komuś innemu. Havoc.
Roznosi się jak dym. Nigdy się nie nudzi.
Milo puka w maskę i pokazuje dwa palce na szczęście. Jego dłonie wciąż są brudne po wielu godzinach, które spędził ze mną tego popołudnia, strojąc turbo i modląc się, żeby sprzęgło przeżyło jeszcze jeden wyścig. Pokazuję mu kciuk w górę, a potem zaciskam palce na kierownicy, aż zaczynają mrowić.
Naprzeciwko mnie Knox siedzi w matowoczarnym Skylinie, w którym jest więcej pozerstwa niż inżynierii. Gazuje, jakby chciał, żeby wszyscy na niego patrzyli.
Zerkam w jego stronę, a on się uśmiecha kącikiem ust. To jest ten rodzaj uśmiechu, który myśli, że może kupić wszystko i wszystkich.
„Spróbuj nadążyć, kotku” – woła.
Podnoszę wizjer na tyle, żeby zobaczył mój uśmiech. „Spróbuj nie płakać.”
Starter wspina się na kontener z racą drogową zaciśniętą w zębach. Tłum przesuwa się do przodu. Telefony już w górze.
Nie daję im twarzy do filmowania. Zostawiam im kask i legendę.
Tak jest bezpieczniej. I zabawniej.
Raca pluje czerwienią. Podnosi ją wysoko. Upuszcza.
Sprzęgło. Gaz. Samochód warczy i ruszamy.
Pierwsze sto metrów to walka wręcz. Knox zajmuje pas, a ja mu na to pozwalam. Trzymam się białej linii, jadąc w chmurze dymu z jego opon, i czekam, aż zgubi go własna arogancja.
Wchodzi szeroko w Zakręt Drugi. Wcinam się od wewnętrznej. Jest moment, kiedy jedziemy drzwi w drzwi, lusterka oddalone o oddech.
Patrzy na mnie, jakby szukał strachu w moich oczach. Zamiast tego znajduje uśmiech.
Otwiera się tylna prosta. Doki rozmywają się w szyny, dźwigi i piętrzące się kontenery. Wiatr uderza w mój kask.
Słucham samochodu, nie tłumu. Temperatura w porządku. Doładowanie w porządku.
Świat zwęża się do trzech rzeczy: drogi, silnika i mnie.
Przelatujemy przez szykanę. Muskam szczyt zakrętu, na ułamek sekundy zdejmuję nogę z gazu, a potem znów go wciskam, aż tył zaczyna tańczyć.
Ten uślizg to moja ulubiona część. Mówi mi, że balansuję na krawędzi, ale wciąż mam nad wszystkim kontrolę.
Knox próbuje mnie przehamować przed szpilką, a ja pozwalam mu wsunąć się przede mnie, bo chcę zobaczyć błąd, który zawsze popełnia. Blokuje za wcześnie i jest – ten mały obłoczek dymu z opon.
Utrzymuję prędkość po jego zewnętrznej, prawie muskając siatkę ładunkową, i wystrzeliwuję na prostą. Jego światła znikają za mną.
Tłum wybucha. Ktoś krzyczy moje imię. A ja rozkoszuję się tym hałasem.
Zostały mi trzy zakręty, kiedy niebieski blask powoli maluje daleki koniec doków. Syreny rozrywają ciemność. Powietrze się zmienia, pełne paniki, która rozchodzi się szybko.
Głos Tash trzeszczy mi w uchu. „Mamy towarzystwo. Wjeżdżają od południowej bramy.”
Oczywiście. Zawsze wybierają dłuższą drogę, jakby to miało nas zdyscyplinować.
„Ilu?” – pytam.
„Dwa wozy. Może trzy. Jeden helikopter w oddali.”
Śmieję się raz. „Przynieśli zabawkę.”
„Nie bądź zarozumiała” – mówi Tash.
„Już jestem zarozumiała.”
„Jesteś też naszym czynszem, Taylor.”
Prawdziwe imię pod pseudonimem. Trafia mnie w pierś ostrym ukłuciem.
Czynsz. Naprawy.
Jedzenie, które nie pochodzi z pudełka. Nowy inhalator dla mamy Milo.
Kocham ryzyko. Kocham też moich ludzi. To jest prawda, której nigdy nie mówię na głos.
Knox dogania. Robi się odważny w chaosie. Nurkuje na wewnętrzną na ostatnim zakręcie, a ja trzymam go na dystans późnym stuknięciem w hamulec i cierpliwością, w którą nie wierzy, że ją mam.
Linia mety to wąska smuga białej kredy na popękanym asfalcie. Tłum wylewa się na nią, ciała ściśnięte, ręce wyciągnięte, jakby mogli dotknąć prędkości i zatrzymać trochę na później.
Przekraczam ją pierwsza.
To uczucie jak wynurzenie się z głębokiej wody. Dźwięk uderza z powrotem.
Smugi latarek. Słodkie pieczenie zwycięstwa w gardle.
Kręcę się na jałowym w półkole, a tłum wlewa się dookoła. Milo wskakuje na maskę i wali w nią dwa razy.
Tash szarpie moje drzwi i odpina pasy. „Musimy spadać.”
Ściągam kask. Noc uderza mnie w skórę.
Zimno, mokro, żywo. Ludzie skandują „Havoc”, jakby byli pijani adrenaliną.
Jakiś dzieciak przepycha się na przód, z wielkimi oczami i trzęsącymi się rękami, w których trzyma telefon wycelowany we mnie. „O mój Boże, to dziewczyna” – mówi, zszokowany i zachwycony. „Havoc to dziewczyna.”
„Kobieta” – mówię, ocierając pot i deszcz z ust. „A ta kobieta musi stąd znikać.”
Wycofujemy samochód niczym w tańcu, a syreny robią się coraz głośniejsze.
Milo zeskakuje i wskazuje przerwę między dwoma stosami kontenerów. „Północna alejka. Jedź teraz.”
Tash biegnie przodem, odpędzając ludzi z drogi.
Knox przelatuje obok w panice i zaczepia tył starej furgonetki. Furgonetka się obraca. Tłum rozsypuje się na boki.
Chaos rozkwita w białym świetle i hałasie. Robię rachunek w ułamku sekundy.
Jeśli przebiję się przez lukę, ucieknę z samochodem. Ale wtedy furgonetka zablokuje alejkę i tuzin dzieciaków zostanie uwięzionych między dwiema ścianami, prosto w rękach policji.
Jeśli zostaję, złapią nas wszystkich. Żaden z tych scenariuszy mi się nie podoba.
Puszczam sprzęgło i celuję w stosy kontenerów. „Tash” – mówię cicho.
„Widzę” – odpowiada.
Obok stosów stoi zardzewiały wózek widłowy z nisko opuszczonymi widłami. Dosuwam do niego zderzak, przekręcam kierownicę i wciskam gaz do dechy. Szyny wbijają się w moje opony jak zęby.
Wjeżdżam na widły i uderzam w koniec górnego kontenera. Stos drży i przechyla się.
Dzieje się to w powolny, pełen gracji sposób, od którego ściska mi się serce. Kontenery walą się w alejkę i zatykają ją jak korek.
„Uciekajcie” – mówię do Tash, już wyłażąc, już wyciągając kluczyki.
„A co z samochodem?” – pyta Milo.
„Umiera tutaj.”
Krzywi się. „Włożyłem w ten silnik duszę.”
„Ja też.”
Pierwszy wóz policyjny wsuwa się w główny pas, światła rozrywają noc na strzępy. Helikopter łomocze bliżej, rozbijając deszcz w mgiełkę.
Ktoś krzyczy moje imię. Ktoś inny krzyczy: „Uciekaj!”
Świat znów się zwęża, ale nie w ten szybki sposób. W ten na przetrwanie.
Przeskakuję przez maskę i ląduję w zimnej wodzie, która śmierdzi olejem napędowym. Tash chwyta mnie za nadgarstek.
Biegniemy przez dziurę w ogrodzeniu, którą namierzyłyśmy pewnego spokojnego popołudnia. Milo zaciąga za nami siatkę. Czołgamy się pod wagonem i wyłaniamy się ze śmiechem i kaszlem, bo strach czasem brzmi jak śmiech, kiedy wciąż masz całą skórę.
Ciężkie buty dudnią za ogrodzeniem. Helikopter omiata światłem stosy kontenerów, gdzie mój samochód stoi teraz jak ofiara wojenna.
Policjant krzyczy na tłum, żeby się cofnął. Knox odjeżdża w panice i prawie potrąca dwóch własnych chłopaków. Mam nadzieję, że jego duma boli bardziej niż lakier.
Znikamy w cieniach i biegniemy. Piętnaście minut później jesteśmy trzy przecznice od doków, z gorącym oddechem w zimnym powietrzu.
Rozdzielamy się bez słowa. Zawsze się rozdzielamy.
Inne alejki. Inne historie, gdyby ktoś pytał.
Zdejmuję skórzany kombinezon w publicznej toalecie, która śmierdzi wybielaczem i piwem, wsadzam go do plecaka i wciągam dżinsy oraz bluzę, która mogłaby należeć do kogokolwiek. Szoruję twarz papierowym ręcznikiem, aż policzki robią się różowe od tarcia, a nie od łamania prawa. W lustrze wyglądam jak dziewczyna, która spóźniła się na ostatni autobus do domu.
Adrenalina odchodzi tak nagle, że prawie padam. Siadam na zamkniętej klapie sedesu i pozwalam dłoniom się trząść.
Wyścig wciąż żyje we mnie, jakby zakręt dopiero teraz nadchodził. Oddycham powoli.
Wdech. Wydech. Liczę do pięciu.
Nienawidzę liczyć. Czuję się wtedy jak w ukryciu.
Kiedy drżenie ustaje, zarzucam torbę na ramię i wychodzę w szarość, która udaje poranek. Rzeka ciągnie się jak żelazna wstęga. Miasto budzi się kaszlem.
Telefon wibruje bez przerwy w kieszeni. Sprawdzam go mimo wszystko.
Dwadzieścia siedem nieodebranych połączeń. Czterdzieści osiem nowych wiadomości. Trzy numery, które rozpoznaję.
Tash
Żyjesz?
Milo
Zabrali kilka samochodów, ale nie nasz. Pożyczyłem lawetę, spotkamy się w garażu.
Reszta to nieznane numery. Dwie oferty kupna klipu, na którym ściągam kask. Jedna groźba.
Pięć komentarzy o moim ciele, od których zaciskam zęby. Jest nowe powiadomienie e-mail od Motorsport UK. Temat: Zawiadomienie o zawieszeniu licencji startowej.
Patrzę na to. Pierś ściska mi się tak, że czuję, jakby mogła pęknąć. Wiedziałam, że to nadejdzie, jeśli będę robić to, co robię.
Wiedzieć to nie to samo co zobaczyć te słowa. Nie otwieram maila. Nie kasuję go.
Chowam telefon z powrotem do kieszeni, jakby mógł ugryźć.
Zanim docieram do garażu, deszcz zamienia się w drobną mgiełkę, która zamienia wszystko w lustro. Nasza rolowana brama jest w połowie otwarta. W środku pachnie płynem do hamulców, kawą i domem.
Tash jest już na miejscu z dwoma parującymi kubkami i grymasem, który jest czystym niepokojem. „Wszystko okej?” – pyta.
„Tak.”
„Wyglądasz blado.”
„Zawsze wyglądam blado w tym świetle.” Biorę kubek i owijam go dłońmi. Palce wciąż mi trochę drżą. Widzi to i udaje, że nie. Tak wygląda miłość w tym miejscu.
Milo wjeżdża tyłem lawetą i wyskakuje. Na platformie leży szkielet mojego samochodu. W dziennym świetle wygląda brzydko.
Skręcony błotnik. Pajęczyna na szybie. Maska siedzi krzywo, jak złamany uśmiech.
Przygryzam wnętrze policzka tak mocno, że czuję smak miedzi.
„Damy radę ją naprawić” – mówi Milo, pełen nadziei i kłamstwa.
„Damy radę naprawić części” – mówię, nie kłamiąc.
Tash wskazuje brodą na mój telefon. „Widziałaś maila?”
„Widziałam temat.”
„Otwórz.”
Otwieram. Słowa rozmazują się na sekundę. Potem docierają.
Ze skutkiem natychmiastowym. Weryfikacja postępowania. Zawieszenie na czas nieokreślony.
Gardło mi wysycha. Powołują się na zagrożenie publiczne i udział w nieoficjalnych zawodach.
Jakby ostatni oficjalny dzień na torze, kiedy ośmieszyłam gościa z tatusiowym GT3, był problemem. Jakbyśmy wszyscy nie wiedzieli, że prawdziwy problem polega na tym, że moje wygrane dzieją się tam, gdzie ich kamery nie zarabiają.
Śmieję się bez cienia humoru. „W końcu zebrali się na odwagę.”
Tash przyciąga mnie do uścisku, który pachnie tanim szamponem i ciepłem. „Wykombinujemy coś.”
„Nasi sponsorzy nie wykombinują.” Otwieram następnego maila.
Sponsor pierwszy: rozwiązanie współpracy ze skutkiem natychmiastowym. Sponsor drugi: rozczarowująca decyzja, życzymy powodzenia. Sponsor trzeci: prosimy o zwrot wypożyczonego kasku.
Przewijam, aż zaczyna mnie to boleć. Mała kolekcja moich kół ratunkowych, w których istnienie kazałam sobie wierzyć, wyparowuje w trzy minuty.
Milo kopie oponę martwego samochodu i znów się krzywi, bo kopanie metalu boli bardziej niż złość. „Wciąż mamy garaż” – mówi. „Mamy fuchy u mojego kuzyna w czwartek. Umiemy kombinować.”
„Mam dumę” – mówię. „Ale za nią się nie zapłaci.”
I tak się uśmiecha. „Masz teraz sławę. Patrz.”
Pokazuje mi telefon. Klip jest już wszędzie. Trzęsące się nagranie, na którym odwracam się do tłumu i zdejmuję kask; pot spływa mi po szyi, a zęby mam obnażone w dzikim uśmiechu.
Napis krzyczy: Tajemnicza kobieta za kierownicą ucieka policji przy 350 km/h. Pod nim przewijają się komentarze.
„Legenda. Przestępczyni. Wyjdź za mnie.”
„Zamknąć ją. Havoc, matko święta.”
Kąt ujęcia łapie ten wyraz moich oczu, kiedy wygrywam. Ledwo rozpoznaję ten głód. Wygląda jak tajemnica nawet przede mną.
„Nienawidzę, że ktoś to nagrał” – mówię cicho.
„Kochasz to” – mówi Tash, ale nie złośliwie. „Nienawidzisz powodów, nie spojrzeń.”
„Może.”
Pijemy kawę i słuchamy deszczu, aż moje serce przestaje łomotać pod językiem. Garaż mruczy tak, jak mruczy, kiedy dzień zaraz się zacznie.
Milo wstawia samochód na podnośnik i udaje, że robi triage na zwłokach, które jeszcze da się uratować. Tash odbiera dwa telefony od numerów, które rozpoznaje, i ignoruje te, których nie rozpoznaje. Ja siedzę na krawędzi stołu warsztatowego i próbuję sobie wyobrazić przyszłość, która nie polega na pędzeniu w ciemność z watahą wilków na plecach.
Dzwonek nad drzwiami frontowymi brzęczy. Wszyscy zamieramy, bo nikt nie korzysta z frontowych drzwi o tej porze, chyba że sprzedaje tonery albo kłopoty.
Tash wychodzi pierwsza z podbródkiem do góry. Ja idę za nią, wycierając ręce szmatą, której nie potrzebuję, jakby smar czynił mnie nieustraszaną.
Mężczyzna, który wchodzi do środka, ma na sobie garnitur, który nie pasuje do naszej ulicy. Tkanina łapie światło w sposób, który mówi: stare pieniądze i lepsi krawcy.
Nie jest mokry. To pierwsza rzecz, którą zauważam. Nie jest mokry, bo ktoś trzymał nad nim parasol między jego samochodem a moimi drzwiami.
Jego włosy są stalowoszare, starannie przystrzyżone. Usta ostre, bez uśmiechu. Rozgląda się, jakby był w tysiącu takich miejsc i żadne z nich nie miało znaczenia aż do teraz.
„Pani Cruz” – mówi, jakbyśmy się znali. Jego głos jest niski, włoski i drogi. Zerka na samochód zawieszony na podnośniku, a potem na wirusowy klip wciąż lecący w pętli na telefonie Milo. „Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.”
„Przeszkadzasz” – mówi Tash.
Patrzy na mnie, nie na nią, jakbym była jedyną osobą w pomieszczeniu. „Szukałem pani.”
„Ludzie zazwyczaj najpierw piszą maila” – odpowiadam.
Kiwa głową. „Wolę pewne rzeczy proponować osobiście.”
„Jakie rzeczy?” – pytam.
W końcu się uśmiecha i to nie jest miły uśmiech. Jest intrygujący. „Szansę na zapisanie się w historii w zupełnie inny sposób.”
Oczy Tash przeskakują na moje. Milo otwiera usta, a potem je zamyka, bo ma maniery, kiedy jest w szoku.
Mężczyzna podchodzi bliżej i wyciąga wizytówkę. Czysty biały prostokąt. Czarne logo, które pochłania światło.
Pięć liter, które uderzają mnie w żołądek. Vieri.
Obserwuje moją twarz tak, jak kierowca obserwuje tor, gdy czerwone światła jarzą się tuż przed startem.
Spokojny. Pewny siebie. Gotowy ruszyć, kiedy świat da sygnał.
„Marco Vieri” – mówi. „Ma pani chwilę, pani Cruz?”
Patrzę na zrujnowany samochód. Na wciąż zarumienione od biegu policzki Tash. Na ręce Milo, obtarte do żywego na knykciach.
Na maila otwartego na pękniętym ekranie mojego telefonu. Moje serce robi coś zuchwałego i znajomego.
Odkładam kubek z kawą.
„Mam chwilę” – mówię. „Może nawet dwie.”

Odkryj Galateę

Na cienkim lodzieWalka o wolnośćKontrakt Carrero 2. Zmiana warunkówPrzypomnij miUciekając od miliardera Książka 2

Najnowsze publikacje

Róża diabła 2: Miłość w kajdanachNiezłomni i żarliwiZałamani 3: Złamani na zawszeLuna de Verano Księga 1: Mate AlfyZwiązani krwią i przeznaczeniem

Listy książek

Wyświetl wszystko

Sięgnij do kolekcji romansów przygotowanych przez naszych czytelników

Vivienne Wren

by goshka

liczba książek: 7

Najlepsze

by IwonaT

liczba książek: 62

Zakończona

by Hinatka118

liczba książek: 157

Jen Cooper

by goshka

liczba książek: 11

Annie Wipple UpP

by Izabela28

liczba książek: 4

Evelyn Miller

by goshka

liczba książek: 6

Brak zakończenia

by Hinatka118

liczba książek: 81

Całe

by Aassiiaa

liczba książek: 69

Bestsellery

by Agnieszka

liczba książek: 15

Czytam

by Iwonna

liczba książek: 11

Gotowe

by Marlena R

liczba książek: 20

Fajne

by Aleksandra W

liczba książek: 34

Fajne

by soft_melon_300

liczba książek: 74

Czekające

by Martita

liczba książek: 11

Aktualne

by Magdalena gajewska

liczba książek: 277